Po wyborach nowy rząd nie wycofał się z tych 2 mld zł dla budżetówki, w tym 450 mln zł dla służby cywilnej. Przyszli jednak nowi szefowie urzędów i nowi dyrektorzy generalni, którzy jak się okazuje, niechętnie chcą realizować obietnice poprzedniej ekipy.

Z sondy DGP wynika, że nowa władza nie zawsze potrafi stanąć ponad podziałami i zrealizować podwyżki obiecane przez poprzedników. Niektóre urzędy wojewódzkie co prawda podzieliły już środki, ale z wypłatami się wstrzymują i na dodatek deklarują, że nie ma mowy, aby zostały wypłacone z wyrównaniem od 1 stycznia 2016 r. Jeszcze gorzej jest w ministerstwach: spraw zagranicznych, rolnictwa czy zdrowia. Ich szefowie mówią wprost, żadnej podwyżki w tym roku nie będzie. Co więcej, twierdzą, że nie mają na nie pieniędzy (sic!). Przy czym w większości urzędów brak decyzji w tym zakresie tłumaczy się żmudnymi pertraktacjami ze związkami zawodowymi. Tak oto kończy się podwyższanie wynagrodzeń – bo taki mechanizm zastosowano w przypadku urzędników – poprzez przelanie dodatkowych środków do funduszu wynagrodzeń.

Z jednej strony wybranie takiej formuły podwyższenia wynagrodzenia przez poprzednią ekipę rządową było słuszne. Wzrost kwoty bazowej skutkowałby bowiem tym, że największe podwyżki otrzymywaliby ci, którzy zajmują kierownicze stanowiska, a przepaść między najmniej zarabiającymi wciąż by się pogłębiała. Jednak jak się okazuje, przy zmianie władzy taki mechanizm zawodzi. Można mieć tylko nadzieję, że szefowie urzędów ociągający się z podwyższeniem wynagrodzeń się ockną i podwyższą przynajmniej pensje osobom najmniej zarabiającym. Jeśli nawet na tym poprzestaną, to i tak będzie sukces. Niestety obawiam się, że mogą się pokusić o przeznaczenie środków na podwyżki na nowe etaty i nagrody dla swoich, jak to robili też poprzednicy. A że najniżej zarabiającym nadal nie będzie się domykać budżet, to ich broszka. Z głodu raczej nie umrą.