Blisko dwa lata temu w jednym z brazylijskich szpitali w wyniku komplikacji po operacji zmarła dziennikarka Juliana Ribeiro Campos. 24-latka zarabiała na życie, pisząc artykuły do prasy, ale głośno było o niej przede wszystkim dlatego, że była w stałym kontakcie z czytelnikami, głównie przez Facebooka. Niestety ten kontakt utrzymał się także po śmierci Juliany. Matka kobiety przez wiele miesięcy zabiegała o to, by społecznościowy gigant usunął z sieci profil zmarłej – bezskutecznie. Wywalczyła jedynie to, by osoby nieznające jej córki nie miały dostępu do jej konta. To jednak jej nie usatysfakcjonowało – kobieta ostatecznie wystąpiła na drogę sądową. Ale choć brazylijski sąd wydał ostatecznie Facebookowi nakaz usunięcia profilu Juliany pod groźbą kary więzienia, to niewiele się w tej sprawie zmieniło. Przedstawiciele portalu proszeni przez BBC o komentarz w tej sprawie zasłaniali się tajemnicą handlową. – Nie komentujemy pojedynczych przypadków – kwitowali.

Jednak problem wirtualnego życia po śmierci trafił do zbiorowej świadomości. Nic dziwnego, skoro według ubiegłorocznego raportu Deloitte najbliższe lata miną pod hasłem „Billions and billions: Big Data becomes a big deal”, czyli „Miliardy i miliardy: wielkie dane stają się wielkim biznesem”. Tylko sam Facebook codziennie zbiera o użytkownikach 500 terabajtów danych (dysk twardy o takiej pojemności, gdyby istniał, pozwoliłby na zapisanie 127 mln piosenek w formacie mp3). Tak więc w ciągu życia można pozostawić po sobie prawdziwą kopalnię cyfrowych wspomnień.

In memoriam

Kiedy powstawały serwisy społecznościowe, to zarówno ich założyciele, jak i większość użytkowników, byli ludźmi w kwiecie wieku. Nikt się nie zastanawiał, co stanie się z ich kontami, ze zdjęciami (często bardzo prywatnymi), z wpisami, ze wspomnieniami, z filmami po śmierci. Dziś jednak, 10 lat po powstaniu Facebooka, 8 lat od pierwszych ćwierknięć na Twitterze i 7 lat od czasu uruchomienia Naszej Klasy, pojawił się problem, co w przypadku śmierci użytkownika zrobić z tym ogromnym zasobem danych, jakie po sobie pozostawił. W sytuacji gdy konto w serwisach społecznościowych ma już co trzeci internauta na świecie, zaczyna to być ważne zagadnienie z pogranicza prawa, socjologii i etyki.

Okazuje się przy tym, że każdy z portali i każda z platform mają własną politykę dotyczącą zmarłych lub – co znacznie częstsze – nie ma jej w ogóle. I tak np. Yahoo zamyka konta i kasuje całą ich zawartość, a podstawą jest przekazanie aktu zgonu, LinkedIn – nie wymaga aktu zgonu, a jedynie potwierdzenia przez bliskich, że dana osoba nie żyje. Inaczej ma się sytuacja z Facebookiem – po głośnej sprawie Juliany Campos stworzono tam całą procedurę postępowania w razie śmierci użytkownika. Ścieżki są dwie: albo zachowanie konta w postaci księgi pamiątkowej, albo usunięcie go. Przed wprowadzeniem tej funkcji profile zmarłych były z automatu kasowane. Teraz wystarczy zgłosić śmierć innej osoby (formularz na stronie i potwierdzenie zgonu np. linkiem do nekrologu), a wtedy administratorzy serwisu – po potwierdzeniu informacji – status takiego konta zmienią na „In memoriam”. Staje się ono wówczas swoistą księgą pamiątkową po zmarłym – materiały zamieszczone przez zmarłego (np. zdjęcia, posty, filmiki) są nadal widoczne dla tych, którym zostały udostępnione, jest też możliwość dopisywania wspomnienia na osi czasu zmarłej osoby. Najważniejsza cechą konta o takim statusie jest jednak brak możliwości zalogowania się na nie.

– Dla nas to bardzo poważna sprawa. Wiemy doskonale, że to nie tylko kwestia zadbania o los danych osobowych, lecz także uczuć rodziny i bliskich zmarłego – wyjaśnia ten sposób działania Gabriella Cseh, szefowa departamentu informacji publicznej Facebooka na Europę Środkowo-Wschodnią. I zapewnia: – Dlatego nie tolerujemy fałszywych zawiadomień o śmierci użytkowników. Nasz regulamin przewiduje w ostateczności nawet zgłoszenie próby takiego oszustwa organom ścigania.

Na prośbę najbliższej rodziny od jakiegoś czasu FB godzi się też na usuwanie profilu. – Trzeba wówczas udowodnić, że jest się członkiem rodziny lub wykonawcą testamentu zmarłego, dostarczyć akt zgonu i prawny dowód na to, że ma się pełnomocnictwo do podejmowania takich decyzji – tłumaczy menedżerka Facebooka. Przede wszystkim jednak zgodnie z polityką portalu nie jest możliwe uzyskanie przez osobę trzecią danych logowania do konta zmarłej osoby.

Bez większego problemu można z kolei usunąć konta z portali oraz profile na GoldenLine lub NK, dawnej NaszejKlasie. W przypadku śmierci użytkownika umowa z portalem wygasa automatycznie, a konto użytkownika zostaje usunięte. Każdy może zgłosić śmierć drugiej osoby – zanim serwis wygasi konto, sprawdza prawdziwość informacji.

Internetowi grabarze

Zarządzanie danymi zmarłych to już na tyle istotne zjawisko, że zaczęły powstawać firmy wyspecjalizowane w czyszczeniu sieci z takich informacji. Za granicą jest to np. Deathswitch.com, w Polsce – New Media, która działa od półtora roku. – W serwisach zazwyczaj nie ma nigdzie kontaktów do osób administrujących nimi. Trzeba korzystać z ogólnych e-maili i czekać, by ktoś zareagował. Ci, którzy do nas trafiają, chcą ten proces skrócić z 2–3 tygodni do kilku dni lub – co jeszcze częstsze – uniknąć bólu związanego z wypełnianiem wszelkich formalności – tłumaczy fenomen ich popularności Benita Jakubowska, właścicielka firmy New Media. W takich sytuacjach konieczne jest przekazanie aktu zgonu, pełnomocnictwa do reprezentowania rodziny, a także linków do konkretnych stron, żeby mieć pewność, o kim dokładnie mowa, bo Stanisławów Malinowskich czy Kaś Nowak jest w sieciprzecież na pęczki.

Poza tym takiej firmie zlecić można wyczyszczenie nie tylko prywatnych profili, ale też stron WWW, domen internetowych czy np. serwisów firmowych, które zakładane są najczęściej na takich platformach, jak WordPress, Drupal, WIX, Home, Nazwa.pl itp. – W przypadku tych ostatnich jest centrum pomocy, gdzie można zadzwonić i dowiedzieć się, jak dalej postępować w celu usunięcia strony i zwolnienia domeny WWW. Jeśli chodzi o WordPress czy Drupala, trzeba się bezpośrednio kontaktować z administratorami – ujawnia właścicielka New Media.

Jeśli mamy z kolei obawę, że nie zdążymy pożegnać się ze wszystkimi osobami, na których nam zależy, lub chcielibyśmy im coś ważnego powiedzieć, a zwyczajnie – nie mamy odwagi – to pomocna okaże się aplikacja DeadSocial. Pozwala napisać wiadomość, która zostanie dostarczona do konkretnych osób zaraz po naszej śmierci. Jeśli pragniemy, żeby po naszej śmierci ktoś zajął się naszą tożsamością online, można pomyśleć o stworzeniu sieciowego testamentu. Legacy Locker umożliwia zebranie w jednym miejscu najważniejszych danych (haseł w portalach społecznościowych, danych do kont e-mailowych czy bankowych online itp.) i wskazanie osób, które będą miały do nich dostęp – wraz z opcją przypisania konkretnych danych do konkretnych osób. W Polsce działa podobny serwis ZostawSlad.pl. „Zapisz najcenniejsze dla Ciebie loginy na swoim profilu, jeżeli umrzesz lub znajdziesz się w trudnej sytuacji zdrowotnej, zostaną one przekazane zaufanym osobom, które wskażesz w ustawieniach swojego profilu” – czytamy na jego stronie.

Wykonawcy cyfrowego dziedzictwa

Odgórne regulacje dotyczące tej kwestii wprowadziły niektóre stany w USA – w Idaho, Nebrasce i Indianie rodzina może się domagać udostępnienia zawartości ich kont. Ba, w Stanach Zjednoczonych coraz częstszą praktyką jest podczas spisywania testamentu, poza rozporządzeniami majątkowymi, określanie sposobu logowania (login oraz hasło) do portalu społecznościowego oraz wskazanie osoby upoważnionej do tego.

– U nas jeszcze nie spotkałem się z podobnym testamentem. Ale zapewne prędzej czy później takie rozwiązania zaczną się pojawiać – mówi mecenas Zbigniew Krüger, specjalizujący się w prawie nowych technologii. – Szczególnie że rzeczywiście mogą być z tymi danymi spore kłopoty. Problem z danymi konta oraz zdjęciami pozostającymi na profilu zmarłego zaczyna się, gdy po śmierci użytkownika jego spadkobiercy chcą odzyskać prawo ich własności. Ścieżki takiego postępowania są zasadniczo dwie – dodaje Krüger. Jeżeli na portalu, jak np. na Instagramie, publikowane są utwory, można użyć prawa autorskiego – jest dziedziczone i przysługuje spadkobiercom przez 70 lat od śmierci twórcy – i w ten sposób dochodzić roszczeń. – Trudniej jest w przypadku serwisów w rodzaju Facebooka, gdzie zasadniczą kwestią są nie tyle utwory, ile dane osoby bliskiej. Tu pomocne może się okazać po prostu prawo spadkowe – dodaje prawnik.

– W tym ostatnim przypadku trudniej też udowodnić naruszenie, bo często regulaminy są tak skonstruowane, że publikacja zdjęcia, filmiku czy postu jest równoznaczna ze zrzeczeniem się praw autorskich albo przynajmniej z nieodpłatnym udostępnianiem bez ograniczenia czasowego – zastrzega prawnik jednej z warszawskich kancelarii, który prosi o niepodawanie imienia i nazwiska.

Specjaliści nie są jednak zgodni co do zasad prawnych, jakie można zastosować w podobnych sytuacjach. – Gdyby spojrzeć na sprawę z punktu widzenia prawa polskiego, to śmierć użytkownika portalu społecznościowego należy traktować analogicznie do śmierci usługobiorcy jakiejkolwiek innej umowy. Ogólną zasadą wynikającą z przepisów kodeksu cywilnego jest, że z chwilą śmierci prawa i obowiązki majątkowe zmarłego przechodzą na inne osoby, stosownie do przepisów prawa spadkowego – dodaje Dariusz Czuchaj, radca prawny z kancelarii CMS Cameron McKenna, i tłumaczy, że inny przepis stanowi, iż nie podlegają dziedziczeniu prawa obowiązki związane ściśle z osobą zmarłego: – W moim odczuciu umowy o korzystanie z portali społecznościowych są tak bardzo osobistym i ściśle związanym z daną osobą stosunkiem prawnym, że nie powinny podlegać dziedziczeniu lub dostępowi czy zarządzaniu przez osoby z rodziny zmarłego. Zmarły mógł przecież prowadzić prywatną korespondencję, do której nie chciał dopuszczać nikogo, nawet osób z najbliższej rodziny. Podobnie osobisty charakter można przypisać listom kontaktowym znajomych, historii czatów etc. Umowa z serwisem powinna zatem wygasać wraz ze śmiercią danej osoby – konkluduje prawnik.

Taka właśnie filozofia stoi też za jedną z najpoważniejszych zmian prawnych dotyczących wirtualnej rzeczywistości, nad którymi pracuje właśnie Komisja Europejska. – Mowa o prawie do bycia zapomnianym, czyli chodzi o prawo osób funkcjonujących w wirtualnej przestrzeni do usunięcia śladów swojej aktywności i obecności w różnorodnych zbiorach danych – dodaje dr Bogdan Fischer, radca prawny i partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy, i tłumaczy, że pojęcie „big data”, czyli rosnących w oszałamiającym tempie baz danych dotyczących internautów, budzi coraz większe obawy wśród zwykłych ludzi. I właśnie w rozwiązaniu tego problemu ma pomóc projektowany art. 17 rozporządzenia Komisji Europejskiej: „Podmiot danych ma prawo do uzyskania od administratora usunięcia danych osobowych odnoszących się do niego oraz zaprzestania dalszego rozpowszechniania tych danych”. – Abstrahując od problemów z dalszą interpretacją przepisu, np. że „dane nie są już potrzebne do celów, do których były zebrane lub przetwarzane w inny sposób”, czy określeniem sposobu na wykazanie przez podmiot, że dane nie są już potrzebne administratorowi, projekt nie uwzględnia, by beneficjenci lub jakakolwiek inna osoba będąca przedstawicielem ustawowym osoby zmarłej mogli korzystać z prawa do bycia zapomnianym i do wystąpienia o usunięcie danych – podsumowuje dr Fischer. Jak widać więc, ustawodawcy coraz uważniej przyglądają się kwestii cyfrowej śmierci.

Rest in net

O tym, że problem danych, często bardzo prywatnych, które zostają w sieci po śmierci internautów, nie jest wyłącznie teoretyzowaniem, przekonują się coraz częściej sami administratorzy. I w ślad za tym dodają kolejne funkcjonalności. I tak np. od 2012 r. na Facebooku korzystać można z wirtualnego testamentu, bo tak mniej więcej należałoby opisać funkcjonalność, czyli rolę, jaką ma odgrywać aplikacja If I Die, czyli „Jeśli umrę”. Umożliwia ona pozostawienie ostatniej wiadomości, którą portal publikuje po otrzymaniu zgłoszenia o śmierci użytkownika. – Może to być pożegnanie, ulubiony żart, długo skrywany sekret, naprawienie zadry lub udzielenie poważnej rady – podsuwa pomysły administrator. Podobną aplikację, o nazwie DeadSocial, udostępnia też Twitter. Od jakiegoś czasu dołączył do tego także funkcjonalność pod nazwą LivesOn, która zachęca „When your heart stops beating, you’ll keep tweeting”, czyli „Gdy twoje serce przestaje bić, będziesz dalej twittował”. Aplikacja analizuje historię wiadomości oraz odtwarza mapę zainteresowań, po czym na tej podstawie wybiera zagadnienia i artykuły, którymi się interesujesz. Wszystko po to, symulować osobowość zmarłego twitterowicza i dalej w jego imieniu pisać, retwittować i zaznaczać ulubione wpisy.

Nie ma co się jednak oszukiwać, za tymi działaniami stoi nie tyle dobra wola serwisów społecznościowych, które chcą zadbać o samopoczucie swoich użytkowników, ile po prostu chęć dalszego zarabiania na internautach nawet po ich śmierci. – Nic dziwnego, że wśród niektórych zestawień zawodów przyszłości pojawił się także digital death manager, czyli zarządca śmierci cyfrowej – podsumowuje mecenas Czuchaj.