Ponad wszystko uderzył mnie jednak uniwersalny charakter spostrzeżeń Dershowitza, które w dużej mierze okazują się trafne także w odniesieniu do naszego rodzimego systemu prawnego. Niezwłocznie zacząłem dzielić się paletą idei autora „Listów...” z moimi studentami. Że pasja może być elementem adwokackiego warsztatu. Że większość spraw klientów trafiających do adwokata potrafi być ciekawa, jeśli zaczniemy o nich dostatecznie intensywnie myśleć. Że nie warto podążać za radami spod sztancy, bo prawdziwie użyteczne rady muszą być skrojone na miarę. Że warto wypracować sobie wewnętrzne kryteria oceny własnej pracy i być dla siebie surowym, zwłaszcza po wygranej, kiedy nikt nie jest wobec nas krytyczny. I że warto być uczciwym, nawet jeśli pokusa, by postąpić nieuczciwie, jest silna. Cieszę się, że od zeszłego roku, dzięki tłumaczeniu Wojciecha Bergiera i Juliana Bąkowskiego, polski czytelnik może zapoznać się z tą książką w ojczystym języku.

Oskarżenie jak wyrok

Mało kto wie, że Alan Dershowitz stanął w przeszłości w obliczu fałszywych oskarżeń o obcowanie płciowe z nieletnią. Oskarżenia wobec Dershowitza kierowała Virginia Giuffre – kobieta, która ujawniła się jako ofiara Jeffreya Epsteina. Dershowitz był obrońcą Epsteina w sprawie zakończonej korzystną dla tego ostatniego ugodą w 2008 r. W lipcu 2019 r. prokuratura przedstawiła Epsteinowi zarzuty obejmujące m.in. stręczycielstwo nieletnich na dużą skalę. W sierpniu 2019 r. – jak podają źródła – Epstein popełnił samobójstwo w celi, zanim jego proces się zaczął.

Dershowitz, stanąwszy wobec poważnego zarzutu o seksualne wykorzystanie nieletniej w dobie ruchu #metoo, napisał książkę „Guilt by Accusation” (Wina przez oskarżenie), a jej lektura jest bardzo pouczająca. Autor przedstawia w niej dowody swojej niewinności i pokazuje, dlaczego oskarżenia Giuffre stanowią zwykłe pomówienie. Skojarzenia tej sprawy z mitem o Fedrze oskarżającej Hipolita o zgwałcenie nasuwają się same (dojmujące podobieństwo Fedry i Giuffre obejmuje także samobójczą śmierć ich obu), z tą tylko różnicą, że przedstawione przez Dershowitza dowody wskazują na to, iż przed 2014 r. Dershowitz nie tylko nie spotkał się z Giuffre, ale w ogóle nie wiedział o jej istnieniu. W związku z tym – na szczęście – na scenę w sprawie Dershowitza nie wkroczył żaden Tezeusz.

Ale prawdziwą wartością książki „Guilt by Accusation” jest to, że ujawnia niebezpieczeństwa związane z pospiesznym przyjmowaniem przez media i opinię publiczną werdyktu w głośnych sprawach, w których jednostka staje w obliczu zarzutu. Mechanizm ten wykracza poza granice tego, co nazwalibyśmy przestępczością seksualną. Może to dotyczyć dowolnej głośnej sprawy, w której możliwe jest przedstawienie przez prokuraturę zarzutu, niezależnie od tego, czy ostatecznie zostanie on przedstawiony, czy nie. Pół biedy, gdy stający wobec oskarżenia ma – jak Dershowitz – możliwości (pieniądze, pozycję i intelekt), by się bronić. Nie każdy ma tyle szczęścia. Ostatecznie Giuffre cofnęła swoje oskarżenia wobec Dershowitza w 2022 r. Doszło do ugody, ale w międzyczasie zainicjowano kilka procesów sądowych. Nie jest przesadą powiedzieć, że Alan Dershowitz znalazł się w sytuacji, która mogła odebrać mu cały jego życiowy dorobek, a ostatecznie i tak poniósł straty finansowe oraz wizerunkowe. A jeśli mogło to dotknąć jego, ofiarą tego mechanizmu może być każdy.

Zażalenie na przedstawienie zarzutów

Przyjmowanie winy na podstawie samego oskarżenia, bez skrupulatnej oceny dowodów, jest niestety nie tylko domeną mediów i sądu opinii publicznej. Lata pracy w charakterze obrońcy w sprawach karnych oraz liczne rozmowy z moimi mistrzami i kolegami broniącymi osób stających przed zarzutami pozwalają na stwierdzenie, że uproszczenie: „oskarżenie oznacza winę” przenika do prokuratur i sądów. Czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że największym dowodem winy w konkretnej sprawie karnej jest akt oskarżenia. To oczywisty absurd, bo akt oskarżenia ma tę funkcję, że inicjuje przed sądem postępowanie karne przeciwko określonej osobie w odniesieniu do określonego czynu jej zarzucanego. Jest skargą strony w postępowaniu przeciwko drugiej stronie procesu, oskarżonemu, i nie ma żadnej magicznej właściwości zastępowania dowodów winy. Relacja, w jakiej akt oskarżenia pozostaje do dowodów, jest taka, że prawidłowo sporządzony akt oskarżenia zawiera opis zgromadzonych dowodów, i to zarówno tych, które według prokuratora stanowią dowody winy, jak i tych, które świadczą o niewinności. To wszystko.

Inny niepokojący mechanizm, który stanowi pochodną przyjmowania upraszczającej równości między zarzutem a winą, polega na tym, że osoba, której przedstawiono zarzut karny, może pozostawać w jego cieniu przez wiele lat, bez szansy na oczyszczenie imienia. Prokurator bowiem zarzut przedstawia, ale nie jest skory do zwiększenia dynamiki śledztwa i sprawa utyka w martwym punkcie. Sam fakt niesłusznego przedstawienia zarzutu może spowodować ogromną szkodę i wyrządzić krzywdę. Odium zarzutu karnego ciągnie się za podejrzanym w każdej sferze jego życia: biznesowej, rodzinnej, towarzyskiej.

Tymczasem na postanowienie o przedstawieniu zarzutów nie przysługuje zażalenie. Sąd może zetknąć się ze sprawą, jeśli prokurator wyda postanowienie o środkach zapobiegawczych lub o zabezpieczeniu majątkowym. Bez tego praktycznie nie ma możliwości zainicjowania na etapie postępowania przygotowawczego kontroli sądowej, czy zaistniało wymagane, oparte na dowodach, prawdopodobieństwo, że doszło do popełnienia przestępstwa. Wprowadzenie do systemu prawnego możliwości wniesienia przez podejrzanego zażalenia na postanowienie o przedstawieniu zarzutów byłoby krokiem w dobrą stronę.

Rozdzielenie funkcji jest niezbędne

W najwyższym stopniu niepokojące są te sytuacje, w których przedstawienie zarzutów (a następnie oskarżenie) wynika z motywacji o charakterze politycznym. Jest co najmniej jedna decyzja o charakterze fundamentalnym, którą trzeba podjąć, by zjawisko to ograniczyć. Kwestia ta powinna zostać przeprowadzona radykalnie i niezwłocznie: musi dojść do rozdziału funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Tylko wówczas będzie możliwe rozpoczęcie budowy prokuratury prawdziwie praworządnej, niezależnej od politycznych uwarunkowań.

Ostatecznie zarówno prokurator, jak i sędzia, powinien być jak historyk, któremu zależy na dotarciu do prawdy. Prokuratora, sędziego i historyka łączy to, że badają zdarzenia przeszłe opierając się na dostępnych źródłach. Prawidłowo dokonane zgromadzenie i krytyka tych źródeł, a także uczciwość towarzysząca badaniu stanowią warunek konieczny do osiągnięcia sukcesu, czyli wykrycia prawdy. Wydaje się to proste, ale wystarczy prześledzić co ważniejsze spory historyków, by dostrzec, że zawsze istnieje ryzyko, iż ten, kto opisuje zdarzenie przeszłe, będzie w sposób nieuzasadniony faworyzował jedne źródła kosztem drugich. Nawet Tacyt, który sam chciał uchodzić za bezstronnego (sine ira et studio), pisał z pasją i zaangażowaniem. Choć trudno mu odmówić uczciwości w przedstawianiu faktów, nie bez znaczenia jest chyba odkrycie G. Alföldyego, że znana już od dawna inskrypcja rzymska zawiera napis nagrobny Tacyta, który w połączeniu z innymi źródłami pozwala się zorientować, że nie mamy do czynienia z nowicjuszem w kręgu rodzin senatorskich, lecz z człowiekiem, który był kolejnym pokoleniem jednej z takich rodzin. To dodatkowo tłumaczy, dlaczego Tacyt pisał z punktu widzenia stronnictwa senackiego.

Dobry historyk ma świadomość ograniczeń badawczych – czasem pewnych faktów nie da się rzetelnie ustalić. Dobry prokurator i sędzia też ma taką świadomość, ale w sprawach karnych dostępny jest w związku z tym wentyl bezpieczeństwa, o którym warto pamiętać: wszystkie wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego (podejrzanego). Prokurator i sędzia mają prawo powiedzieć: „nie wiem”! W polskiej rzeczywistości sądowej zbyt rzadko sięga się po tę zasadę. W zamian dochodzi do prób wypełnienia luk w stanie faktycznym domniemaniami na niekorzyść oskarżonego (podejrzanego), przy czym czasem dochodzi do tego pod fasadą swobodnej oceny dowodów. W tym ostatnim przypadku pojawia się opis okoliczności faktycznej i dowodu, z którego okoliczność ta ma wynikać, ale w rzeczywistości albo okoliczność ta nie da się w ogóle wyprowadzić z tego dowodu, albo dowód ten może świadczyć równie dobrze o okoliczności innej, niekiedy zgoła przeciwnej w stosunku do tej, którą z dowodu wywiedziono. Na gruncie prawa karnego to całkowicie niedopuszczalne, a jednak się zdarza.

Prokurator nie przegrywa

Aby niwelować zjawisko „winy przez oskarżenie” w wymiarze sprawiedliwości, nie można rezygnować z budowania praworządnej prokuratury. Rozmawiałem kiedyś z pewnym prominentnym prokuratorem, który wyznał mi, że przegrał w życiu tylko dwie sprawy, w których oskarżał, w tym jedną ze mną. Odpowiedziałem na to, że nie przegrał w życiu ani jednej sprawy, gdyż jego ustawowym zadaniem jest stanie na straży praworządności, a zatem jeśli oskarżona przezeń osoba zostaje uniewinniona, jest to triumf sprawiedliwości, a nie przegrana prokuratora.

Musi dojść do rozdziału funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Tylko wówczas będzie możliwe rozpoczęcie budowy prokuratury prawdziwie praworządnej, niezależnej od politycznych uwarunkowań

Dobry prokurator nie może ulegać pokusie zwycięstwa nad oskarżonym. Dershowitz w „Listach...” słusznie napisał, że dobry prokurator może mieć większy wpływ na cały system wymiaru sprawiedliwości niż sędzia czy adwokat. Podejmuje bowiem niezależne decyzje procesowe zgodnie z własnym uznaniem. Jeśli ma do czynienia z osobą niewinną, wystarczy przecież, że rzetelnie zbierze dowody i zadba o to, by policjanci i inni prokuratorzy postępowali etycznie i w zgodzie z prawem. Jeśli ma do czynienia z osobą winną – wystarczy, że przedstawi dopracowane zarzuty, adekwatne do zgromadzonych dowodów, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności. W ten sposób przyczynia się do sprawiedliwych rozstrzygnięć. ©℗