Likwidacja godzin karcianych, powrót sześciolatków do przedszkoli, zmiany w nadzorze pedagogicznym i postępowaniu dyscyplinarnym – to pierwsze zrealizowane przez PiS obietnice wyborcze w sferze edukacji. Ale nauczyciele nie mają powodów do radości.
Przed wyborami poprzednia minister edukacji zapowiadała: najpierw likwidacja Karty nauczyciela, później rozmowa o podwyżkach. Nauczycielskie związki domagały się ok. 10 proc. więcej. Po tym jak urząd objęła Anna Zalewska, postulat powrócił. Minister rozłożyła ręce, tłumacząc, że w tym roku na dodatkowe pieniądze nie ma już szans. Obiecała za to likwidację godzin karcianych, co miało osłodzić brak podwyżek.
Reklama
Popularne karcianki wprowadziła w 2008 r. Katarzyna Hall (PO). To dwie godziny w szkole podstawowej i gimnazjum oraz jedna w liceum, które poza 18-godzinnym pensum nauczyciel musi przeznaczyć na pracę wychowawczą lub opiekuńczą z uczniami. – To pokłosie prowadzonej wówczas dyskusji o zwiększeniu pensum nauczycielskiego. Rząd nie zdecydował się na to, aby uniknąć protestów, ale do Karty nauczyciela wprowadzono protezę – tłumaczy Marek Olszewski ze Związku Gmin Wiejskich.

Reklama
Minister Anna Zalewska w wywiadzie dla DGP uznała takie rozwiązanie za niemoralne: – Oburzamy się, jak złe są umowy śmieciowe, a nauczycieli zmuszamy do pracy za darmo. Powiedzmy uczciwie, że nie mamy pieniędzy w systemie, a nie dodawajmy nauczycielowi dodatkowych godzin – oceniła.
Nauczycieli pomysł początkowo ucieszył. Kiedy jednak do konsultacji trafił projekt zmian w ustawie, okazało się, że sprawa nie jest taka prosta. – Samorządy i dyrektorzy mogą uznać, że nie obowiązują dwie godziny, ale za to dyrektor może zlecić nauczycielowi dowolne zadania, w ramach 40-godzinnego tygodnia pracy – podkreśla Olszewski. Jak to możliwe? Co prawda ustawa likwiduje karcianki, ale pozostawia możliwość zlecania przez dyrektorów dodatkowych zadań. Zdaniem przedstawicieli samorządów oraz związków nauczycielskich zapis w ustawie jest nieprecyzyjny i pozwala na dowolną interpretację. Związki liczą na to, że za każdą dodatkowo zleconą godzinę będzie się należała dodatkowa płaca. Dyrektorzy odpowiadają, że w ustawie tego nie ma, więc nauczyciel będzie musiał działać w ramach 40-godzinnego etatu (22 godziny poza pensum poświęca na przygotowanie do lekcji, sprawdzanie prac, doszkalanie czy pracę administracyjną).
Obie strony poprosiły MEN o doprecyzowanie przepisu. Wiadomo, że i jedni, i drudzy tak łatwo nie odpuszczą. Jak wyliczyła poprzednia minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska, gdyby za godziny karciane płacić, trzeba by wydać 1,7 mld zł rocznie. – Mówimy łącznie o 23 mln godzin, które nauczyciele poświęcają uczniom – wyliczała.
– Małych gmin, gdzie płace nauczycieli to i tak już cała subwencja oświatowa, nie będzie stać na to, by płacić im za dwie dodatkowe godziny pracy – przekonuje Olszewski. W ramach godzin karcianych działają na przykład świetlice szkolne. Jak wynika z danych zbieranych przez MEN, na 14 tys. podstawówek w świetlicach swoje godziny karciane wyrabia ponad 30 tys. nauczycieli. Prawie połowa prowadzi w ich ramach dodatkowe zajęcia z uczniami.
To nie koniec niepokojów związanych z ustawami przygotowanymi przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. Problemy z pewnością przyniesie także zamieszanie wokół sześciolatków. W związku z cofnięciem dla nich obowiązku szkolnego do pierwszej klasy trafi od września znacznie mniej dzieci niż zwykle – na razie pewne jest tylko 91 tys. siedmiolatków, którym rodzice odroczyli start szkolny w ubiegłym roku. Oprócz tego będą jeszcze dzieci, których rodzice zdecydują się na pozostawienie ich w pierwszej klasie jeszcze przez rok, a także te, które pójdą się uczyć rok wcześniej.
Są miasta, gdzie uruchomiona zostanie co dziesiąta pierwsza klasa – jak Łomża czy Słupsk. Przez rok zbędnych będzie tam po ok. 40 nauczycieli wczesnoszkolnych. Choć MEN tłumaczy, że każdy znajdzie pracę w przedszkolu, gdzie z kolei nauczycieli będzie brakować, Związek Nauczycielstwa Polskiego szacuje, że etatów zabraknie dla 20 tys. osób. – Tak wynika z danych zebranych przez nas z samorządów – tłumaczy Magdalena Kaszulanis, rzeczniczka ZNP, i dodaje: – W samym Szczecinie subwencja oświatowa ma być o 8 mln zł mniejsza, a na odprawy trzeba będzie wydać 3 mln zł.
Jak to możliwe, skoro liczba uczniów w systemie się nie zmniejszy, a jedynie podzieli inaczej? Samorządowcy przyznają, że zamiast zatrudniać zwalnianych nauczycieli dyrektorzy mogą po prostu dopełniać etaty tych, którzy już pracują w placówkach. Z najnowszych danych GUS wynika, że w przedszkolach ok. 6,5 tys. nauczycieli to osoby zatrudnione w niepełnym wymiarze godzin. Nauczycieli nie uratują nawet wracające do szkół zerówki. W Lublinie powstanie ich 17, za to zniknie ok. 115 klas pierwszych.
Związek będzie lobbować w ministerstwie, by wydzieliło rezerwę finansową, która pomoże samorządom zamortyzować straty. – Mogłoby to funkcjonować podobnie jak urlop na poratowanie zdrowia, nauczyciel byłby zawieszony w obowiązkach, ale dostawałby pensję. Albo na przykład mógłby prowadzić zajęcia na świetlicy szkolnej – relacjonuje Kaszulanis.
O zwolnieniach, podobnie jak o Karcie nauczyciela, związki chcą jeszcze rozmawiać. Dyrektorzy szkół mają czas do końca maja, by podjąć decyzję o zwolnieniach.
Ale problem niewielkiego rocznika nie skończy się wraz z rekrutacją do pierwszych klas, która odbędzie się za rok. Kiedy dzieci dojdą do czwartej klasy, godzin zabraknie dla części nauczycieli przedmiotowych. Już teraz w niepełnym wymiarze pracuje ponad 26 tys. nauczycieli w podstawówkach. Kolejnych 20 tys. – w gimnazjach. A że każdy kolejny rocznik uczniów będzie mniejszy od obecnego, prawdopodobnie część zwolnionych nauczycieli nie znajdzie z powrotem pracy. Samorządowcom taka demograficzna miotła jest finansowo na rękę. Jak na razie bowiem personelu szkół przybywa, podczas gdy uczniów jest coraz mniej. Oznacza to, że gminy i powiaty z mniejszej subwencji wypłacanej na uczniów wydają podobną kwotę na wynagrodzenia. Samorządowcy starają się unikać zwolnień zwłaszcza w okresach wyborczych.
Na osłodę nauczycielom mogą przyjść dwie inne reformy PiS. Według znowelizowanych przepisów o nadzorze pedagogicznym skończy się dowolność gmin w likwidowaniu małych szkół. Teraz, żeby zamknąć placówkę, trzeba będzie mieć na to zgodę kuratora oświaty. W poprzedniej kadencji samorządom zdarzało się przekazywać szkoły stowarzyszeniom czy nawet spółkom komunalnym. Takie rozwiązanie pozwalało na zwalnianie nauczycieli zatrudnianych zgodnie z przepisami Karty nauczyciela i zatrudnianie ich ponownie, już pod nowym zarządem, na podstawie stosunku pracy. W niektórych gminach dochodziło do patologii – szkołę przejmowała fundacja zakładana przez wydelegowanego przez wójta pracownika urzędu. Takie rozwiązania wzbudzały olbrzymie protesty związkowców. Według znowelizowanych przepisów kurator będzie także opiniował całą sieć szkół.
Resort edukacji wydzielił także budżet na nagrody dla tych nauczycieli, którzy otrzymają tytuł profesora oświaty. Ma być przyznanych 25 takich tytułów rocznie, a osobie, która otrzyma tytuł, ma być wypłacone 18 tys. zł – to podobna kwota jak dotychczas. Dotąd taki tytuł otrzymało 93 nauczycieli (maksymalnie 18 rocznie).
Zgodnie z najnowszymi planami MEN powstanie też centralny rejestr orzeczeń dyscyplinarnych wobec pedagogów. Będą w nim gromadzone dane o osobach prawomocnie ukaranych karą wydalenia z zawodu lub zwolnienia z pracy z zakazem przyjmowania do placówki oświatowej w okresie trzech lat.
To początek zmian. W kolejce stoją likwidacja gimnazjów i wzmocnienie roli nauczyciela w klasie. Będą podlegać szerokim konsultacjom. Już do MEN zgłosiło się ponad tysiąc osób, które chciałyby doradzać mu w reformach.