Każdy, kto nieco uważniej obserwuje to, co się dzieje w kwestii przywracania praworządności, musi przyznać, że ostatnio dyskusja na ten temat straciła impet. Wczoraj jednak nabrała na nowo rumieńców, a wiązało się to z pojawieniem się informacji, że Sąd Rejonowy w Giżycku zakwestionował wyrok rozwodowy innego sądu z tego tylko powodu, że w jego wydaniu brał udział tzw. neosędzia. Stawiam jednak dolary przeciwko orzechom, że będzie to wyłącznie chwilowe ożywienie.

Rozwodnicy na skutek kryzysu praworządności znów stali się małżonkami

Wiadomość o decyzji giżyckiego sądu zelektryzowała nie tylko środowiska prawnicze, które na co dzień patrzą władzy na ręce i stale domagają się uporządkowania spraw praworządnościowych. Wywołała ona poruszenie także wśród zwykłych obywateli. I nie ma się co dziwić. Wszak po raz pierwszy problem „neosędziów” znalazł odbicie w sprawie, która potencjalnie może dotyczyć każdego pozostającego w związku małżeńskim obywatela. Nikt przecież nie chciałby znaleźć się w skórze tych, którzy na skutek decyzji Sądu Rejonowego w Giżycku nagle dowiedzieli się, że ich wspólność majątkowa tak naprawdę nie ustała, a oni formalnie nadal są małżeństwem. A co, jeśli mieli już zaplanowany ślub z inną osobą? Albo któreś z nich wzięło ogromny kredyt, o którym dotychczasowa (?) druga połówka nie miała pojęcia? Tego typu pytania muszą działać na masową wyobraźnię. I działają. Ale powtarzam: będzie to tylko wzmożenie chwilowe.

Jestem niemal pewna, że giżycka sprawa będzie wyjątkiem od reguły, bo nie sądzę, aby tamtejszy sędzia znalazł wielu naśladowców. A jeśli już, to podobne przypadki będzie można zliczyć na palcach jednej ręki. Prawda bowiem jest taka, że spora część sędziów przymyka oko na fakt, że w składzie orzekającym zasiada tzw. neosędzia. Część robi to, kierując się troską o stabilność prawa i najlepiej pojętymi interesami stron, a część nie kwestionuje orzeczeń kolegów powołanych po 2018 roku, gdyż po prostu nie chce ściągać na siebie uwagi.

Coraz większa presja na „bojowników praworządności”. Mają ich dość koledzy i prezesi sądów

I z tą drugą motywacją wiąże się kolejna kwestia, która skłania mnie do postawienia tezy, że decyzja giżyckiego sądu nie zapoczątkuje rozwodowego armagedonu. Otóż z rozmów z tymi sędziami, którzy nie zamierzają odpuścić kwestii praworządnościowych, wynika, że ich działania są przyjmowane w środowisku z coraz większym zniecierpliwieniem, niezrozumieniem, a bywa, że również z niezadowoleniem. Z negatywnym odbiorem swoich działań spotykają się nie tylko ze strony kolegów zza stołu sędziowskiego, ale także u przewodniczących wydziałów, a w niektórych przypadkach nawet wiceprezesów i prezesów sądów. Za chwilę może się więc okazać, że ci, którzy za czasów PiS byli stawiani jako przykład bojowników o praworządność, otrzymają łatkę wichrzycieli, którym nie wiadomo, o co chodzi. Zyskają na tym politycy, którzy nie będą musieli już głowić się nad tym, jak rozwikłać największą łamigłówkę prawniczą w historii III RP. No bo koniec końców, czy zwykłego Kowalskiego obchodzi, kto mu podpisał papier? Nawet tak istotny jak wyrok rozwodowy.