Polska buduje wspólny front przeciwko propozycjom Komisji Europejskiej (KE), która chce wprowadzić zmiany w zasadach wysyłania pracowników za granicę.
Reklama
Chodzi o projekt zmiany dyrektywy 96/71/WE. W szczególności zastrzeżenia Polski budzą: nowy przepis dotyczący delegowania trwającego ponad 24 miesiące, odejście od zasady zagwarantowania delegowanym „minimalnego wynagrodzenia za pracę” obowiązującego w danym państwie członkowskim i wprowadzenie wymogu zapewnienia „wynagrodzenia” obejmującego wszystkie składniki pensji obowiązujące w kraju, do którego jedzie zatrudniony.
– W związku z tymi zastrzeżeniami polski rząd podejmuje na różnych szczeblach wszelkie możliwe działania zmierzające do zabezpieczenia polskich interesów, zarówno w kontaktach z pozostałymi państwami członkowskimi UE, jak i z komisją. Rząd na forum UE konsekwentnie wyraża swoje zastrzeżenia wobec rozwiązań zawartych w projekcie dyrektywy, wskazując na ich spodziewany negatywny wpływ na przedsiębiorców i funkcjonowanie rynku wewnętrznego Unii – zapewnia Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
Resort nie jest osamotniony w swoich działaniach. Popiera go także Sejm, który w ubiegłym tygodniu zgłosił zastrzeżenia co do zgodności projektu zmian w dyrektywnie z zasadą pomocniczości – mówi ona, że Unia podejmuje działania tylko wówczas i tylko w takim zakresie, w jakim cele zamierzonego działania nie mogą zostać osiągnięte przez państwa członkowskie. To otwiera drogę do uruchomienia procedury tzw. żółtej karki, która może doprowadzić do wstrzymania prac nad propozycjami KE. Podobną uchwałę przygotował Senat.
– Procedura żółtej kartki oznacza możliwość wyrażenia skutecznego sprzeciwu przeciwko inicjatywie prawodawczej UE przez parlamenty krajowe, jeśli te uznają, że projekt łamie zasadę subsydiarności. Aby skutecznie zablokować projekt, konieczna jest uchwała 1/3 państw, przy czym każda izba parlamentu ma jeden głos – wyjaśnia dr Marek Benio z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, wiceprezes Inicjatywy Mobilności Pracy (IMP).
Pracodawcy również grupują się przeciwko propozycjom KE. – Mogą doprowadzić do kresu delegowania. Trzeba wywierać nacisk na europosłów. Warto z nimi rozmawiać, organizować różnego rodzaju spotkania, pokazywać KE wady propozycji zmian w delegowaniu pracowników. Może trzeba pomyśleć o powróceniu do plakatów pokazujących np. polskiego hydraulika, który żegna się z UE na skutek proponowanych przez KE zmian – mówi Małgorzata Handzlik z InicjatywyMobilności Pracy.
Głównym powodem, dla którego KE proponuje zmiany, jest dumping socjalny. Uważa, że firmy delegujące pracowników za granicę stanowią nieuczciwą konkurencję, bo świadczą tańsze usługi niż lokalni pracodawcy tylko dlatego, że zaniżają koszty pracy. Ponadto w ocenie komisji propozycja „równiej płacy za tę samą pracę w tym samym miejscu” zapewni przede wszystkim lepsze warunki wynagrodzenia dla pracowników delegowanych za granicę.
Polscy pracodawcy uważają, że nowelizacja nie zrealizuje zakładanego celu. Wczoraj w tej sprawie odbyła się konferencja zorganizowana przez Konfederację Lewiatan, IMP oraz Polskie Forum HR.
– Z badania pilotażowego wynika, że średnia płaca dla polskich pracowników delegowanych wynosi 10,88 euro za godzinę. To więcej niż płaca minimalna. Zatem nieprawdą jest, że polscy pracownicy to tania siła robocza. Powody, dla którego firmy zagraniczne korzystają z naszych usług, jest jakość oraz to, że na lokalnych rynkach brakuje specjalistów – zwraca uwagę dr Marek Benio.
– KE nie pokazuje żadnych danych, które potwierdzają poczynione przez nią założenia – zauważa Marek Truskolaski, prezes firmy Work Express.
0,7 proc. wszystkich pracujących w całej Unii Europejskiej stanowią osoby delegowane
430 tys. pracowników delegowanych pochodzi z Polski