Mimo ciągłych zawirowań wokół brzmienia konkretnych zapisów, cel długo wyczekiwanej noweli ustawy o utrzymaniu porządku i czystości w gminach (Dz.U. z 2018 r. poz. 1454 ze zm.) pozostaje ten sam. Ma ona przede wszystkim określić zasady gry dla samorządów i dać im narzędzia, by te – w związku z obowiązkową segregacją odpadów na pięć frakcji, która ruszy we wszystkich gminach już bez wyjątków od 2020 r. – wypracowały efektywny model zarządzania odpadami.

Prace nad ustawą przeciągają się, bo rządzący próbują upiec kilka pieczeni przy jednym ogniu. Chcą zahamować lawinowe podwyżki cen, ukrócić patologie, jak np. porzucanie odpadów w rowach lub puszczanie ich z dymem, a także poprawić poziomy selektywnej zbiórki, tak byśmy zbliżyli się do wymaganego przez UE poziomu 50 proc. w 2020 r.

Najnowszy, trzeci już projekt wychodzi naprzeciw oczekiwaniom wielu samorządów. Jednocześnie cementuje też rozwiązania znane jeszcze z pierwszej, sierpniowej wersji dokumentu, co do których od samego początku branża i gminy konsekwentnie wyrażały duży opór.

Trochę po staremu

Przykładem jest obowiązkowe rozdzielanie przetargów na odbiór i zagospodarowanie odpadów, które widnieje w najnowszej wersji projektu, mimo że pomysł wprowadzenia takiego przymusu skrytykowali zarówno przedsiębiorcy, jak i samorządowcy. Wspólnie przekonywali, że dzisiejsze rozwiązania są odpowiednie, bo dają gminom swobodę wyboru. Obowiązkowe ogłaszanie dwóch przetargów na dwie odrębne usługi wiązać się zaś będzie z większą biurokracją. – To przerost formy nad treścią – mówili.

Ich argumenty nie przekonały jednak resortu. W ocenie rządzących rozwiązanie to wzmocni kontrolę gmin nad systemem poprzez zapewnienie lepszego nadzoru nad firmami. Ma to przeciwdziałać „nielegalnym praktykom podmiotów wyłonionych przez gminy w drodze przetargu” – przekonuje Ministerstwo Środowiska.

Resort nie ugiął się również w kwestii ryczałtowych rozliczeń między gminami a przedsiębiorcami i dalej chce ich zakazać. Innymi słowy, samorządy nie będą już mogły płacić firmom z góry, wyłącznie w odniesieniu do uśrednionej masy przekazanych odpadów. To kolejny krok, który ma pozwolić gminom uszczelnić system.

Nie zanosi się też, by resort zrezygnował z usztywnienia różnicy między stawkami za śmieci zbierane selektywnie i tymi niesegregowanymi. Dzisiejsza propozycja, by ci bardziej leniwi mieszkańcy z automatu płacili dwukrotnie więcej od ekologicznych sąsiadów, utrzymuje się jeszcze od poprzedniej wersji projektu. Przypomnijmy, że pierwotnie mówiono o czterokrotności. W ocenie ekspertów obecna propozycja jest więc kompromisem, z którego resort raczej się już nie wycofa.

Nowe mechanizmy

W projekcie znajdziemy jednak też sporo niespodzianek. Jedną z kluczowych jest kolejne podejście do uregulowania – do tej pory relatywnie równo podzielonego – wycinka odpadowego rynku, jakim są nieruchomości niezamieszkane. Chodzi m.in. o biurowce, sklepy i inne punkty usługowo-handlowe. Do tej pory właściciele takich nieruchomości musieli indywidualnie podpisywać umowy z firmami na odbiór odpadów.

Taka autonomia miała się skończyć, bo zgodnie z sierpniową wersją projektu cały ten segment rynku wpaść miał w ręce samorządów. Miałyby one obligatoryjnie objąć te nieruchomości systemem gminnym. Pomysł ten spotkał się jednak ze sprzeciwem przedsiębiorców, dla których wejście w życie takiej wersji przepisów oznaczałoby wyrugowanie z interesu. Pod tą presją resort zrezygnował z tej propozycji i utrzymał dotychczasowe rozwiązania.

Tak przynajmniej było do tej pory. Dziś, w trzeciej wersji projektu, ministerstwo optuje za jeszcze innym rozwiązaniem, niejako pośrednim. Chce dać właścicielom nieruchomości niezamieszkanych wolną rękę. Jeżeli gmina podejmie stosowną uchwałę i zdecyduje się objąć te nieruchomości swoim gminnym systemem, wtedy ich właściciele będą mogli sami zdecydować, czy chcą do systemu przystąpić, czy wolą zawrzeć umowy z prywatnymi firmami.

To nie koniec zmian. Resort wycofał się też z wcześniejszych propozycji regulacji, które pozwoliłyby gminom dopłacać do systemu gospodarki odpadami. Dziś jest to zabronione, bo – zgodnie z przepisami – powinien być on tak skalibrowany, by utrzymywał się z opłat od mieszkańców, a nie był subsydiowany z innych źródeł.

Największymi przeciwnikami tego rozwiązania były same samorządy. Przekonywały, że dopuszczenie dodatkowego strumienia pieniędzy przyniesie więcej szkód niż pożytku i zapoczątkuje szkodliwy proceder dotowania niewydolnego systemu kosztem innych inwestycji.

– Takiej finansowej kroplówki nie będzie się też dało łatwo odciąć bez wywrócenia całego systemu i jeszcze większych podwyżek – ostrzegali samorządowcy. Resort wyszedł im naprzeciw i zrezygnował z tego pomysłu.

Poza granicami województw

Wiele zmian zaproponowano też dla wyższego – niż gminny – szczebla samorządu. Resort chce poluzować ograniczenia określone w wojewódzkich planach gospodarki odpadami (WPGO), tak aby pozwolić samorządom przekazywać odpady, które mają trafiać do specjalistycznych instalacji, pomiędzy województwami. Zniesienie obowiązku regionalizacji dotyczyłoby m.in. bioodpadów oraz odpadów zmieszanych, które zostały przeznaczone do składowania.

W ocenie ministerstwa przyczyni się to do spadku cen za zagospodarowanie odpadów. Zapewni to bowiem większą konkurencję na rynku i pozwoli uniknąć sytuacji, które zdarzają się np. na terenach granicznych między województwami, gdy odpady są wożone do instalacji wskazanej w wojewódzkim planie, nawet jeżeli bliżej jest inna instalacja, tylko że w innym regionie administracyjnym.

Resort chce też umożliwić łatwiejsze powstawanie instalacji. Ma temu służyć uchylenie art. 38a ustawy o odpadach (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 992 ze zm.). Doprowadziłoby to do tego, że przestałby obowiązywać wymóg uwzględnienia instalacji w WPGO. Innymi słowy, decyzja urzędu marszałkowskiego, który opracowuje plan, nie byłaby już warunkiem uzyskania decyzji dotyczących lokalizacji, budowy i przetwarzania odpadów. 

Etap legislacyjny

Projekt skierowany do komisji wspólnej rządu i samorządu