Ma od pół do prawie metra średnicy, 10 km długości i znajduje się głównie pod ziemią. Tam, gdzie na chwilę wypełza na wierzch, straszy pordzewiałą, pogiętą blachą, która miała go zabezpieczyć przed ludzką ciekawością. Dziś już nie musi chronić, bo kolektorem, który łączył łódzką Anilanę z oczyszczalnią, ścieki od lat nie płyną. I choć zakładu też nie ma, to kanał nie zniknął – biegnie pod osiedlami i parkami, ulicami oraz placami zabaw. Między innymi pod osiedlem Zarzew na Widzewie, więc Jakub Hubert, który przewodniczy radzie osiedla, zainteresował się nim. To, czego się dowiedział, wywołało w nim niepokój.

Magazyn DGP z 22 maja 2020 r.

Magazyn DGP z 22 maja 2020 r.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Anilana powstała po wojnie w miejscu, gdzie blisko 150 lat temu dwaj łódzcy przemysłowcy rozpoczęli budowę kilku zakładów, w tym tkalni, farbiarni i przędzalni – to wiedział. Wiedział, że ścieki powstałe przy takiej produkcji ładnie pachnieć nie mogły, nie zaskoczyła go więc informacja, że śmierdziały. Ale o tym, że fetor nie był zbyt toksyczny, przeczytał już z zainteresowaniem. Równie ciekawe okazały się informacje, że gdy podczas wojny zakłady przejęli Niemcy i w tych samych budynkach zaczęli produkować sztuczne futra dla żołnierzy, odpady stały się o wiele bardziej agresywne i szkodliwe dla środowiska.

A potem dokopał się do informacji, że to i tak nic w porównaniu z tym, co przez czterdzieści lat wypluwała z siebie Anilana.

Anilana pisze do Bawełny

Produkowano tu m.in. włókna celulozowe (wiskoza), poliakrylonitrylowe (anilana), nici lateksowe, środki antykorozyjne i jedwab szklany. To, że ścieki są tak żrące, że mogą doprowadzić do zniszczenia miejskiej kanalizacji, zauważono tuż po uruchomieniu zakładu w latach 60. XX w. Ponieważ Anilana z roku na rok produkowała coraz więcej, zapadła decyzja, by wybudować specjalny kolektor z rur ceramicznych, którym zakład odprowadzałby rosnącą ilość odpadów wprost do oczyszczalni.

Budowa kanału okazała się dla inżynierów sporym wyzwaniem. Ciągnąca się kilometrami rura musiała zachować stały spadek, więc w niektórych miejscach biegła głęboko pod ziemią, a w niektórych tuż pod powierzchnią. Szperając w archiwach, Jakub Hubert trafił na pismo z 1968 r., w którym Anilana ostrzegała Spółdzielnię Mieszkaniową Bawełna, że buduje bloki na terenie, pod którym biegnie kanał. W tym miejscu niezbyt głęboko – jakiś metr pod powierzchnią. Budowlańcy, nie zdając sobie z tego sprawy, składowali nad rurą i w jej pobliżu hałdy ziemi, jeździli ciężkim sprzętem. W alarmistycznym piśmie szefostwo zakładu ostrzegało, że „może to spowodować katastrofalne skutki dla okolicznych mieszkańców, ponieważ płynące ścieki w ilości 20 000 m sześc. na dobę są agresywne pod względem chemicznym – mają własności trujące, a nawet wybuchowe”.

Jakub Hubert postanowił sprawdzić, co z Anilany trafiało do kolektora. Przejrzał dostępne dokumenty i stwierdził, że rurą płynęły m.in. chlorki, siarczany, żelazo, rodanki, cyjanki, fenole, ołów, rtęć, miedź, cynk, kadm, chrom, nikiel, magnez, akrylonitryl. Projektanci kanału zwracali uwagę na silnie trujący siarkowodór oraz wybuchowy w kontakcie z powietrzem disiarczek węgla. W jednym z archiwalnych dokumentów Jakub Hubert znalazł zapis, że „stopień oczyszczenia ścieków technologicznych w oczyszczalni jest niewystarczający, a ich neutralizacja prowadzona jest w sposób niewłaściwy” i że „ścieki o takim składzie wywierają działanie niszczące na kolektory oraz stwarzają niebezpieczeństwo dla pracowników zajmujących się ich konserwacją”. Kiedy Jakub Hubert znalazł fragment kanału, którym płynęły ścieki zanim oddano do użytku ten ceramiczny, a który teraz pełni funkcję mostku na działkach rodzinnych, na własne oczy przekonał się, jak nadgryzły go toksyczne odpady.

Właśnie wtedy zaczął się zastanawiać, czy nie należałoby zbadać ziemi wokół wielkiego kolektora. Może nie ma się czego bać, ale wystarczyła przecież mała szczelina, by ścieki przez ponad 30 lat wsiąkały w ziemię. Czy nie lepiej upewnić się, że nic nam nie grozi? Choćby w takim parku Podolskim, pod którym biegnie kanał i to niezbyt głęboko, czego dowodem jest znajdujący się tam właz wentylacyjny, jeden z nielicznych, jakie jeszcze pozostały.

Właśnie ziemię w tym parku chciał zbadać w ramach Budżetu Obywatelskiego Miasta Łodzi. Projekt, mimo pozytywnej rekomendacji, nie został dopuszczony do głosowania. W uzasadnieniu napisano, że wyniki badań „nie dadzą pełnej informacji na temat stanu gleb w przebiegu całego kanału ściekowego Anilany, co wydaje się nie służyć ogółowi społeczeństwa”. Poza tym, gdyby okazało się, że teren jest zanieczyszczony, trzeba byłoby przeprowadzić remediację (poddanie gleby, ziemi i wód gruntowych działaniom mającym na celu usunięcie lub zmniejszenie ilości substancji powodujących ryzyko), a to „niesie za sobą obowiązek wykonania kolejnych działań, które są niemożliwe do realizacji w ciągu jednego roku budżetowego”. Poza tym, uzasadniali odmowę urzędnicy, teren osiedla jest całkowicie skanalizowany oraz zaopatrywany w wodę z miejskiej sieci, więc „potencjalne zanieczyszczenia gruntu położonego pod kanałem z uwagi na brak korzystania w tym terenie z wód gruntowych (teren parku i zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej) nie mają wpływu na zdrowie i życie ludzi oraz komponenty środowiska”.

– Bzdura – kwituje krótko dr hab. inż. Mariusz Czop z Wydziału Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. – W ziemi zagrożeniem są nie tylko zanieczyszczenia w stanie ciekłym i stałym, które migrują w głąb. Część z nich paruje. Monitorowanie takich miejsc powinno być obowiązkowe.

Ale nie jest. I wygląda na to, że wszystkim jest to na rękę.

Lepiej nie wiedzieć

W PRL środowisko nie było najważniejsze. Ważne były plany produkcyjne, a nie to, czy naszpikowane chemią odpady będą leżały w miejscu zabezpieczonym, czy pod płotem. Mariusz Czop jest przekonany, że każdy, nawet najmniejszy zakład chemiczny czy stacja benzynowa pozostawiły po sobie skażony teren. A takich firm było w Polsce tysiące – małych i dużych, w miastach, miasteczkach i wsiach. Większość z nich upadła wraz z systemem, ale skażenie wraz z nimi nie zniknęło. Nikt po sobie nie posprzątał.

Teoretycznie wiadomo, co z tym robić. W przypadku skażenia, które powstało przed 2007 r., mamy do czynienia z historycznym zanieczyszczeniem ziemi. Za zlokalizowanie takich terenów odpowiedzialny jest starosta, który zgłasza je regionalnemu dyrektorowi ochrony środowiska. Ten wpisuje je do rejestru, następnie zleca badania i w zależności od wyników podejmuje działania – może je wykreślić z listy, zażądać remediacji albo zalecić monitorowanie. Proste? W teorii. W praktyce system nie działa, bo usuwanie skażenia kosztuje.

Kiedy środowisko zanieczyszcza działający zakład, sprawa jest oczywista – to on musi oczyścić teren. W przypadku zanieczyszczeń historycznych truciciela już nie ma, więc obowiązek ten spada na obecnego właściciela terenu. A ten nie chce płacić, więc chociaż wie, że teren jest skażony, nie robi badań i udaje, że problemu nie ma. – W 2016 r. weszło w życie rozporządzenie, które mówi, jak zbadać zanieczyszczoną ziemię – tłumaczy Mariusz Czop. – Ale na nikogo nie nakłada obowiązku przeprowadzenia takiego działania. Nie muszą tego robić ani działająca na tym terenie firma, ani deweloper, który kupuje ziemię, by zbudować na niej mieszkania, ani władze samorządowe. A jak nie ma obowiązku, to nikt tego nie robi.

Potwierdza to ubiegłoroczny raport Najwyższej Izby Kontroli. „Historyczne zanieczyszczenia powierzchni ziemi, określane również jako tzw. bomby ekologiczne, wciąż mogą stanowić zagrożenie dla ludzi i środowiska. Organy administracji publicznej nie znają faktycznej skali historycznych zanieczyszczeń powierzchni ziemi i zagrożeń, jakie wywołują. System ich identyfikacji i usuwania nie funkcjonuje skutecznie ani na szczeblu centralnym, ani w samorządach. Użytkownicy tych terenów są zatem narażeni na oddziaływanie szkodliwych dla życia i zdrowia substancji” – alarmują kontrolerzy NIK.

Składowisko jak durszlak

– Z zanieczyszczeniem powietrza sprawa jest prosta, wystarczy zainstalować w smartfonie aplikację i już wiemy, czy możemy iść na spacer, czy lepiej zostać w domu – mówi krakowski radny Łukasz Maślona. – Z tym, co tkwi w ziemi lub w wodzie, jest trudniej. Sami tego nie sprawdzimy.

A w Krakowie jest co sprawdzać. Huta im. T. Sendzimira (wcześniej Kombinat Metalurgiczny Huta im. Lenina) zajmowała ponad 1 tys. ha powierzchni. Koncern ArcelorMittal, który ją przejął, pozbył się części gruntów. W ten sposób do miasta wróciło ok. 300 ha, ale choć przylegają do wciąż czynnego wysypiska odpadów, nie zbadano ich pod kątem zanieczyszczeń. – Kiedy powstała huta, z czasem utworzono wokół niej strefę buforową o powierzchni ponad 30 km kw. – mówi Maślona. – Nie można było w niej budować mieszkań, uprawiać pól. W 2005 r. bufor ostatecznie zlikwidowano, pola się zazieleniły, ludzie zaczęli stawiać domy. Mieli świadomość, że ziemia może być zanieczyszczona, ale nie wiedzieli, w jakim stopniu. I nadal tego nie wiedzą.

A niewiedza rodzi obawy. Ryszard Listwan, zastępca dyrektora Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Krakowie, przyznaje, że właśnie z tego powodu dwa lata temu WIOŚ zbadał wpływ składowiska na otoczenie. Wyniki pokazały, że wody podziemne są wprawdzie zanieczyszczone, ale nie ma w nich fenoli ani metali ciężkich. Uznano więc, że wpływ składowiska na środowisko jest, ale nie jest istotnie szkodliwy.

Doktor Mariusz Czop, który z zespołem Akademii Górniczo-Hutniczej od lat bada tereny zdegradowane, również te wokół huty, zakwestionował wyniki badań. W rezultacie próbki pobrano po raz drugi. Tym razem zrobił to Główny Inspektorat Ochrony Środowiska i potwierdził, że hutnicze odpady nie mają negatywnego wpływu na otaczające je środowisko. – Problem w tym, że wszystkie próbki pobrano z terenu składowiska, a żadnej z okolicznych działek – tłumaczy Czop. – Na jakiej więc podstawie wyciągnięto wnioski?

Pod naciskiem radnych władze miasta postanowiły zlecić badanie niezależnej firmie. Próbki gruntu i wód podziemnych pobrano po raz trzeci. Ewa Olszowska-Dej, zastępca dyrektora Wydziału Kształtowania Środowiska Urzędu Miasta w Krakowie, potwierdziła, że badanie wykazało w glebie przekroczenie wartości dopuszczalnych zanieczyszczeń pestycydami i substancjami ropopochodnymi, ale tylko do głębokości 25 cm, a w wodzie – chlorków, manganu, wapnia i arsenu, lecz nie we wszystkich próbkach. Pytana przez lokalnych dziennikarzy, czy zanieczyszczenia pochodzą ze składowiska, odpowiedziała, że aby to stwierdzić, konieczne są dalsze analizy.

Mariusz Czop nie ma co do tego wątpliwości. I wylicza: limit rakotwórczych pestycydów jest przekroczony 137 razy, wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych, które powodują zmiany genetyczne – 40 razy. W glebie stwierdzono oleje mineralne i toksyczny heksachlorobenzen, którego stosowanie zabronione jest na mocy konwencji sztokholmskiej z 2001 r. – Składowisko jest dziurawe jak durszlak – twierdzi i tłumaczy, że nie ma ono przewidzianych przez obecne przepisy zabezpieczeń: odpowiedniej izolacji dna, sytemu drenażu odcieków, oczyszczalni wód odciekowych i prawidłowego systemu monitoringu środowiska.

Ryszard Listwan przekonuje, że najważniejszy jest brak metali ciężkich i to, że wody podziemne spełniają wymagania klasy III, a gdzieniegdzie nawet II. Mariusz Czop nie widzi powodów do optymizmu. Po pierwsze, uważa, że wodzie należy przypisać klasę IV, a gdzieniegdzie nawet V. Po drugie, największe zanieczyszczenia gleby stwierdzono na głębokości do 25 cm, a to najbardziej wrażliwa warstwa – to właśnie z niej korzystają rośliny i z nią mają kontakt ludzie. Obaj zgadzają się tylko w jednym: badania trzeba kontynuować.

Tajemnica rodzinna

W tym przypadku nie do końca wiadomo, czy zanieczyszczenie traktować jako historyczne. Doktor Czop twierdzi, że nie. Wprawdzie składowisko powstało w latach 50., ale wciąż jest użytkowane. Tak czy inaczej, jego zdaniem, w Polsce przyjęło się traktować przemysł ulgowo – bo zapewnia pracę i zasila budżet państwa. Przymykamy więc oczy, gdy przy okazji szkodzi otoczeniu. Ale to zła strategia. Wiele chorób ma podłoże właśnie w skażeniu środowiska.

– Jeśli chcemy, żeby nasze dzieci bezpiecznie chodziły po tym terenie, musimy przebadać cały 300-hektarowy obszar, na którym przez lata zakład składował szlamy, ścieki i odpady – mówi Łukasz Maślona. – Szukamy porozumienia z prezydentem, by to zrobić. Ze wstępnych obliczeń wynika, że remediacja może kosztować 0,5 mld zł. Który samorząd udźwignie taki wydatek? Bez pomocy ze strony państwa lokalne władze nadal będą wolały nie widzieć problemu, niż go rozwiązywać.

Mariusz Czop przytacza dane z unijnego raportu, który powstał w 2018 r. Wynika z niego, że na terenie Wspólnoty naliczono 2,8 mln obszarów potencjalnie zanieczyszczonych. Z tego 650 tys. zidentyfikowano, czyli zbadano i potwierdzono zanieczyszczenie, a 65 tys. z nich poddano remediacji. W Polsce, jak podaje w raporcie NIK, w tym samym 2018 r. w rejestrze historycznych zanieczyszczeń powierzchni ziemi widniało zaledwie 398 wpisów, które obejmowały 0,012 proc. całkowitej powierzchni kraju. W wielu badanych przez kontrolerów starostwach i miastach na prawach powiatu w ogóle nie dokonano ich identyfikacji, a w połowie dokonano ich nierzetelnie. Do tego stopnia, że bomby ekologiczne, o których wiedza wśród mieszkańców jest powszechna, do rejestru nie trafiały. Jak w Łodzi, gdzie w rejestrze regionalnego dyrektora ochrony środowiska jest tylko sześć wpisów. I nie ma wśród nich terenów po Anilanie.

A przecież Anilana to nie tylko kanał. To też poprzemysłowe hałdy. Powstały z toksycznego szlamu, który był zbyt gęsty, by popłynąć kanałem do oczyszczalni. Pompowano go więc do odstojników – zbiorników przypominających baseny – by muł i piach osiadły na dnie. Po ich zapełnieniu część płynną zlewano do kanału, a szlam wydobywano i składowano na terenie zakładu.

Jakub Hubert pokazuje porośnięte dzikimi krzewami wzniesienia na terenie byłej Anilany. Ciągną się kilkaset metrów. Nie wiadomo, co i jak głęboko skrywa się pod warstwą ziemi. Otoczone betonowym płotem wydają się dobrze strzeżone, ale wyrw w ogrodzeniu nie brakuje. Wydeptane ścieżki i porzucone butelki świadczą o tym, że to popularne miejsce spotkań. Niejedyne takie w okolicy.

– Trudno powiedzieć, ile tego powstało przez wszystkie te lata, ale wiem, że parking przed hipermarketem i sam sklep położony na terenach byłej Anilany stoją na wzniesieniu, którego nie widać na niemieckich zdjęciach lotniczych z czasów II wojny. Wtedy były to płaskie pola – mówi Jakub Hubert.

Historia budowy hipermarketu Jumbo nie jest w Łodzi tajemnicą. Kiedy na plac wjechały maszyny, pod jedną z nich zapadła się ziemia. Okazało się, że teren, który kupił inwestor, to powstała z odpadów hałda. Kazimierz Perek, regionalny dyrektor ochrony środowiska w Łodzi, przekonuje, że zanieczyszczona ziemia została wywieziona, ale nie wie, gdzie i co się z nią stało. Niewykluczone, że zrzucono ją po prostu w innym miejscu. – Jeśli tak miałaby wyglądać remediacja, nie wiadomo, czy warto o nią walczyć – przyznaje.

Kazimierz Perek tłumaczy, że regionalny dyrektor ochrony środowiska wpisuje do rejestru tylko to, co zgłosi mu starosta. Sam nie ma obowiązku ani funduszy, by identyfikować zanieczyszczone tereny poprzemysłowe. Choć przyznaje, że sytuacja z nimi przypomina tajemnice rodzinne: wszyscy o nich wiedzą, ale nikt nie chce mówić. O hałdach też wiedzą. Ale czy są monitorowane i przez kogo, nie wie. – To prywatny teren – mówi Perek.

Mieczysław Olczak, geolog z Wydziału Ochrony Środowiska i Rolnictwa łódzkiego Urzędu Miasta, tłumaczy, że po tym, jak majątek po Anilanie przejął syndyk, teren został podzielony na działki. Część budynków sprzedano i zaadaptowano je pod nową działalność, część wyburzono. – Jeśli ktoś kupił działkę, ma na niej sklep, sprzedaje towar i nie interesuje go, co ma pod podłogą, to jego sprawa, nie można go do niczego zmusić – mówi Olczak. I przyznaje, że brakuje regulacji prawnych, by w sytuacji podejrzenia skażenia terenu zmusić jego właściciela do przeprowadzenia badań i ewentualnej remediacji.

Bez przymykania oczu

Dla Mariusza Czopa ważniejsze jest to, że nikomu na tym nie zależy. W interesie syndyka jest sprzedać jak najwięcej, a że z terenami zanieczyszczonymi może mieć problem, więc obniża ich cenę. Nowy właściciel cieszy się, że kupił taniej, i nawet wiedząc o skażeniu, nie zamierza nic z tym robić. – Brak odpowiednich przepisów rodzi pokusę wykorzystania tych terenów do inwestycji – mówi dr Czop. – Zwłaszcza wśród deweloperów, którzy nie mając obowiązku badania i rekultywacji terenów, budują mieszkania, sprzedają je i problem ewentualnej remediacji mają z głowy. Jeśli okaże się, że jest ona konieczna, zapłaci za nią obecny właściciel terenu, czyli wspólnota mieszkaniowa.

Raport NIK potwierdza, że brak rejestrów ułatwia lokowanie na terenach zanieczyszczonych takich inwestycji. Co więcej, w dwóch przypadkach (Kraków i Warszawa) mieszkania powstały na terenach, o których urzędy miasta wiedziały, że są zanieczyszczone. – Jeśli nic się nie zmieni, będzie tylko gorzej – ostrzega Mariusz Czop. – Kiedyś mieliśmy listę 80 ekobomb, potem zredukowano ją do 50, teraz nie ma jej wcale. Ale zanieczyszczenia nie zniknęły, nikt ich nie usunął, więc likwidacja listy nie rozwiązała problemu. Musimy przestać udawać, że wszystko jest w porządku, i zacząć chronić ludzi.

Za najważniejsze dr Czop uważa zmianę przepisów tak, by właściciele terenów zanieczyszczonych mieli obowiązek ich badania i ewentualnej remediacji. Obowiązkowe powinno być też badanie gruntów, na których stoją żłobki, przedszkola, szkoły, parki i tych przeznaczonych pod budowę mieszkań. Równie ważny jest monitoring. – Są miejsca tak zanieczyszczone, że z uwagi na ogromne koszty nie opłaca się poddawać ich remediacji. Ale żeby się ich nie bać, trzeba je monitorować.

Być może kanału Anilany i jej hałd też nie trzeba się bać. Być może nie trzeba się bać opowieści o zakopanych na jej terenie cysternach z odpadami i zastanawiać się, kiedy ich ścianki zeżre rdza i wszystko wsiąknie w ziemię. Ale żeby tak się nie stało, trzeba przestać udawać, że ich nie ma.