W styczniu tego roku Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, którym zburzył przekonanie całego środowiska artystycznego, że umowa o dzieło jest najwłaściwsza dla działalności twórczej. Sąd stwierdził wówczas wyraźnie – i potwierdził to także w kolejnym orzeczeniu w czerwcu – że nie każda działalność artysty kwalifikuje się do zastosowania umowy o dzieło, a tylko taka, której efekt jest ustalony w umowie jako konkretny rezultat, a ten z kolei można poddać sprawdzianowi na istnienie wad.
W rozpatrywanych sprawach SN oceniał m.in. udział artystów w koncertach i uznał, że w takich przypadkach wykonywanie utworów przez muzyków może mieć charakter odtwórczy. A wtedy właściwa jest nie umowa o dzieło, lecz zlecenie. Nie dochodzi bowiem wówczas do powstania nowego utworu czy takiego wykonania istniejącego już utworu, które miałoby charakter artystyczny. A więc nie można mówić, że strony umówiły się na określony rezultat, niezbędny przy kwalifikacji kontraktu jako umowy o dzieło.

W konsekwencji tych ustaleń SN przyznał rację ZUS, że umowy artystów w rozpatrywanych sprawach muszą być oskładkowane. Te rozstrzygnięcia środowisko artystyczne odebrało jako wymierzony w nie cios. Rozległy się głosy, że sąd ingeruje w sferę wolności artystycznej. Temperatura dyskusji podniosła się tak bardzo, że SN postanowił dodatkowo wytłumaczyć się z podjętych decyzji. Wydał 14 czerwca komunikat, w którym oświadczył, że jego intencją nie była „obraza i poniżenie polskich artystów”, ale uporządkowanie kwestii prawnych i ubezpieczeniowych. Przypomniał także, jak ważna jest staranność przy sporządzaniu i zawieraniu umów. Często to bowiem właśnie braki w treści kontraktów z artystami nie pozwalają na zakwalifikowanie ich jako umów o dzieło. Na potrzebę precyzyjnego określenia przedmiotu takiej umowy dziś zwracają uwagę także nasi eksperci.