Jedno ogłoszenie i chętnych tysiące. Z czego tylko garstka spełnia wymagania. Szukanie pracownika w dobie internetu nie jest ani proste, ani szybkie.
Rekrutacja w jednym z dużych banków. Instytucja szuka asystenta do działu marketingu. Standardowe ogłoszenia, z umiarkowanie wygórowanymi wymaganiami – biegły angielski, kierunkowe studia, „mile widziane doświadczenie” – ląduje w kilku portalach rekrutacyjnych. Po dwóch tygodniach kadrowi sumują nadesłane życiorysy. Rachowanie trwa jednak bardzo długo. Okazuje się, że chętnych jest ponad 2,5 tys. – To jeden z rekordów w branży – przyznaje Anna Sawczuk, doradca zawodowy.
Ale doświadczonych head- hunterów ten zalew CV nie dziwi. Wręcz przeciwnie, wszyscy przyznają, że sytuacje, w których na jedno ogłoszenie odpowiada kilkaset, a nawet kilka tysięcy osób, zdarzają się coraz częściej. – Szukanie pracy przez internet stało się normą, jest łatwiejsze, szybsze i sprawniejsze, a naturalną tego konsekwencją jest zwiększona liczba aplikacji na każde stanowisko – tłumaczy Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami. Jego zdaniem wynika to jednak nie tyle z rosnącej powszechności internetu, ile z problemów na rynku pracy, niedopasowania kompetencyjnego i rosnącego bezrobocia.