Petentów prosi się o niezawracanie nam głowy – taka tabliczka powinna znajdować się przy policyjnych dyżurkach. W interesie funkcjonariuszy jest nie tyle stanie na straży ładu i bezpieczeństwa, ile pilnowanie statystyk.
Gdyby nie bożek statystyk, być może 21-letnia Monika z Wielkopolski – choć poobijana emocjonalnie – nadal by żyła. Bo w sumie jej smutna historia miała szansę na to, by skończyć się szczęśliwie.
Młoda kobieta weszła w związek z nieodpowiednim mężczyzną. Starszy od niej o 13 lat Sławomir nie był księciem z bajki. Nie tylko dlatego, że miał za sobą kryminalną przeszłość i półtora roku spędzone w zakładzie karnym za pobicie byłej żony. Kiedy wyszedł na warunkowe zwolnienie i związał się z Moniką, nadal był agresywny, nie wahał się używać siły. Kobieta miała dość, chciała zerwać związek, ale on nie przyjmował tego do wiadomości. Nachodził ją, groził, używał siły. Kiedy poskarżyła się policji, starał się ją przemocą skłonić do wycofania zeznań. Zamykał w mieszkaniu, molestował seksualnie, groził. Obawiał się, że wróci za kraty, więc używał znanych sobie metod. Kobieta czterokrotnie zawiadamia o tym policję.
Cztery jednostki policyjne przyjmują od niej cztery zgłoszenia. Jest nawet przesłuchiwana w sądzie przy udziale prokuratora, który potem e-mailowo prosi funkcjonariuszy o zainteresowanie się sprawą „celem ustalenia, czy rzeczywiście istnieje realna obawa o jej życie i zdrowie”. Ale odpowiedzią jest cisza. Mało tego, jak donosi poznańska „Gazeta Wyborcza”, 23 lutego, po jednym ze zgłoszeń, funkcjonariusze patrolu policyjnego zatrzymują Sławomira na stacji benzynowej. Kontaktują się z oficerem dyżurnym jednostki w Nowym Mieście, pytają, czy mają go zwinąć. Ale ten uznaje, że mężczyzna nie stanowi zagrożenia, każe go puścić wolno. Przekonany o swojej bezkarności mężczyzna nadal dręczy byłą partnerkę. Ofiara skarży się sądowej kuratorce, która 22 marca składa wniosek o cofnięcie Sławomirowi warunkowego zwolnienia.
Machina sprawiedliwości ruszyła, ale za późno. Dzień później wieczorem mężczyzna zaczaja się na Monikę przed drukarnią w podpoznańskich Żernikach, gdzie kobieta pracuje. Kiedy ta przyjeżdża na nocną zmianę, razem ze swoją matką, zadaje jej dwadzieścia parę ciosów nożem. Matkę neutralizuje za pomocą paralizatora. Monika ginie.
Za Sławomirem rusza pościg, wystawiony zostaje list gończy. Sprawa po kilku dniach kończy się znalezieniem zwłok Sławomira, który powiesił się w piwnicy jednego z poznańskich bloków, pogrzebem Moniki i postępowaniami dyscyplinarnymi wobec funkcjonariuszy, którzy zbagatelizowali jej strach przed oprawcą. Komendant i naczelnik jednego z komisariatów stracili posady za brak nadzoru i niewłaściwy obieg dokumentów. Prokuratura prowadzi śledztwo.
Jednak ta poznańska sprawa wywołała gorącą dyskusję: czy można było zapobiec nieszczęściu. Dlaczego tak się dzieje, że nie zawsze można polegać na ludziach w niebieskich mundurach. Na popularnych portalach rozlała się fala hejtu w stylu „CHWDP”. Ale też zagotowało się w miejscach, gdzie rozmawiają ze sobą obecni i byli policjanci. W każdym razie ci, którym zależy, a takich, proszę mi wierzyć, jest wielu. Dla nich to także wstrząs. Plama na honorze. I trochę okazja, aby powylewać żale. Że nie jest tak, jak powinno, że z różnych powodów nie mogą być jak bohaterowie policyjnych seriali. Ich wnioski: presja na statystyki, papierologia, zawalenie robotą, fatalne szkolenie, brak pieniędzy. I jeszcze zły nabór w policyjne szeregi, który procentuje kiepską jakością. Ale statystyki wymieniane są zawsze na pierwszym miejscu.