O tym, że globalna konkurencja wymusza ustępstwa wobec firm, a płacą za to pracownicy.
W 1995 r. Jeremy Rifkin, amerykański ekonomista i publicysta, ogłosił koniec pracy. W książce o takim tytule wieszczył, że już w najbliższych latach coraz większym problemem będzie brak etatów, bo nowoczesne technologie i coraz powszechniejsza automatyzacja procesów produkcji spowodują brak zapotrzebowania na pracowników. Po dwóch dekadach można uznać, że jego wizje się nie sprawdziły – bezrobocie nie poszybowało w górę, a maszyny wciąż nie zastąpiły człowieka (i nic nie wskazuje, aby miało to szybko nastąpić). Ale czy aby nie miał choć trochę racji?
Praca w Polsce dostępna jest jak nigdy po transformacji ustrojowej. Z badania aktywności ekonomicznej ludności wynika, że w naszym kraju pracuje obecnie rekordowe 15,8 mln osób, a bezrobocie spadło do poziomu jednocyfrowego. Tyle że to już nie jest zatrudnienie, do jakiego przyzwyczaili się mieszkańcy Europy. Około 1,4 mln osób jest obecnie zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych, 0,7 mln – przez agencje pracy tymczasowej (zatrudnieni doraźnie i na gorszych warunkach), a 1,1 mln to samozatrudnieni, czyli osoby, które prowadzą działalność gospodarczą, ale nikogo nie zatrudniają. Tacy pracownicy, tyle że z własnym biznesem i związanym z nim ryzykiem, a bez ochrony przewidzianej w przypadku umowy o pracę. Tak jak zlecenio- lub dziełobiorcy nie mają zagwarantowanego urlopu, chorobowego (chyba że sami płacą składkę), płacy minimalnej, dobowych i tygodniowych norm pracy, dodatkowo płatnych nadgodzin. A to tylko wybrane niepracownicze formy zatrudnienia. W Wielkiej Brytanii upowszechniły się np. umowy zero godzin, na podstawie których firma wzywa osobę do pracy tylko w razie potrzeby, a więc zatrudniony – choć pozostaje w dyspozycji przedsiębiorcy – nie ma gwarancji stałego zarobku (Państwowa Inspekcja Pracy ujawniła, że takie kontrakty są już stosowane także w Polsce).