Na wczorajszym posiedzeniu rząd przyjął propozycję wysokości przyszłorocznego minimalnego wynagrodzenia. Najniższa pensja dla pracownika ma wynieść 2450 zł (czyli o 200 zł więcej niż w 2019 r.; 8,9 proc.), a stawka dla samozatrudnionych i zleceniobiorców – 16 zł za godzinę. Teraz propozycja ta trafi do partnerów społecznych. W Radzie Dialogu Społecznego rozpoczną się negocjacje ostatecznych kwot podwyżek. Decyzja rządu już teraz ma jednak istotne znaczenie. Zgodnie z przepisami przyszłoroczne wynagrodzenie minimalne nie będzie mogło być niższe od kwot przyjętych wczoraj przez Radę Ministrów, bez względu na efekty rozmów z centralami związkowymi i organizacjami pracodawców. Te pierwsze przyjęły wspólne stanowisko w sprawie minimalnego wynagrodzenia – postulują jego wzrost o 12 proc. (do 2520 zł).
– Propozycja rządu nas nie satysfakcjonuje. Zaproponowana kwota będzie stanowić 46,9 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia za pracę, co oznacza, że dystans minimalnej płacy do średniej nie tylko nie będzie się zmniejszał, ale wzrośnie – tłumaczy Norbert Kusiak, dyrektor wydziału polityki gospodarczej i funduszy strukturalnych OPZZ.
Nie do końca zadowoleni mogą być też pracodawcy. Oni proponowali wzrost minimalnej pensji o 6,1 proc. Rząd zgodził się za to z pracodawcami w sprawie przyszłorocznych podwyżek pensji w sferze budżetowej. Postulowali oni wzrost płac o 6,1 proc., a Rada Ministrów zaproponowała średnioroczny wskaźnik wzrostu wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej o 106,0 proc. w ujęciu nominalnym (czyli w praktyce o 6 proc.; jednocześnie oznacza to, że wynagrodzenia w budżetówce 2020 r. nie będą automatycznie waloryzowane jednym wskaźnikiem). To zdecydowanie niższa wartość od tej proponowanej przez związki zawodowe (domagały się wzrostu o 15 proc.).