W kwietniu był głęboki spadek liczby rozpoczętych inwestycji. U deweloperów o prawie połowę.
Liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto w kwietniu, była o 37,8 proc. mniejsza niż rok wcześniej – wynika z opublikowanych w piątek danych GUS. Największy dołek jest w budownictwie komunalnym: tu spadek wyniósł 81,7 proc. Ale nie jest to tak istotny segment rynku jak deweloperka, a ta też zanotowała mocne wyhamowanie aktywności. W kwietniu firmy deweloperskie zaczęły budować prawie 6,2 tys. lokali, o niemal połowę mniej niż rok wcześniej
– Działania deweloperów były uzasadnione. Bojąc się o liczbę pracowników budowlanych, skupili się na dokończeniu prowadzonych inwestycji, w których większość mieszkań jest już sprzedana. Ponadto w pierwszej połowie kwietnia popyt na mieszkania był wyraźnie stłumiony, co ograniczało skłonność i konieczność rozpoczynania nowych projektów – komentuje Bartosz Turek, analityk firmy HRE Investments zajmującej się inwestycjami w nieruchomości.
Reklama
DGP

Reklama
Kazimierz Kirejczyk, wiceprezes firmy JLL, która m.in. monitoruje rynek nieruchomości mieszkaniowych, dodaje, że wyhamowania nowych inwestycji w sektorze deweloperskim należało się spodziewać. Otwarte było jedynie pytanie, jaką skalę będzie miało to zjawisko.
– Prawie 50-proc. spadek nowych inwestycji w porównaniu z kwietniem ubiegłego roku to dużo, biorąc pod uwagę, że tendencja spadkowa utrzyma się także w maju i czerwcu. Z drugiej strony, oferta na rynku pierwotnym w niektórych miastach oraz w przypadku niektórych firm jest tak niewielka, że nie powinniśmy zakładać zupełnego zatrzymania nowych inwestycji – ocenia Kazimierz Kirejczyk.
Dane GUS mogą być potwierdzeniem tezy, że jeśli ceny mieszkań spadną ze względu na mniejszy popyt wywołany pandemicznym kryzysem, to nie powinien to być spadek głęboki i długotrwały.
Deweloperzy zaczynają sprzedawanie mieszkań bardzo często już na starcie inwestycji. Mniejsza liczba rozpoczynanych budów to mniejsza nowa podaż, dopasowana do nowej sytuacji. Ale przełożenie tego na ceny wcale nie jest oczywiste. Mogą się tu ścierać dwie siły: z jednej strony firmy deweloperskie mają już dużą liczbę zakontraktowanych mieszkań, na które klienci wpłacili zaliczki. Jeśli teraz wycofywaliby się oni z umów, to takie mieszkania wrócą na rynek, co podaż zwiększy. Z drugiej strony napływ nowych ofert będzie ograniczony, co widać już po danych GUS. O ile jest to już świadome działalnie deweloperów.
Adam Czerniak, dyrektor ds. badań w think tanku Polityka Insight, mówi, że dziś do końca nie wiemy, co stoi za spadkiem liczby nowo rozpoczynanych budów. To może być zaciągnięcie inwestycyjnego hamulca, o którym mówią inni eksperci. Ale nie tylko.
– Być może w dużym stopniu są to bariery administracyjne: urzędy w kwietniu nie działały i trudno było dopełnić formalności. Widać to też w spadku liczby mieszkań oddawanych do użytku czy pozwoleń na budowę – mówi. Według GUS w kwietniu do użytku oddano o 22,4 proc. mniej lokali niż rok wcześniej, a pozwoleń na budowę o 26,6 proc. mniej.
– Dla bieżących cen kluczowe będzie to, co się będzie działo z mieszkaniami zakontraktowanymi. A także, co będzie się działo na rynku wtórnym, np. z popytem inwestycyjnym – mówi ekonomista.
Kazimierz Kirejczyk zwraca uwagę, że firmy budujące mieszkania będą dopasowywać podaż nie tylko do popytu klientów. – W kolejnych miesiącach coraz większy wpływ na możliwość wprowadzania nowych projektów będzie miała dostępność finansowania. Kluczowe będzie zatem podejście banków do wniosków o kredytowanie nowych inwestycji. Doświadczenia z poprzedniego kryzysu powodują uzasadnione obawy, że sektor finansowy może mieć w spadku podaży wydatny udział – uważa wiceprezes JLL.