Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało bardzo obszerny projekt nowelizacji kodeksu karnego wykonawczego. Jednym z kontrowersyjnych pomysłów jest ograniczenie prawa do skargi poprzez możliwość pozostawienia jej bez rozpoznania, jeśli jest oczywiście bezzasadna. Choć w praktyce może to oznaczać, że 90 proc. skarg będzie traktowanych w ten sposób (w 2020 r. jedynie 397 z 37 tys. skarg uznano za zasadne), stoi pan na stanowisku, że to właściwe rozwiązanie. Dlaczego?
Bo patrząc na więziennictwo na przestrzeni ostatnich 30 lat, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że gdzieś w tym systemie straciliśmy zdrowy rozsądek. Dziś wszyscy mówią praktycznie jedynie o prawach więźniów, zapominając, że jednak więzień odbywa karę pozbawienia wolności i siłą rzeczy ta kara ogranicza jego prawa. Skutkiem takiego jednostronnego patrzenia na problem jest ogromna frustracja Służby Więziennej, która prowadzi m.in. do braków kadrowych. Zwłaszcza że i tak jest to praca mało wdzięczna i niewysoko płatna. Można powiedzieć, że funkcjonariusze czują się „tresowani” przez więźniów, a dyrektorzy zakładów karnych robią wszystko, by osadzeni nie pisali żadnych skarg, np. do rzecznika praw obywatelskich albo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. W okresie PRL nagminnie były naruszane elementarne prawa więźnia jako człowieka, takie jak prawo do przepustek, kontaktów z rodziną, nie mówiąc o używaniu przemocy w sposób nieuprawniony. By pozbyć się tego odium, po upadku dawnego systemu zaczęto tworzyć przepisy, które idą przede wszystkim w kierunku praw więźniów, a nie ich obowiązków. Symptomatyczne jest nawet to, że w kodeksie karnym wykonawczym najpierw mówi się o prawach skazanego, a dopiero później o obowiązkach. System zaczyna przyjmować już karykaturalne formy.