Osoby zatrudnione na stanowiskach urzędniczych w administracji państwowej mają obowiązek systematycznego podnoszenia swojej wiedzy i kwalifikacji. Co więcej, dyrektor generalny lub inna osoba odpowiedzialna za politykę kadrową mogą w miarę potrzeb wspierać finansowo szkolących się urzędników. Kursy powinny jednak dotyczyć zakresu zadań realizowanych przez pracowników.

Z możliwości dofinansowania skorzystał odwołany w ubiegłym tygodniu wojewoda śląski Zygmunt Łukaszczyk. Za państwowe pieniądze w trakcie urzędowania zrobił doktorat. Wątpliwości – w odniesieniu do realizowanych przez niego zadań – budzi jednak temat pracy: „Uwarunkowania surowcowe mieszanek węglowych w oparciu o węgle ortokoksowe Jastrzębskiej Spółki Węglowej”. Z nieoficjalnych informacji wynika, że były wojewoda wraca po bezpłatnym urlopie (udzielonym na czas sprawowania funkcji w administracji rządowej) do JSW na stanowisko wiceprezesa spółki.

– Zwykli urzędnicy często nie mają co liczyć na dofinansowanie nawet podstawowych szkoleń, a byłemu wojewodzie zafundowano ze środków publicznych zrobienie doktoratu – oburza się Zbigniew Bartoń, przewodniczący sekcji Krajowej Pracowników Administracji Rządowej i Samorządowej NSZZ „Solidarność”.

Szkolenia dla urzędników

Szkolenia dla urzędników

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Wojewoda na szkoleniu

Śląski Urząd Wojewódzki (ŚUW) od dłuższego czasu odmawiał informacji o podwyższaniu kwalifikacji przez byłego już wojewodę. Działacze związkowi występowali o nie w trybie dostępu do informacji publicznej. Urząd nie chciał jednak ujawnić ani kwoty przeznaczonej na sfinansowanie doktoratu, ani szczegółów umów obejmujących prawa i obowiązki stron w związku z podnoszeniem kwalifikacji zawodowych. Związkowcy otrzymali tylko informacje, że takie umowy mają charakter prywatnego zobowiązania pracowników wobec pracodawcy i tym samym nie stanowią informacji publicznej. Dopiero wojewódzki sąd administracyjny nakazał udzielenia takich informacji.

– Wciąż nie mamy żadnych informacji w tej sprawie – twierdzi Zbigniew Bartoń.

Wczoraj po naszym ponownym ponagleniu dyrektor generalny ŚUW Łukasz Falgier ustosunkował się do pytań DGP. Potwierdził, że doktorat był sfinansowany z budżetu urzędu i kosztował ok. 10 tys. zł. Ponadto ŚUW zawarł umowę z Politechniką Śląską w Gliwicach w sprawie przewodu doktorskiego byłego wojewody.

Jak podkreśla Łukasz Falgier, uzyskany przez Zygmunta Łukaszczyka tytuł naukowy był bardzo przydatny na tym stanowisku. Dodaje, że wojewoda w umowie z urzędem był zobowiązany zwrócić koszty doktoratu w przypadku, gdyby został odwołany z powodu rażącego naruszenia obowiązków. Nie miało to miejsca, więc nie będzie musiał oddawać pieniędzy. Śląski urząd powołuje się na kontrole Najwyższej Izby Kontroli, która nie dopatrzyła się nieprawidłowości.

Sam były wojewoda powiedział DGP, że nie chce komentować sprawy.

Eksperci nie mają jednak wątpliwości, że tego typu działania są nieetyczne.

– Dofinansowanie byłoby zrozumiałe, jeśli wojewoda zrobiłby doktorat np. z zarządzania administracją rządową, a nie z tematyki, która dotyczy jego dalszej kariery zawodowej – mówi profesor Jolanta Itrich-Drabarek z Uniwersytetu Warszawskiego, członek Rady Służby Cywilnej.

Niejasne przepisy

Prawnicy mają również wątpliwość, czy podwyższanie kwalifikacji przez osoby zajmujące wysokie stanowiska w państwie powinno się odbywać w trakcie pełnienia przez nie funkcji, które trwają tylko kilka lat.

Pracownicy samorządowi zatrudnieni w gminach, urzędach miast i marszałkowskich mają obowiązek uczestniczyć w różnych formach podnoszenia wiedzy i kwalifikacji zawodowych. Specjalne szkolenia i kursy są również wymagane od członków korpusu służby cywilnej. Jednak w ustawie z 23 stycznia 2009 r. o wojewodzie i administracji rządowej w województwie (Dz.U. nr 31, poz. 206 z późn. zm.) nie ma przepisów mówiących o tym, że osoba na takim stanowisku ma podwyższać swoje kwalifikacje w trakcie sprawowania funkcji ani że może przy tym korzystać ze środków publicznych.

Wojewoda, tak jak ministrowie, należy do osób zajmujących wysokie stanowiska w państwie, które określane są jako „R”.

– R ma specjalną ustawę, która dotyczy wynagrodzeń, i tam nie ma mowy o obowiązku czy nawet możliwości podnoszenia kwalifikacji przez osoby zajmujące kierownicze stanowiska w państwie. Taki wymóg jest tylko wobec pracowników samorządowych i członków korpusu służby cywilnej, a do żadnej z tych grup R nie należy – wyjaśnia Aleksandra Skorupka, dyrektor biura prawnego i spraw pracowniczych Kancelarii Senatu.

Tłumaczy, że szef Kancelarii Senatu, który również jest zaliczany do R, wydaje zarządzenia w zakresie wynagradzania i ewentualnych szkoleń, ale regulacje te – w tym możliwość dokształcania – go nie obejmują.

– Szef Kancelarii Senatu nie ma możliwości robienia np. doktoratu za pieniądze urzędu. Co więcej, od osób, które trafiają na tak wysoką funkcję, wymaga się ponadprzeciętnej wiedzy i kwalifikacji oraz dyspozycyjności – podkreśla Aleksandra Skorupka.

Nierówność szans

– Kształcenie jest inwestycją w siebie. Dlatego jeśli szefowie urzędu robią doktoraty, a pozostali pracownicy nie mają na to żadnych szans, to możemy jasno stwierdzić, że dochodzi do nierówności – komentuje Julia Pitera, przewodnicząca sejmowej komisji administracji i cyfryzacji, była pełnomocnik rządu ds. walki z korupcją.

Według niej doktorat nie jest podnoszeniem kwalifikacji zawodowych. – Mam wątpliwości, czy w omawianej sprawie mieliśmy do czynienia z solidną pracą doktorską i solidną pracą na rzecz urzędu byłego wojewody. Praca naukowa pochłania przecież wiele czasu – dodaje Julia Pitera.

Ponadto zgodnie z wykładnią Ministerstwa Finansów wszystkie wydatki służące tylko podnoszeniu ogólnego poziomu wiedzy i wykształcenia niezwiązane z działalnością mają co do zasady wyłącznie charakter osobisty i nie stanowią kosztów podatkowych.

– Taką wykładnię można przez analogię zastosować także do dofinansowywania kształcenia ze środków publicznych. Jest to jawne łamanie prawa. Urząd nie powinien płacić za egzotyczne doktoraty – uważa Zbigniew Bartoń.