Senat rozpoczął prace nad projektem nowej ordynacji wyborczej przygotowanym przez PiS. Wczoraj po południu nad dokumentem pochyliły się trzy senackie komisje i niewykluczone, że do czwartku zostanie uchwalony.
Choć już na etapie prac sejmowych projekt uległ diametralnym zmianom, możliwe są kolejne korekty – PiS może jeszcze zrezygnować z kontrowersyjnego pomysłu likwidacji głosowania korespondencyjnego.
Kierunkowe decyzje już jednak zapadły. A to oznacza realne konsekwencje dla modelu polskiej samorządności, niezmienianego tak głęboko od czasu transformacji ustrojowej Polski.
Reklama
Dwukadencyjność? Układ znajdzie drogę
Działacze PiS twierdzą, że najwyższa pora „przewietrzyć” samorządy, uwolnić je od politycznych układów. Ma to zapewnić nowa reguła limitowania kadencji. PiS poszedł na dalekie ustępstwa – limit nie będzie działał z mocą wsteczną (wszyscy w 2018 r. startują z czystą kartą), a dodatkowo jedna kadencja potrwa nie cztery, ale pięć lat. To jednak osłabi oddziaływanie nowo wprowadzanej zasady dwóch kadencji.

Reklama
Projekt przewiduje, że prawo wybieralności w wyborach na wójta w danej gminie straci osoba, która została dwukrotnie wybrana na to stanowisko. Nawet sami samorządowcy zauważają, że przy takim postawieniu sprawy dwukadencyjny wójt czy burmistrz będzie mógł kandydować na to samo stanowisko, tyle że np. do sąsiedniej gminy. Jarosław Flis, socjolog polityki, nie wyklucza, że taka osoba odniesie wyborczy sukces. – Wójt podmiejskiej gminy Gorzów wystartował na prezydenta miasta w 2014 r. i wygrał. W 2010 r. burmistrz Niepołomic napędził też stracha Jackowi Majchrowskiemu w Krakowie – przypomina.
Można wyobrazić sobie sytuację, w której jeszcze przed odejściem ze stanowiska lokalny polityk namaści swojego współpracownika, a ten wygra wybory. Takie przykłady już mieliśmy. Obecny prezydent Katowic Marcin Krupa to polityczny wychowanek byłego prezydenta miasta Piotra Uszoka. Ten drugi po złożeniu urzędu przez ponad rok był doradcą swojego następcy ds. inwestycji.
W przypadku startowania na radnego powiatu dawny wójt czy burmistrz ma spore szanse na objęcie mandatu. A jeśli jego pozycja będzie silna, otworzy się przed nim droga do fotela starosty. – Taki samorządowiec może też nie startować i zostać zastępcą wójta. A więc dążyć do wariantu „Putin-Miedwiediew”, w ramach którego odchodzący dalej będzie w układzie władzy – zwraca uwagę dr Adam Gendźwiłł, adiunkt w Zakładzie Rozwoju i Polityki Lokalnej UW.
Jego zdaniem ustawa PiS zawiera znacznie bardziej skuteczne sposoby na „samooczyszczanie się” lokalnych społeczności niż ograniczenie liczby kadencji. – Są tam zawarte mechanizmy wzmacniające kontrolę rady i mieszkańców, np. imienne głosowania w radzie gminy, prawo radnych do interpelacji czy przedstawianie corocznego raportu o stanie samorządu połączone z głosowaniem nad absolutorium – wylicza. Jego zdaniem, jeśli układ klientelistyczny stworzony wokół osoby wójta jest sprawny, to reguła dwukadencyjności nie będzie dla niego problemem. – Obchodzenie tego typu reguł jest przecież gwarancją trwałości takich układów – stwierdza ekspert.
Lokalni liderzy
Proponując limit dwóch kadencji, PiS rezygnuje z mechanizmu samoregulacji. Zgodnie z nim z każdą kadencją rośnie prawdopodobieństwo, że mandat włodarza nie zostanie przedłużony.
Szczegółowe analizy w tej sprawie przeprowadził były burmistrz Gołdapi Marek Miros. Wynika z nich, że po pierwszej kadencji mandat odnawianych ma 68,2 proc. włodarzy, po dwóch kadencjach wskaźnik spada do 45,2 proc., zaś po trzech jest to już tylko 28,4 proc.
PiS chce, by ta wymiana następowała szybciej i w prostszy sposób. Ale część ekspertów zwraca uwagę, że przy takiej skali zmian personalnych mogą się pojawić problemy z kształtowaniem nowych lokalnych elit.
W ostatnich wyborach samorządowych w 2014 r. łącznie wybierano 2477 szefów miast i gmin. W I turze stanowisko zdobyło 1586 z nich (w tym 21 prezydentów miast na prawach powiatu, czyli prawie jedna trzecia przedstawicieli miast o takim statusie). 64 proc. samorządowców uzyskało na tyle duże poparcie lokalnych społeczności, że wyborcza dogrywka nie była potrzebna. I takie osoby kiedyś masowo odejdą z funkcji.
Zwolennicy dwukadencyjności mogą odczytywać dane PKW jako dowód na „zabetonowanie” lokalnej sceny politycznej. Część z tych sytuacji mogła wynikać z braku realnej konkurencji dla włodarza. – Brak zgłoszenia się kontrkandydata jest konsekwencją uznania siły obecnego gospodarza – zwraca uwagę dr hab. Bartłomiej Michalak z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.
Ale może to też być dowód na to, że Polacy nie chcą za często zmieniać dobrych gospodarzy. Z najnowszych danych GUS wynika, że władze lokalne cieszą się zaufaniem prawie 61 proc. badanych obywateli. Zaufanie do rządu wyraziło tylko 31 proc. ankietowanych, a do Sejmu i Senatu – nieco ponad 24 proc.
Elitarny problem
W tej sytuacji wymiana samorządowych elit nastąpi dopiero za dekadę. Nie wiadomo, jak wtedy wyglądać będzie lokalna scena polityczna i czy reguły gry znów nie ulegną zmianie (do 2028 r. czekają nas trzy elekcje parlamentarne).
Samorządowcy przekonują, że wizja dwóch kadencji, niezależnie od jakości sprawowanych rządów, będzie działać zniechęcająco na potencjalnych kandydatów. – Poza tym obawiałbym się końcówki drugiej kadencji, gdy włodarz bardziej niż o gminie będzie myślał o miękkim lądowaniu poza samorządem – mówi nam jeden z burmistrzów.
Ten pogląd podziela prof. Jolanta Itrich-Drabarek, dyrektor Centrum Studiów Samorządu Terytorialnego i Rozwoju Lokalnego na UW. – Można się spodziewać, że końcowy okres sprawowania władzy będzie cechował się mniejszą efektywnością pracy. Podobne zjawisko obserwujemy w służbie cywilnej w Wielkiej Brytanii. W wielu sytuacjach samorządowcy piastują swój urząd tak długo, że realnie nie będą mieli do czego wrócić – twierdzi nasza rozmówczyni.
Jest jeszcze jeden czynnik ryzyka. – Wprowadzenie dwukadencyjności ułatwia zadanie pretendentom do tego stanowiska. A chętni zawsze się znajdą, pytanie tylko, czy zawsze będą mieli odpowiednie kompetencje – ostrzega dr hab. Bartłomiej Michalak.
Istnieją jednak także argumenty przemawiające za ograniczeniem zaproponowanym przez PiS. Dr Stefan Płażek z Katedry Prawa Samorządowego Uniwersytetu Jagiellońskiego przypomina, że na początku działalność lokalna była właściwie działalnością społeczną. – Dopiero z biegiem lat pojawiło się zjawisko profesjonalnych samorządowców, którzy m.in. dzięki poparciu politycznemu znaleźli sposób na zarabianie w ten sposób – przekonuje ekspert. On sam na takich samorządowców patrzy podejrzliwe.
– Chciałbym, by w taką działalność angażowali się ludzie, którzy już mają jakieś sukcesy na koncie i są w stanie zaoferować coś w sferze publicznej – dodaje. Jego zdaniem dwie pięcioletnie kadencje to wystarczający czas na zrealizowanie obietnic wyborczych, a życie nie kończy się na samorządzie. – Jeśli ktoś odnosił sukcesy poza nim, to będzie miał do czego wracać – kwituje dr Płażek.
Lokalnym władzom ufa 61 proc. osób. Dwa razy więcej niż rządowi