Mamy nowe rozdanie polityczne w Polsce i liczymy na skuteczny dialog z Brukselą i Kijowem, by chronić naszych rolników - mówi Jacek Czerniak, wiceminister rolnictwa.

Dlaczego trafił pan do tego resortu? Pana zawodowe związki z rolnictwem są niewielkie.
Jacek Czerniak, wiceminister rolnictwa / Dziennik Gazeta Prawna / fot. Wojtek Górski

Jestem absolwentem technikum mechanizacji rolnictwa, w poprzedniej kadencji parlamentu byłem członkiem sejmowej komisji rolnictwa. Poza tym pochodzę z Lubelszczyzny, typowo rolniczego regionu Polski, więc problemy wsi i mniejszych miasteczek są mi dobrze znane. Przez wiele lat byłem samorządowcem, sprawnie poruszam się w relacjach z wójtami, radnymi gmin, przedstawicielami lokalnych społeczności. To doświadczenie na poziomie samorządu sprawiło, że kierownictwo Nowej Lewicy skierowało mnie do resortu rolnictwa, żebym był blisko rolników z lubelskiego czy podkarpackiego, czyli punktów zapalnych, gdzie się obecnie ogniskują problemy polskiego rolnictwa.

Niedawno do protestujących na granicy z Ukrainą rolników wyszli dwaj inni wiceministrowie – Kołodziejczak i Krajewski. Pan miał najbliżej, ale nie pojawił się na granicy…

Staram się być legalistą, dopiero w zeszłą środę odebrałem nominację na stanowisko wiceministra. Nie chciałem tam jechać jako minister in spe. W najbliższym czasie spotkam się z przedstawicielami Stowarzyszenia „Oszukana Wieś” i na pewno się zaangażuję w rozwiązywanie problemów tych rolników. Kwestia przewoźników leży w kompetencjach ministra infrastruktury, ale postulaty zgłaszane przez protestujących rolników musimy wziąć pod uwagę. Dziś dotyczą one kukurydzy i pszenicy, niedługo dojdzie kwestia mrożonych owoców miękkich. Sprawę napływu płodów rolnych z Ukrainy trzeba rozwiązać systemowo, a nie doraźnie, bo ten problem będzie nawracał.

Jaki ma pan pomysł na ten problem?

Rozwiązaniem musi być dialog na dwóch płaszczyznach – z Unią Europejską i z Ukrainą.

Na razie UE stanęła po stronie Ukrainy, a relacje z Kijowem są mocno napięte.

Liczymy na nowe, pozytywne otwarcie w stosunkach zarówno z Brukselą, jak i z Kijowem. Mamy nowe rozdanie polityczne w Polsce, powinno być łatwiej o skuteczny dialog. Nikt tak dobrze nie zna kuluarów brukselskich jak premier Donald Tusk. Być może zwrócimy się do KE o ponowne nałożenie embarga unijnego na ukraińskie produkty, ale o takim ruchu będzie decydować rząd.

Ukraina rozpoczęła właśnie proces akcesyjny i na pewno temat dostępu do wspólnego rynku pojawi się w negocjacjach. Tu również liczymy na nowe podejście do tematu, na uzyskanie symetrii w relacjach z Ukrainą. Naszym sąsiadom trzeba pomagać w wojnie z Rosją, ale dobrobyt polskich rolników jest dla nas priorytetem. Natomiast warunkiem sine qua non powolnego włączania Ukrainy do wspólnego rynku europejskiego i wprowadzenia norm jakościowych jest zakończenie wojny. Wtedy pojawi się przestrzeń do bardziej restrykcyjnych negocjacji i bardziej rynkowego podejścia. Do tego czasu powinniśmy korzystać z instrumentów regulujących skalę napływu ukraińskich płodów rolnych, takich jak choćby kontyngenty ilościowe.

Jakimi obszarami będzie się pan zajmował w resorcie?

Jesteśmy świeżo po odebraniu powołań z rąk ministra Siekierskiego, jeszcze nie rozmawialiśmy o podziale obowiązków. Decyzje będzie podejmować szef resortu, ja mogę tylko zaznaczyć, że mam doświadczenie w kontaktach z przedstawicielami samorządów, kółek rolniczych, stowarzyszeń producenckich. Lubelszczyzna to też region mleczarski, więc znam dobrze tę branżę. Nie rozmawialiśmy jeszcze o podziale nadzoru nad agencjami – ARiMR, KOWR czy KRUS. Na razie musimy rozwiązać problem protestów na granicy, to jest priorytet.

W kierownictwie MRiRW są przedstawiciele aż trzech partii, w tym konserwatywny PSL i postępowa Nowa Lewica. Nie będzie zgrzytało?

Kwestie ideologiczne zostawiam na poziom polityki. My mamy przed sobą do wykonania ciężką pracę na obszarach wiejskich. Ja znam dobrze wieś, to złożony organizm, w którym jest miejsce dla działań zarówno konserwatywnych, jak i postępowych.

Co z dotacjami dla rolników? PSL planuje znacznie ukrócić liczbę beneficjentów, by tylko aktywni rolnicy produkujący na rynek dostawali dopłaty. Nowa Lewica się zgodzi na takie cięcia socjalne?

Pewne urealnienie systemu dopłat bezpośrednich jest konieczne. Natomiast musimy postępować zgodnie z prawem i jeżeli ktoś jest rolnikiem i ma prawo otrzymać dopłatę, to musi ją dostać. Zgadzam się jednak, że możemy dokonać pewnego przeglądu tego, kto te dotacje pobiera. Będę też postulował uproszczenie procedur przy wnioskach o ekoschematy (płatności dla rolników za realizację praktyk korzystnych dla środowiska, klimatu i dobrostanu zwierząt – red.), które na razie idą słabo. Być może właśnie przez zbyt skomplikowaną biurokrację.

Jak ma się zmienić polskie rolnictwo przez najbliższe cztery lata?

Priorytetem jest, aby doprowadzić do opłacalności produkcji rolnej. Żeby rolnik mógł sprzedawać swoje produkty z zyskiem, by działalność rolna była dochodowa. Drogą do tego jest chociażby wyrównanie pozycji negocjacyjnej rolników w stosunku do dużych sklepów i dystrybutorów. Tu są konieczne wprowadzenie maksymalnego terminu 30 dni płatności za odebrane produkty, a także dalsze zrzeszanie się rolników w duże grupy producenckie. Nie unikniemy też dalszej konsolidacji polskiego rolnictwa. Małe gospodarstwa, takie jak na Lubelszczyźnie, które liczą po kilka hektarów, są mało konkurencyjne i na starcie stoją na przegranej pozycji wobec producentów ukraińskich.

Planuje pan być wiceministrem rolnictwa przez cztery lata czy skusi się pan na start za pół roku w eurowyborach lub wyborach samorządowych?

Chciałbym być na tym stanowisku przez całą kadencję rządu. Oczywiście wszystko zależy od ministra Czesława Siekierskiego i premiera Donalda Tuska. Nie mogę też wykluczyć, że jeśli pojawiłoby się takie zapotrzebowanie na poziomie mojego ugrupowania politycznego, to być może będę kandydował w którychś z wyborów w przyszłym roku. Natomiast na teraz plan jest taki, że mam być wiceministrem do końca kadencji. ©℗

Rozmawiał Nikodem Chinowski