Pracownicy ośrodków pomocy społecznej, którzy starają się o poprawę swoich warunków pracy, w tym wysokości wynagrodzeń, zyskali ważny argument w sporach prowadzonych z pracodawcą. To wyrok Sądu Najwyższego (sygn. akt III PK 153/18), który stwierdził, że wynikające z przepisów ograniczenie prawa do strajku w jednostkach administracji musi podlegać ścisłej interpretacji i nie można go automatycznie rozszerzać na wszystkich pracowników samorządowych.

Zwolnione za protest

Sprawa, którą zajmował się sąd, dotyczyła dwóch byłych pracownic gminnego ośrodka pomocy społecznej (GOPS). Należały one do organizacji związkowej, która domagała się podwyżek pensji na wszystkich stanowiskach pracy. Gdy ich postulat nie został uwzględniony, doszło do wszczęcia sporu zbiorowego, a pod koniec grudnia 2015 r. rozpoczął się strajk. Pracodawca uznał jednak, że podjęta akcja była nielegalna, bo zgodnie z art. 19 ust. 3 ustawy z 23 maja 1991 r. o rozwiązywaniu sporów zbiorowych (t.j. Dz.U. z 2020 r. poz. 123) prawo do strajku nie przysługuje pracownikom zatrudnionym w organach władzy państwowej, administracji rządowej i samorządowej (a także sądach i prokuraturze).

W konsekwencji w 2016 r. z obiema pracownicami rozwiązane zostały umowy o pracę bez wypowiedzenia, z powodu zorganizowania i uczestnictwa w strajku, który nie miał podstawy prawnej. Jednocześnie – jak wskazał pracodawca – doszło do ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych. Polegało ono na odmowie wykonania polecenia służbowego, nakazującego natychmiastowe przystąpienie do pracy.

Kobiety złożyły pozew przeciwko kierownikowi GOPS, w którym wskazywały, że jako członkowie związku zawodowego podlegały szczególnej ochronie przed rozwiązaniem umowy o pracę. Sąd rejonowy oddalił jednak ich powództwo. Od tego wyroku byłe pracownice ośrodka złożyły apelację do sądu apelacyjnego, ale ten uznał, że nie zasługiwała ona na uwzględnienie. W ocenie sądów strajk był nielegalny, bo pracownikom GOPS jako organowi wykonawczemu jednostki samorządu terytorialnego takie uprawnienie nie przysługuje.

Kolejnym krokiem zwolnionych było więc wniesienie kasacji. SN uznał zaś, że przedstawione we wcześniejszych wyrokach stanowisko było błędne. Uchylił je oraz przywrócił kobiety do pracy. W uzasadnieniu podkreślił, że prawo do strajku nie przysługuje m.in. pracownikom zatrudnionym w organach administracji samorządowej, nie zaś ogólnie wszystkim pracownikom samorządowym. W jego ocenie takim organem nie jest GOPS, który ma status gminnej jednostki organizacyjnej, ale nie jest organem wykonawczym gminy. Tym samym jego pracownicy mogą strajkować.

– Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego wyroku, który jest pierwszym tego typu orzeczeniem odnoszącym się do pracowników socjalnych. Stanowi on najlepszą odpowiedź na wątpliwości części pracowników, którzy obawiali się przystępować do planowanej przez nas w ubiegłym roku akcji strajkowej właśnie z tego względu, że będzie ona nielegalna i zostaną zwolnieni z pracy – mówi Paweł Maczyński, przewodniczący Polskiej Federacji Pracowników Socjalnych i Pomocy Społecznej.

Ostatecznie do niej doszło (organizacja zawiesiła bowiem działania protestacyjne), ale i tak w wielu ośrodkach w całym kraju, m.in. w Bydgoszczy i Piotrkowie Trybunalskim, trwają spory zbiorowe, a ich uczestnicy z dużymi nadziejami czekali na to orzeczenie. Natomiast sama federacja na razie nie podejmuje żadnych decyzji co do przeprowadzenia ogólnopolskiego strajku, bo czeka na propozycje, które znajdą się w zapowiadanym przez resort rodziny projekcie nowelizacji ustawy o pomocy społecznej.

Na przyszłość

Omawiany wyrok może też sprowokować szerszą dyskusję na temat samego prawa do strajku.

– Wpisuje się on w linię orzeczniczą SN zawężającą ograniczenia w strajkowaniu. Obowiązuje wykładnia, że wątpliwości co do tego, czy dany protest jest legalny czy też nie, są rozstrzygane na korzyść protestujących – wskazuje Grzegorz Orłowski, radca prawny z kancelarii Orłowski Patulski Walczak.

Podkreśla, że często problemem jest jednak praktyka, a nie przepisy. Dotyczy to zarówno pracy w administracji publicznej, jak i w prywatnym biznesie. – W małych ośrodkach zatrudnienie w sektorze państwowym zależy w praktyce od lokalnych włodarzy – burmistrza, wójta. Skłonność do buntowania się w takich warunkach jest mocno ograniczona. Na dodatek trzeba pamiętać też o aspekcie ekonomicznym – za czas strajku nie przysługuje wynagrodzenie – dodaje mec. Orłowski.

Sytuację komplikuje też struktura, w jakiej funkcjonuje sfera budżetowa. O wysokości płacy w praktyce nie decyduje formalny pracodawca (np. ośrodek pomocy społecznej, szkoła itp.), ale poszczególne resorty oraz – w szczególności – Ministerstwo Finansów, odpowiedzialne za przygotowanie bud żetu. Podobna sytuacja dotyczy biznesu. Wiele firm funkcjonuje w formie grup kapitałowych. O warunkach zatrudnienia w poszczególnych jednostkach decydują najczęściej nie ich szefowie, ale centrala holdingu.

– W takiej sytuacji związki zawodowe zdają sobie sprawę, że formalny pracodawca nie jest władny do podjęcia decyzji dotyczących np. podwyżek. Strajk staje się wówczas jedynie pośrednią formą nacisku na rzeczywistych decydentów – wskazuje Grzegorz Orłowski.

Podkreśla, że dla tych ostatnich to wygodna sytuacja. – Nie muszą liczyć się z bezpośrednią presją ze strony pracowników. Miałoby to miejsce, gdyby związki zawodowe realnie funkcjonowały na poziomie branż – dodaje.

Większość organizacji pracowników działa na szczeblu zakładu pracy. Są rozdrobnione, często skłócone i rywalizujące z innymi zakładowymi związkami. Na dodatek w większości firm w ogóle ich nie ma. Przynależność do nich deklaruje jedynie 5,9 proc. Polaków, czyli 12,9 proc. pracowników najemnych (dane CBOS na listopad 2019 r.). Na dodatek młodsze pokolenie coraz rzadziej widzi potrzebę zrzeszania się.

– Zmiana przepisów nie zmieni tej sytuacji. Związkowcy muszą szukać różnych, bardziej skutecznych form nacisku na pracodawców, unikać konfrontacji i upolitycznienia – podsumowuje mec. Orłowski.