Reklama
Po wykryciu pod koniec stycznia pierwszego przypadku zakażenia wirusem SARS-CoV-2 u norek w jednej z pomorskich ferm, resort intensyfikuje poszukiwania kolejnych zakażeń. W ubiegłym tygodniu do uzgodnień międzyresortowych trafił projekt nowego schematu testowania zwierząt: zamiast badać 15 proc. ferm norek w każdym z powiatów co osiem tygodni, tak by w ciągu roku zbadać każdą z nich, teraz każde gospodarstwo ma być badane co pół roku. „W obecnej sytuacji epidemiologicznej w odniesieniu do COVID-19 i groźnej dynamice rozwoju tej choroby u ludzi, w tym wariantów i mutacji wirusa, należy na każdym możliwym etapie eliminować potencjalne zagrożenie dla zdrowia publicznego, w tym możliwości presji i transmisji wirusa ze zwierząt na ludzi i odwrotnie” – wskazują autorzy projektu w jego uzasadnieniu, odwołując się do doświadczeń innych państw europejskich.
Resort rolnictwa chce częściej testować zwierzęta. Hodowcy obawiają się, że chodzi o szybsze zamknięcie branży
Decyzja o częstszych testach oznacza, że koszt badań również wzrośnie dwukrotnie. W przypadku samych negatywnych testów, rok badań pochłonie ponad 620 tys. zł. Wraz z liczbą wykrytych przypadków kwota rośnie – może osiągnąć 982 tys. zł.
Wciąż jednak nie ma przepisów mówiących o odszkodowaniach za wybite zwierzęta. Kiedy zapytaliśmy o to resort w ubiegłym miesiącu, odpowiedź brzmiała, że prace są na ukończeniu. Ale projektu wciąż nie ma, choć branża i Krajowa Rada Izb Rolniczych (KRIR) mocno naciskają. Na konieczność uchwalenia takich przepisów wskazywał również poseł Prawa i Sprawiedliwości i były minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski (wywiad „Nielogiczne niszczenie rolnictwa” z 10 lutego br.).
Hodowcy są zaniepokojeni. – Ostatnie rozporządzenie jest niepotrzebne i zbyt daleko idące. Dwukrotne badania to niepotrzebny stres dla zwierząt oraz niebezpieczeństwo zawleczenia koronawirusa na fermy przez osoby, które będą wykonywać badania. Odnosimy wrażenie, że resort chce na siłę udowodnić swoją tezę, że fermy są rezerwuarem SARS-CoV-2. Wszystko po to, aby pod pozorem walki z epidemią zamknąć branżę – mówi Daniel Chmielewski, prezes Polskiego Związku Hodowców Zwierząt Futerkowych (PZHZF).
Na pytania KRIR o odszkodowania resort odpowiedział, że nie zawsze się je przyznaje w przypadku wybijania zwierząt. „Choć w wykazie chorób objętych obowiązkiem zwalczania były choroby występujące u określonych gatunków zwierząt, np. u pszczół, to w praktyce katalog zwierząt, za które przysługiwało odszkodowanie ze środków budżetu państwa, nie obejmował tego gatunku. Pszczoły zostały dodane do katalogu zwierząt, za zabicie lub ubój których przysługuje odszkodowanie ze środków budżetu państwa, dopiero w 2008 r.” – wskazywał Szymon Giżyński, sekretarz stanu w MRiRW. I odsyłał do strony Banku Gospodarstwa Krajowego: tam hodowcy mogą skorzystać z dopłat do kredytów bankowych dla przedsiębiorców, których dotknęły skutki pandemii.
Można zatem przypuszczać, że resort nie planuje większych środków pomocowych. Do momentu zamknięcia dzisiejszego wydania DGP nie otrzymaliśmy w tej sprawie odpowiedzi z Ministerstwa Rolnictwa. Branża czuje się zlekceważona. – Restauratorzy, właściciele hoteli, stoków narciarskich i innych miejsc zamkniętych przymusowo przez państwo w ostatnim roku też dostaną propozycję, aby wzięli kredyt? Ta propozycja ministerstwa jest skandaliczna. Chciałbym wierzyć, że niecelowa, a po prostu nieprzemyślana – stwierdza Szczepan Wójcik, prezes Związku Polskiego Przemysłu Futrzarskiego.