Mają płacić coraz wyższe daniny, nie dostając nic w zamian. W najgorszej sytuacji jest 1,3 mln osób samozatrudnionych, które każdego miesiąca muszą wpłacić do ZUS ponad tysiąc złotych haraczu, działając na granicy opłacalności. A kiedy idą do zakładu się dowiedzieć o możliwość czasowego zmniejszania opłaty, otrzymują odpowiedź, że obowiązek opłacania składek nie ma żadnego związku z zyskami firmy.

I co gorsze, kiedy się spóźnią z wpłatą, muszą się liczyć z tym, że to właśnie do nich, a nie do kopalni czy huty, jako pierwszych przyjdzie nakaz płatniczy z ZUS. Co więcej, drobne, nawet kilkudniowe opóźnienie czy 1,5-złotowa niedopłata wystarczą do wstrzymania wypłaty zasiłku chorobowego. Na takie restrykcje nikt się nie odważy wobec wielkich zakładów.

Ostatni raport NIK obnażył, że takie molochy jak kopalnie, stocznie czy huty mogą liczyć na korzystne układy ratalne lub wręcz anulowanie długów. Mali i średni muszą płacić. W przeciwieństwie do górników nie przyjdą z kilofami i płonącymi oponami przed Sejm czy Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, bo pracują na utrzymanie swojej rodziny. W tym bowiem przypadku siła głosu jest siłą argumentu.

Wystarczy, że pracownicy dużych przedsiębiorstw zagrożą marszem na Warszawę, a rząd wycofuje się ze zmian prawa, które są dla nich niekorzystne. Argument od lat niezmiennie pozostaje ten sam – ochrona miejsc pracy. Ta zasada znów nie dotyczy małych i średnich.

Polityka polskiego rządu – bez względu, czy u władzy jest lewica, prawica, czy liberałowie – nie ma nic wspólnego z tym, co się dzieje na Zachodzie, gdzie małe rodzinne firmy są podstawą gospodarki. Podobnie jest na całym świecie. W 2006 r. pokojową nagrodę Nobla dostał Muhammad Yunus, który stworzył mikrokredyt przeznaczony dla biednych i bezrobotnych. Z takiego sposobu rozkręcania firm już skorzystało 34 mln osób z 24 krajów.