Marek Prawda, były dyrektor przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie i były ambasador RP m.in. w Brukseli / Dziennik Gazeta Prawna / Wojtek Górski
Napięcie na linii Warszawa–Bruksela trwa od kilku lat, zwłaszcza w kwestiach praworządności. Czy to, co się teraz wydarzyło, to punkt zwrotny? Nowa jakość? Wyrok TSUE ws. zawieszenia Izby Dyscyplinarnej, wniosek komisji o kary finansowe i orzeczenie polskiego trybunału, który stwierdził, że Polska nie jest zobowiązana do respektowania decyzji TSUE.
To nowa sytuacja. Do tej pory Unia raczej reagowała łagodnie wobec krajów członkowskich, które łamały wartości czy podważały zasady lojalnej współpracy. Teraz powstało przekonanie, że we własnym gronie nie można sponsorować państw, które idą w kierunku rozbijania Wspólnoty od wewnątrz. Nacisk w stolicach się zwiększył, Parlament Europejski też mówi głośniej, ale przede wszystkim UE ma trochę nowych narzędzi związanych z zasadą warunkowości. To nowa sytuacja dla Węgier, ale również dla Polski. Przykład – KPO. Trudno zaakceptować KPO kraju, który albo nie daje gwarancji, że będzie miał instrumenty efektywnego monitorowania – czyli Węgry, albo kraju, który podważa fundamenty integracji europejskiej.
Czyli Polski? Orzeczenie trybunału jest podważaniem fundamentów? Powiedzenie, że się nie dostosujemy do wyroku?
Tak. Jeżeli stwierdza się nadrzędność konstytucji w taki sposób, jak to zostało sformułowane we wniosku premiera.
PiS konsekwentnie przypomina, że ten wyrok nie powinien być zaskoczeniem, biorąc pod uwagę orzeczenia z 2005 i 2010 r. Na czym polega problem?
Konstytucja jest najwyższym prawem, ale zawiera ona art. 9 nakazujący przestrzeganie przez Rzeczpospolitą prawa międzynarodowego. Czyli także prawa UE, do której Polska przystąpiła na mocy konstytucji (art. 90) za zgodą suwerena wyrażoną w wiążącym referendum. Polska zobowiązała się więc do przestrzegania prawa Unii zgodnie z orzecznictwem TSUE. Zobowiązania takie są jednoznacznie zawarte w Traktacie akcesyjnym. Zagadnienie to zostało wyjaśnione w fazie akcesyjnej.
Zasada pierwszeństwa oznacza, że Polska zobowiązana jest do stosowania prawa UE. Jeśli prawo krajowe jest niezgodne z prawem UE, sąd stosuje prawo unijne, a ustawodawca musi zmienić prawo krajowe. Uprzednio Trybunał Konstytucyjny jasno powiedział, co należy zrobić, gdy postanowienia konstytucji są sprzeczne w prawem UE: należy zmienić odpowiednie postanowienia konstytucji (co zrobiono, również głosami PiS w 2006 r., w celu odpowiedniego stosowania ENA). Oczywiście państwo może również podjąć próbę doprowadzenia do rewizji traktatów unijnych lub wystąpić z Unii Europejskiej – o tym uprzednio jednoznacznie mówił Trybunał Konstytucyjny.
Konstytucja w takim samym stopniu gwarantuje niezależność sądownictwa, w jakim domaga się jej teraz TSUE. Paradoksalnie, unijny trybunał broni w tej sprawie polskiej konstytucji, a wypowiada się przeciw naruszającym ją ustawom.
Było orzeczenie trybunału w Karlsruhe – tam też była rozstrzygana sprawa trybunału europejskiego i prawa niemieckiego.
W każdym quasi-federalnym systemie, a takim jest Unia, jest naturalny konflikt między centrum a peryferiami. Centrum to jest TSUE, peryferia to TK czy federalny trybunał konstytucyjny. Chodzi o to, żeby sędziowie umieli się nie zgodzić bez obalania całego systemu. Trybunał w Karlsruhe powiedział: wpływy i wydatki są kontrolowane przez demokratyczne procesy. Obywatel, suweren, ma prawo do uzyskania odpowiedzi, czy uwspólnotowienie do pewnego stopnia długów czy skupowanie obligacji od banków komercyjnych, to przekroczenie pewnej granicy. Konflikt więc był, ale dość szybko znaleziono rozwiązanie. Te działania były naprawcze, a nie poszły w kierunku wywracania stolika. W polskim przypadku nie chodzi o ochronę polskiego porządku prawnego, bo tu nie ma żadnego konfliktu. Chodzi o zablokowanie działań TSUE i KE wobec polskiego sądownictwa.
To jest różnica między suwerennością definiowaną poprzez włączenie procesów demokratycznych i instytucji, które reprezentują społeczeństwo, a suwerennością satrapii, która zapowiada niestosowanie się do postanowień traktatu, który podpisała. Tu chodzi o różne intencje. System prawny działa tylko przy założeniu, że aktorzy działają w dobrej wierze. Pluralizm konstytucyjny jest jak broń atomowa. W czasie pokoju jest dobra, bo wszyscy powstrzymują się od wariactw. W czasie wojny może być szalenie niebezpieczna, bo jest łatwa do użycia. Trzeba też pamiętać, że pomimo dużo mniej konfrontacyjnej postawy trybunału w Karlsruhe Komisja Europejska nie pozostawiła jego kontrowersyjnego orzeczenia bez reakcji, ale wszczęła na początku czerwca tego roku sprawę o naruszenie prawa UE, właśnie przez tamto orzeczenie. Nie można więc mówić, że Niemcom się odpuszcza, a Polskę bez przerwy atakuje.
Argumentem jest, że TSUE wykracza poza traktaty, bo kształt wymiaru sprawiedliwości jest pozostawiony państwom członkowskim. A TSUE nam narzuca jakieś rozwiązania.
TSUE się interesuje, czy jest gwarancja niezawisłości sędziów i czy konstytucyjny wymóg efektywnej ochrony prawnej przez niezawisłe sądy jest zabezpieczony. Zgłasza się z pytaniami tylko wtedy, jeśli takiej pewności nie ma. Czym innym jest kompetencja organizacyjna, a czym innym gwarantowanie niezawisłości.
Jakiej wysokości kar może zażądać Komisja za niewykonanie środków tymczasowych i orzeczenia TSUE w sprawie Izby Dyscyplinarnej?
Można sięgnąć do przypadków, jakie były – Białowieża – 100 tys. euro dziennie. Nie wiem, czy Bruksela się nad tym zastanawiała. Zwykle ostrzega się po to, by nie trzeba było sięgać po te środki.
I prezes SN nie wyklucza możliwości zawieszenia Izby Dyscyplinarnej. Przygotowanie przepisów, reforma może nie zamknąć się w tej kadencji. Czy możliwy jest scenariusz, że zawieszamy izbę i tak sobie tkwimy w takim kształcie wymiaru sprawiedliwości? Czy to zadowoli TSUE i Komisję?
Jest na przykład pomysł połączenia Izby Dyscyplinarnej z Izbą Karną. Samo niedziałanie Izby Dyscyplinarnej byłoby krokiem w dobrym kierunku, ale pamiętajmy, że zarzut dotyczy całego modelu dyscyplinowania sędziów. Zrobienie jakiegoś porządku z Izbą Dyscyplinarną pozwoliłoby pewnie na krótką metę na uniknięcie kar za niewykonywanie najnowszego wyroku TSUE, ale nie rozwiązałoby serii innych problemów z politycznie motywowanym dyscyplinowaniem sędziów, nie mówiąc już o innych zakwestionowanych przez Komisję zmianach w polskim sądownictwie, zwłaszcza KRS i Trybunale Konstytucyjnym. W odniesieniu do nich toczą się liczne sprawy przed TSUE i Trybunałem Praw Człowieka i kolejne kłopotliwe konsekwencje politycznej ingerencji w sądownictwo będą się regularnie ujawniać.
Czego się pan spodziewa po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego na pytania premiera o prymat prawa? Czy istnieje taka forma orzeczenia, że wilk byłby syty i owca cała?
Najlepiej by było, aby ten wniosek został wycofany lub żeby obecny trybunał w pełnym składzie zrewidował swoją linię orzeczniczą i powiedział to, co TK zawsze mówił. Natomiast pewnie są także jakieś sposoby interpretowania i zamydlania rzeczywistości, to często też jest wyjściem. Zakłada się, że ludziom to trudno zrozumieć, więc trzeba jak najszybciej przenieść tę całą dyskusję na poziom kazuistyki prawnej. Ale obawiam się, że instytucje unijne nie są dziś nastawione na udział w takim gmatwaniu.
Czy nie wchodzimy za bardzo w sferę interpretacji? Podczas dyskusji nad funduszami pojawiało się pytanie – co to jest ta praworządność. Każdy wywodzi sobie co chce.
Na tym polega integracja europejska, że się wspólnie i dobrowolnie umawiamy co do pewnych kwestii. W ten system wbudowane są jednak niejasności. Z historii wiemy, że pewne polityczne decyzje są podejmowane, choć nie mamy dla nich pełnego instrumentarium. Możemy więc na przykład domagać się od prawników, żeby poprzez przegląd traktatów rozstrzygnęli, kto ma ostatnie słowo, ale to jest gimnastyka prawna, która zawsze pozostawi niedosyt. Dlatego często się rezygnuje z tego, żeby mieć rację, na rzecz prawniczego dialogu, który z czasem przyniesie rozwiązanie. Tak było z unią walutową. Tak jest dzisiaj z unią ściślejszej współpracy. Wszyscy wiemy, że nie da się inaczej, ale wiemy, że nad podstawami prawnymi trzeba stale pracować. I to jest sytuacja, która zawsze może być wykorzystana przeciwko Unii. To problem, z którym będziemy musieli żyć. Mówi się, że przeżywamy moment hamiltonowski (Aleksander Hamilton, jeden z ojców założycieli USA, zaproponował uwspólnotowienie długów stanów, co wzmocniło pozycję rządu federalnego, który uzyskał prawo do nakładania podatków – red.). Ale po drodze musimy sobie poradzić jeszcze z innym dylematem. W USA na początku lat 30. XIX w. Południowa Karolina uznała, że jeśli prawo stanowe nie zgadza się z federalnym, to ma prawo je odrzucić. Nastąpił tzw. kryzys nullifikacyjny dotyczący odrzucenia ceł federalnych i groźby secesji. Ostatecznie wypracowano kompromisowe wyjście. Ta nauczka odbiła się na wszystkich projektach integracyjnych.
Czy nakaz natychmiastowego zamknięcia Turowa, zaprzestania wydobycia w kopalni, która ma strategiczne znaczenie – nie pokazuje, że Trybunał staje się nieprzewidywalny? Trudno byłoby wykonać taki środek tymczasowy, gdy wiele państw nawet wyroków nie realizuje.
Turów nie urodził się wczoraj. Takie radykalne posunięcia są próbą zmuszenia partnera do działania. Sprawa żyje od bardzo dawna i była uporczywie ignorowana. To przypomina postawę niektórych posłów do Parlamentu Europejskiego. Notorycznie nie biorą udziału w komisjach, gdzie wykuwa się jakieś ważne dla Polski prawo i czekają aż będzie gotowe, żeby wyjść na trybunę i powiedzieć, jakie ono jest niedobre. To ich generalna postawa wobec UE: nie brać udziału w jej naprawianiu, aby mówić, jaka ta Unia nienaprawiona. Kiedy byłem przedstawicielem Polski w UE, Unia wielokrotnie przestrzegała, że coś się źle dzieje. A administracja – każda – bardzo lubi przedstawiać sprawy jako polityczne. Więc wiele kwestii ignorowano, gdy były na początkowym roboczym etapie. Kończyło się na tym, że urzędnicy czekali, by premier interweniował. Czyli w praktyce wysyła się ambasadora do szefa służb prawnych Komisji, a on pokazuje listę dyrektyw, których Polska nie spełniła. Jeśli kraj jest członkiem koalicji budowania, to się oko nieco przymyka, ale jak kraj jest członkiem koalicji psucia lub pogorszy się wokół niego atmosfera, wtedy robią to, co powinni. A zawsze mogą karać za niewypełnianie dyrektywy. Unia ma arsenał narzędzi wobec tych, którzy albo nie wdrażają, albo robią to za późno.
Na tyle się nasza pozycja w Unii zmieniła? Łatwo w tej chwili karać Polskę? Są inne problemy: skutki brexitu, COVID-19.
Jeżeli zdjęcie taryfy ulgowej jest jakąś podłością, to tak.
Mieliśmy taryfę ulgową?
Polska była wielokrotnie wśród krajów niewywiązujących się z dyrektyw, a jednocześnie nie była karana. To o czymś świadczy. Dziś, przy zaostrzeniu języka, jedną z rzeczy, jakiej bym się obawiał, jest właśnie sprawdzanie ich wypełniania.
Gdy byłem w Brukseli, raz w miesiącu robiliśmy spotkanie z Polakami – pracownikami UE. Reprezentowali różne dyrekcje i ostrzegali – uważajcie, bo tam się coś kroi. I wiem, jak trudno było przekonać partnerów po polskiej stronie, żeby wykorzystali ten sygnał, żeby w zarodku rozwiązać problem. Administracja jest zawsze przestraszona i skłonna do robienia politikum z prawie każdej sprawy.
Do 16 sierpnia rząd ma czas na odpowiedź na pytanie komisji w sprawie wykonania orzeczenia TSUE. Co się może wykluć?
Słabsze członkostwo Polski w UE. Nie tylko – jak dziś – sądy w krajach członkowskich będą się zastanawiały, czy na wniosek Polski wykonać europejski nakaz aresztowania. Może się pojawić pokusa, by sprawy mające związek z Unią – prawa konsumenckie, przepływ towarów, prawa autorskie – rozstrzygać przed sądami europejskimi. W związku z wątpliwościami, czy polskie sądy są niezawisłe.
Mogą się skończyć żarty z dyrektywami, których się uciążliwie nie wdraża. Na to są procedury, które w ekstremalnych przypadkach prowadzą do odszkodowań dla ludzi, których zwłoka naraziła na koszty. Z tego może być poważny problem. Polska będzie w Unii, ale niezwiązana jej prawami. To, co teraz robi KE, to jest rozpaczliwa próba ratowania pełnego członkostwa Polski w UE, czyli zapewniania nam suwerenności. Bo kraj jest suwerenny, jak ma suwerennych sędziów.
Wyobraża pan sobie, że my tego orzeczenia nie wykonamy?
Ja sobie tego nie wyobrażam. Myślę sobie, że rząd polski stoi między porażką a porażką. Albo spełni te oczekiwania i premier wycofa wniosek, albo narazi się na sankcje. Które w przypadku Izby Dyscyplinarnej mogą nastąpić bardzo szybko. Nawet w ciągu kilku tygodni od nałożenia kar, które mogą być kroczące.
A jeśli nie będziemy chcieli ich płacić? KE może je sobie ściągać z tych 24 mld euro grantu z KPO czy z tych 76 mld euro z umowy partnerstwa?
Tak. Do tej pory rząd polski mógł być rozzuchwalony przedłużaniem się spraw, niekończącymi się ustępstwami. Dochodziło do procedury, o której wiadomo, że trwa bardzo długo, a jeszcze była przeciągana. To wytworzyło przekonanie, że możemy spokojnie konsumować i jednocześnie robić, co chcemy. Teraz sytuacja się odwróciła. Mamy KPO, Węgry zostały zapytane, czy mają efektywne środki kontroli, odpowiedź nie zadowoliła KE, więc komisja odsunęła decyzję. Miała zapaść 12 lipca, a teraz poczekają do jesieni. Dopiero w październiku jest kolejna rada, która może to zatwierdzić. Węgry mogą być niezadowolone, mają – teoretycznie – prawo iść z tym do TSUE. Ale to może trwać i trwać. Czy Polska może się znaleźć w podobnej sytuacji? Otóż tak. W poniedziałek było ostatnie posiedzenie rady przed wakacyjną przerwą, a Komisja nie dała zielonego światła dla dokumentu, bo – ze zrozumiałych względów – nie jest w dobrym nastroju. KE może siedzieć i patrzeć, jak spełniamy warunki, a potem się zastanowi. To jest najważniejsza zmiana.
Za bardzo skupiliśmy się na wymykach w stosunku do procedury z art. 7, a za mało mieliśmy refleksji, że nie trzeba wciskać guzika atomowego, żeby kogoś docisnąć? Jak mogliśmy stracić z radaru rzecz oczywistą?
Bo uwierzyliśmy w niemrawość UE. Unia mogła taka być do momentu, w którym zrozumiała, że stawka jest większa niż exit. Jeżeli Polska nawet zechciałaby wyjść, to Unia to przeżyje. Natomiast nie przeżyje, jeżeli zaakceptuje mechanizmy, których Polska się domaga i które będą otwierały drzwi do powstawania systemów autorytarnych.
Autorytarnych? To nie jest na wyrost?
Jest. Ale to niebezpieczne otwieranie drzwi tak, żeby można było się immunizować przeciwko interwencjom Komisji, trybunału. To byłby koniec UE. Unia znajduje się dziś na zakręcie. Praworządność jest niezbędna, by sobie poradzić z momentem, w jakim się znalazła. To sytuacja, w której rodzi się Unia ściślejszej współpracy – niekoniecznie federacja – która wymusza inne podejście do warunkowości, praworządności, wartości, zasad. I to nie jest wymysł jakiegoś urzędnika, ale kwestia przeżycia. Poza tym sądownictwo nie jest jedynym obszarem naruszania w Polsce podstawowych reguł demokratycznego państwa prawa. Mamy próbę znalezienia w Sejmie przez obóz rządzący większości dla ustawy, której skutkiem będzie nieprzedłużenie koncesji wielkiej prywatnej stacji telewizyjnej, krytycznie nastawionej wobec rządu.
Czy Unia ściślejszej współpracy to nie jest ładniejsze opakowanie federalizmu?
Unia się nie federalizuje, bo budżet jest akceptowany poprzez proces polityczny, który nie ma elementu federacyjnego. Nie Wspólnota o nim decyduje, ale państwa członkowskie, więc nie ma podstawowego elementu federacji. Mamy za to dwie innowacje, bo Unia zaciąga długi, emitując obligacje i ma nowe źródła dochodów. To jest niewątpliwie wzmocnienie elementu wspólnotowego.
Czyli centrum.
To jest krok milowy w kierunku dalszej integracji. Tym, którzy się cieszą, że dostaną pieniądze z Funduszu Odbudowy, umyka, że zapisali się do Unii ściślejszej współpracy. Wokół Funduszu Odbudowy powstaną instrumenty, które być może staną się nowym elementem integracji. I może państwom członkowskim zacznie się podobać taka Unia, która nie polega tylko na składkach, ale ma kolejne dochody własne i element rynkowy. Rynek nisko oprocentowanych obligacji będzie zachęcał do nowych funduszy. Unia mówi, że to jednorazowe, ale nie mam takiej pewności. To eksperyment. Unia daje sobie czas, nikt nie wie, czy to się uda.
Zapisując się do europejskich zakupów szczepionkowych, wpisaliśmy się poniekąd w tę głębszą integrację? To podobny mechanizm?
Oczywiście, tak samo jak Fundusz Odbudowy. Jeżeli nie wystąpimy z Unii, bardzo możliwe, że nie będziemy musieli spłacać prawie nic z funduszu. Po to spłaty są tak odsunięte w czasie (nawet do 2048 r.), by była szansa na ich pokrycie z nowych unijnych środków własnych. Jeżeli za 5–7 lat ktoś by uznał, że jednak chce wyjść z Unii, to będzie musiał oddać to, co wziął. Jesteśmy świadkami nie realizacji modelu wymyślonego przy desce kreślarskiej przez „niewybranego urzędnika” w Brukseli, lecz procesu organicznego zainicjowanego w państwach członkowskich w celu przeżycia. Na razie nie mamy lepszego sposobu niż zacieśnić współpracę, uwspólnotowić do pewnego stopnia długi. Dyskusja w Polsce jest kompletnie obok tego. Wydawało mi się, że Niemcy nigdy się nie zgodzą na uwspólnotowienie długów, przecież lubią pedagogikę zaciskania pasa…
Zwłaszcza jeśli to nie jest ich pas… Tak było w sprawie Południa UE...
Tak, i na początku pandemii pojawiły się takie głosy. I Południe wpadło w furię. Bo kłopoty Południa to był efekt epidemii, a nie złego gospodarowania budżetami tych krajów. Niemcy zrozumieli w końcu, że kontynuowanie tej pedagogiki zaciskania pasa wykopie jeszcze większy rów między Północą a Południem. To byłby początek końca Wspólnoty. A na to Niemcy nie mogą sobie pozwolić. Traumatycznym przeżyciem dla nich było zamykanie granic na początku pandemii. W ciągu kilku tygodni zrozumieli, że wspólny rynek nie jest dany raz na zawsze, może zniknąć z dnia na dzień. A to oni są krajem, który najbardziej na nim korzysta. Te dwa traumatyczne przeżycia skłoniły Niemców do nadzwyczajnych świadczeń dla ratowania Wspólnoty. Dlatego Merkel i Macron zadeklarowali Fundusz Odbudowy. To było coś, na co w normalnych warunkach społeczeństwa by im nie pozwoliły.
Jest taki przekaz, że mamy sprawy ideologiczne jak LGBT, w których będziemy się spierać, i merytoryczne, nad którymi będziemy wspólnie pracować. Na ile sprawy ideologiczne dla Unii są istotne?
Mam wrażenie, że podejście UE stało się bardziej integralne. O czym świadczy wdrożenie procedury w sprawie stref LGBT. Co było dość niespodziewanym ruchem.
I absurdalnym, bo polskie sądy to znoszą, część rad się wycofuje.
Unia zastosowała tu kryterium lojalnej współpracy. Był list w sprawie praw LGBT, na który strona polska praktycznie nie odpowiedziała. Co spełniło kryteria braku lojalnej współpracy. List ten opierał się na zasadzie niedyskryminacji – z art. 2 – jak i dyrektyw równościowych. Pytano, czy województwa, które zarządzają środkami unijnymi, gwarantują niedyskryminującą postawę w ich rozdziale. Odpowiedź była niezadowalająca i przy okazji sporu z Węgrami również to postępowanie zostało wdrożone.
Czyli dostaliśmy rykoszetem. Bo na Węgrzech była zmiana prawa?
W Polsce natomiast mamy do czynienia z działaniami politycznymi, które mogą mieć konsekwencje prawne. Proszę sobie wyobrazić, że pan jako przedstawiciel LGBT w miasteczku, w którym ja jestem burmistrzem, prosi o udostępnienie domu kultury na cykl imprez związanych z tym środowiskiem. A ja mówię, że zgody nie udzielę, bo sala nie jest przygotowana, np. nie ma ogrzewania. A jednocześnie przez cały poprzedni tydzień wygłaszałem poglądy na temat środowiska LGBT takie, jak wielu ministrów w naszym kraju wygłasza. Pan może uznać, że nie odpowiedziałem pozytywnie na pana postulat, bo jestem uprzedzony, reprezentuję postawę, z której nie robię tajemnicy i chwalę się nią codziennie, a opowieść o braku ogrzewania była wykrętem. Pan ma pełne prawo wystąpić do UE z zapytaniem, czy ten dom kultury, który wybudowano za środki unijne, nie powinien być panu udostępniony. Dlatego ja nie podzielam opinii, że głoszenie bredni nie ma realnych skutków. Można się zastanowić, czy województwa, przydzielające bardzo duże pieniądze unijne, będąc z własnej i nieprzymuszonej woli strefami wolnymi od LGBT, dają pełną gwarancję niezależności. Ja nie wiem. RPO występował w tej sprawie do regionalnych sądów administracyjnych i w wielu regionach się wycofano.
Czyli nie ma rozróżnienia na sprawy ideologiczne i merytoryczne?
Mamy Unię ściślejszej współpracy, która wymusza wzrost znaczenia praworządności i mechanizmów kontroli wykorzystywania środków. I nie wynika to z ideologicznych obsesji, tylko jest konsekwencją procesu, w którym się znaleźliśmy, próbując ratować integrację europejską. I ten podział na niepotrzebne ideologiczne tematy oraz wygodne czerpanie zysków ekonomicznych staje się coraz bardziej sztuczny i nieprzystający do rzeczywistości. To się po prostu splotło.
Czy pan się bardziej boi słabej zmarginalizowanej Polski w Unii czy Polski poza Unią?
Bardziej realistyczne jest postępujące oddalanie się od centrum integracji. Takie osłabione członkostwo. A Polska powinna być krajem szczególnie zainteresowanym, żeby te mechanizmy działały. Bo jeżeli suweren w Belgii czy Holandii uzna, że nie chce, by Polacy przyjeżdżali tam do pracy, a rząd w tym kraju będzie miał posłuszne sądownictwo, to bez trudu to przeforsuje dla świętego spokoju. Wówczas jedyną bronią dla nas jest odwołanie się do art. 2, który mówi, że nie wolno dyskryminować nikogo ze względu na narodowość. Najbardziej obawiam się bezrozumnego podcinania gałęzi, na której się siedzi. ©℗
Wsp. AO