Poziom dochodów po raz pierwszy przekroczył 200 mld zł, ale ich struktura wymaga poprawy. Gminy są za bardzo uzależnione od pieniędzy z budżetu państwa i UE.
Aż 213,4 mld zł – tyle wyniosły dochody jednostek samorządowych na koniec 2016 r. Mowa nie tylko o dochodach własnych, lecz także tych otrzymywanych od rządu w postaci dotacji czy subwencji. W dużej mierze to efekt braku inwestycji. Na ten cel samorządy wydały ledwie 24,2 mld zł, co jest spadkiem o 35 proc. w stosunku do 2015 r. i najgorszym wynikiem od dekady.
Pieniądze już czekają
Reklama
Lokalni włodarze zapewniają jednak, że w tym roku inwestycje znów ruszą, bo pojawiają się unijne środki z nowego rozdania. Samorządowe projekty są już nawet na liście dużych inwestycji zgłoszonych przez Polskę do Komisji Europejskiej (każdy projekt, którego koszty kwalifikowane przekraczają 50 mln euro – lub 75 mln euro w przypadku inwestycji transportowych – podlega sprawdzeniu przez służby Komisji). I tak np. Warszawa ma już zatwierdzony projekt budowy II linii metra (etap II – wartość prawie 3,2 mld zł, z czego 1,8 mld to wkład UE). Z kolei Kraków czeka na zielone światło dla zakupu niskopodłogowego taboru tramwajowego (ponad 314 mln zł, z czego niemal 125 mln z UE).
Dochody samorządów / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Mimo wszystko zarówno rząd, jak i władze lokalne są zgodni: system finansowania samorządów, funkcjonujący od kilkunastu lat, wymaga daleko idących zmian. Zwłaszcza że po 2020 r. pula funduszy europejskich dla Polski będzie mniejsza niż obecnie.
Prace już trwają. Pretekstem do tego jest chociażby to, że aktualne rozwiązania w zakresie systemu korekcyjno-wyrównawczego województw obowiązują do 2019 r. (na taki okres rząd przedłużył protezę legislacyjną, czyli janosikowe). Jednak zmiany mają dotyczyć nie tylko województw, ale przy okazji także gmin i powiatów. Nad rozwiązaniami pracuje specjalny zespół, w skład którego wchodzą m.in. przedstawiciele samorządów.
Na czym będą one polegały? Niewykluczone, że Ministerstwo Finansów zdecyduje się na nowy system wag. Chodzi o to, by przy pomocy obiektywnych kryteriów (typu: gęstość zaludnienia czy długość dróg) urealnić potrzeby wydatkowe poszczególnych gmin, powiatów i województw, a następnie na tej podstawie dzielić rządowe subwencje. Ale lokalne władze, także zaangażowane w prace, będą naciskać na rząd, by zmiany były dużo głębsze.
Lepsza motywacja
Chodzi głównie o strukturę dochodów. W przypadku gmin dochody własne stanowią ok. 50 proc. wszystkich środków pozostających w ich dyspozycji, ok. 30 proc. to subwencja ogólna, a reszta to dotacje celowe. To musi się zmienić.
– Bezwzględnie samorządy powinny planować rozwój przede wszystkim na podstawie dochodów własnych, bo wtedy jest motywacja do dalszego rozwoju, a nie oczekiwać na znaczony pieniądz z budżetu państwa. Należy wrócić do tematu lokalnego PIT, CIT czy udziału samorządów we wpływach z VAT. Jeżeli tworzymy miejsca pracy, inwestujemy, to należy nam się część tych środków – przekonuje Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Soli. Jak dodaje, nie oznacza to, że rządowe subwencje należy zlikwidować całkowicie. – Część pieniędzy można oddawać biedniejszym jednostkom, ale trzeba zachować pewien umiar. Dziś na niektóre gminy ten system działa demotywująco – wskazuje.
Przykłady? O absurdach mówił ostatnio burmistrz Kowala Eugeniusz Gołembiewski na łamach czasopisma „Wspólnota”. – Skarbnik z mojego miasta przeprowadził mały eksperyment. Obliczył, co by było, gdybyśmy w ogóle nie mieli dochodów z podatków lokalnych. Wyszło, że do naszego budżetu trafiłaby wyższa subwencja wyrównawcza niż dochody podatkowe, których stawki wynoszą u nas ok. 80 proc. ustawowych – stwierdził burmistrz.
Ekspert od finansów komunalnych dr Aleksander Nelicki wskazuje, że podobne absurdy zdarzają się także na szczeblu powiatowym. – Powiatowi opłaca się mieć dużą liczbę bezrobotnych, bo im więcej takich osób, tym więcej dostanie pieniędzy w ramach kwoty uzupełniającej subwencji wyrównawczej. Można by uznać, że nie opłaca mu się stymulować rozwoju gospodarczego – kwituje ekspert.
Dwie możliwości
Nasz rozmówca również jest zdania, że należy dążyć do jak największego udziału dochodów własnych w strukturze finansowej samorządów. Ale przyznaje, że nie będzie to proste. – Pochodzą one z podatków i opłat lokalnych, majątku czy opłat za usługi wykonywanych przez samorząd. Trudno więc zwiększyć udział dochodów w strukturze finansów bez zwiększenia obciążeń dla mieszkańców – trzeba byłoby bowiem podnieść opłaty i podatki lokalne. Dlatego to nie jest takie proste, choć uważam, że wciąż mamy bardzo niski poziom podatku od nieruchomości mieszkalnych – wskazuje dr Nelicki.
Druga możliwość, zdaniem eksperta bardziej realistyczna, to zwiększenie udziałów samorządów we wpływach w podatkach państwowych typu PIT lub podzielenie się przez rząd wpływami z VAT (dziś samorządy nie otrzymują z tego tytułu ani złotówki).
– Ale to wymagałoby dobrej woli rządu – zwraca uwagę dr Nelicki. – Inna sprawa, że wszystkie wpływy podatkowe są nierównomierne, tzn. jedne samorządy na tym by skorzystały, a inne straciły. Dlatego taką zmianę trzeba byłoby sprzęgnąć z nowym, rozbudowanym i bardziej sprawiedliwym niż obecny systemem wyrównującym dochody samorządów – dodaje ekspert.