Ustawa miała wejść w życie dziś, a od 1 października administracja rządowa powinna rozpocząć wysyłkę korespondencji z wykorzystaniem publicznej usługi rejestrowanego doręczenia elektronicznego lub publicznej usługi hybrydowej. W przepisach wskazano w sumie aż kilkanaście terminów przejściowych na stopniowe uruchamianie nowych e-usług przez różne podmioty publiczne, aż do 2029 r.
Jednak w połowie czerwca zostaliśmy zaskoczeni projektem nowelizacji, przesuwającym wejście w życie ustawy (na 5 października) i dzień pierwszych wdrożeń e-doręczeń (na 5 lipca 2022 r.). Tempo prac było ekspresowe: 14 czerwca złożono w Sejmie rządowy projekt, aby już 18 czerwca Senat przyjął bez poprawek ustawę uchwaloną przez izbę niższą. Działo się to bez należytej debaty nad stanem przygotowań najważniejszej od lat reformy e-urzędu i bez zachowania standardów uchwalania prawa. Parlament działał pod presją daty 1 lipca, a rząd uzasadnił swoją propozycją jednym słowem ‒ „epidemia”, mimo że ustawa o doręczeniach elektronicznych była przecież uchwalana w stanie epidemii, a vacatio legis zostało ustalone zgodnie z propozycją tego samego rządu. Może ktoś powiedzieć, że takie przesunięcia w historii informatyzacji polskiej administracji to nic nowego i przypomnieć choćby trwającą dziewięć lat od 2010 r. prawdziwą epopeję legislacyjną dotyczącą warstwy elektronicznej dowodu osobistego. W jej trakcie w drodze kilku ustaw nastąpiły przesunięcia terminów wdrożenia, rezygnacja z rozwiązania, po czym powrót do niego.