Te pierwsze dotyczyły piekielnie ważnego z naszej perspektywy wtorkowego wyroku o zasadach rozstrzygania przez sądy polubowne sporów inwestycyjnych. Dzięki niemu Polska nie będzie musiała płacić ponad 650 mln zł odszkodowania (z odsetkami suma ta mogłaby sięgnąć miliarda), jakie Trybunał Arbitrażowy w Sztokholmie kilka lat temu zasądził na rzecz funduszu inwestycyjnego Abris. TSUE uznał bowiem, że klauzula arbitrażowa stanowiąca podstawę tamtej decyzji była nieważna.
Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze bardzo przydadzą się nam na realizację środowego postanowienia wiceprezesa TSUE Larsa Baya Larsena, który nałożył na Polskę karę finansową za niezawieszenie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Czyli za zlekceważenie lipcowej decyzji ówczesnej wiceprezes trybunału, Rosario Silvy de Lapuerty, o zastosowaniu środka tymczasowego. Każdy dzień dalszej pracy sędziów ID został „wyceniony” na 1 mln euro. Możemy być w pewien sposób dumni, bo przecież jako Polacy lubimy być „naj”, a tak wysokiej kary dziennej TSUE nie nałożył nigdy w swojej historii. Dość powiedzieć, że rachunek wystawiony nam za kontynuowanie wydobycia węgla w Turowie – także wbrew wydanemu w Luksemburgu zabezpieczeniu – opiewał tylko na 0,5 mln.
To, że Izba Dyscyplinarna nie spełnia standardów niezależnego sądu, wynika już z licznych orzeczeń zapadłych zarówno przed unijnymi trybunałami, jak i sądami krajowymi, nie wyłączając samego SN. Mogę się tylko domyślać, że wielu prawnikom uczestniczącym w rozprawach w ID zwrot „Wysoki sądzie” nie przechodzi przez usta. A może w takim razie „Drogi sądzie” będzie lepsze?
Reklama