- Od 20% bezrobocia do walki o pracownika: jak zmieniał się polski rynek pracy?
- Zwolnienia grupowe w 2024 i 2025 roku. Czy mamy powody do paniki?
- Kogo dotkną redukcje etatów? Branże pod największą presją
- Rynek pracownika: kwalifikacje wciąż mają znaczenie?
- Czarne chmury nad gospodarką: dług publiczny większym wrogiem niż rynek pracy
Od 20% bezrobocia do walki o pracownika: jak zmieniał się polski rynek pracy?
W ostatnich dwóch dekadach Polska doświadczyła skrajnie różnych realiów rynku pracy. Początkowo obserwowany był wyjątkowo silny „rynek pracodawcy”. Bezrobocie sięgało średnio około 20 proc., a w niektórych regionach przekraczało nawet 30 proc. Praca była tania, a zdobycie zatrudnienia wymagało dużego wysiłku i często zgody na bardzo niskie wynagrodzenie.
Dziś sytuacja jest diametralnie inna. Polska należy do krajów o najniższej stopie bezrobocia w Unii Europejskiej. Z powodów demograficznych kraj wszedł w sposób trwały w strefę rynku pracownika, choć – jak podkreśla dr Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton - jego natężenie różni się w czasie, przestrzeni i w zależności od branży i specjalizacji.
- Na poziomie całej gospodarki można jednak mówić o pewnym „schłodzeniu rynku pracownika”. Rosnące płace – będące konsekwencją niedoboru pracy – obniżają konkurencyjność międzynarodową części produkcji i usług realizowanych w Polsce. W wielu sektorach jest to wciąż akceptowalne, bo wynagrodzenia pozostają niższe niż w Europie Zachodniej, a często także niższe niż w Czechach czy na Słowacji. Są jednak branże o wysokim udziale kosztów pracy, niskich marżach i silnej konkurencji zagranicznej, dodatkowo obciążone wysokimi kosztami energii – mówi podkreśla dr Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton.
Jak dodaje, jeśli chodzi o obszar, gdzie nigdy nie było – i prawdopodobnie nigdy nie będzie – rynku pracownika, to jest to obszar o bardzo dużej elastyczności podaży pracy. Innymi słowy, obszar, gdzie każdy „może przyjść”, bez kwalifikacji albo te kwalifikacje nabędzie w bardzo krótkim czasie. To obszar, gdzie podstawowym punktem odniesienia jest płaca minimalna, niekiedy „z lekką górką”. Najniżej płatne stanowiska w HoReCa czy też przysłowiowi „dostawcy pizzy”.
Zwolnienia grupowe w 2024 i 2025 roku. Czy mamy powody do paniki?
Co ze zwolnieniami grupowymi, o których w ostatnich miesiącach często pisze prasa? Zdaniem eksperta, te były, są i będą stałym elementem gospodarki i choć w ostatnim czasie temat ten był silnie eksploatowany medialnie, to realna skala zwolnień była znacznie mniejsza niż dekadę wcześniej – na poziomie około jednej trzeciej tamtych wartości.
Kogo dotkną redukcje etatów? Branże pod największą presją
W najbliższym czasie zwolnienia grupowe będą dotyczyć przede wszystkim branż o wysokich kosztach pracy, niskich marżach i silnej konkurencji międzynarodowej oraz dużych organizacji zatrudniających tysiące osób, takich jak centra usług wspólnych, które nie będą chciały zwiększać wynagrodzeń – i które to będą decydować o relokacji całych centrów w inne miejsca.
- W tym ostatnim obszarze nie jest to zjawisko masowe, póki co, ale widać wyraźne schłodzenie, zaś poprzedni rok przyniósł informacje o zwolnieniach grupowych w firmach tego obszaru. Nie sądzę, aby miało się to stać masowe – raczej po prostu płace przestaną rosnąć bądź będą rosły nieznacznie i nie dla wszystkich, ale firmy zostaną. Natomiast biorąc pod uwagę, jak dużo firm i osób pracuje w Polsce w tym obszarze, z pewnością ta czy inna firma podejmie decyzje o relokacji – i usłyszymy o zwolnieniach grupowych. Pamiętajmy jednak o proporcjach i odnieśmy zawsze skalę tych zwolnień do łącznej liczby pracujących w danej branży – uważa główny ekonomista Grant Thornton.
Rynek pracownika: kwalifikacje wciąż mają znaczenie?
Warto pamiętać, że nastroje społeczne nie zawsze muszą bezpośrednio odzwierciedlać sytuację na polskim rynku pracy. Mogą być kształtowane chociażby przez ocenę własnej sytuacji finansowej oraz sceny politycznej i jej dynamiki.
Dla pracowników posiadających realne, poszukiwane na rynku kwalifikacje sytuacja pozostaje strukturalnie korzystna. Przy rekordowo niskim bezrobociu i niekorzystnej demografii ryzyko trwałego pogorszenia ich pozycji jest ograniczone. Utrata jednej pracy nie oznacza dziś braku alternatyw – zawsze można zmienić miejsce zatrudnienia. Znacznie trudniejsza staje się natomiast sytuacja pracodawców, szczególnie właścicieli mniejszych przedsiębiorstw.
- Biorąc pod uwagę ogólnie mniejszą efektywność firm małych względem firm dużych, wiele małych firm będzie pod coraz większą presją rynkową, a część z nich po prostu będzie „wypadać z gry” – przewiduje dr Marcin Mrowiec.
Czarne chmury nad gospodarką: dług publiczny większym wrogiem niż rynek pracy
Ekonomista uważa, że najpoważniejszym zagrożeniem dla stabilności zatrudnienia – i całej gospodarki – nie jest dziś sam rynek pracy, lecz stan finansów publicznych. Oficjalne prognozy zakładają wzrost długu sektora finansów publicznych o 390 mld zł w 2026 r.
- Jako kraj, żyjemy bardzo mocno ponad stan i mało kto z klasy politycznej wydaje się być tego świadomy i tym zmartwiony. Nie widać, aby ktokolwiek robił coś konkretnego, aby temu przeciwdziałać. Dopóki mamy silny wzrost gospodarczy – jak w tym roku – mało kto się tym przejmuje, zaś pozytywne efekty silnego wzrostu „przykrywają” ryzyka. Kiedy jednak wzrost słabnie, a tak będzie prawdopodobnie w Polsce w 2027, kiedy inflacja i/lub rentowności wzrosną, tak może być, choć nie jest to przesądzone, możemy mieć do czynienia z „gwałtownym hamowaniem” gospodarki, w tym i rynku pracy oraz masą innych kłopotów… - zwraca uwagę dr Marcin Mrowiec.