Pierwsze 48 miesięcy trwałem w nierozerwalnym duecie: pracy "na etacie" oraz własnego biznesiku. To były ogólnokrajowe początki uwalniające skrzydełka swobody, dla zmniejszenia ryzyka, taki układ zwiększał komfort realizacji własnych pomysłów na życie. Tych zapisanych w mojej karcie ewidencyjnej było sporo. Poczynając od handlu okrężnego, do usług wydawniczych i reklamowych. Po czterech latach próbowania wszystkiego po trochu, zdecydowałem. Będę prowadził wydawnictwo. Dziennikarstwo i reklama - były pierwszą parą w gromadzie moich pasji. Przyszedł czas spełnienia. W tym czasie prowadziłem radio zakładowe w ZPM H.Cegielski.

Był to wspaniały okres przygody radiowej. Moim zadaniem było przygotowywanie audycji zawierających komunikaty fabryczne, teksty kolportowane z urzędu, wszystko połączone muzyką.

Takie były moje obowiązki służbowe. Wiadomo, mówiąc o przygodzie nie miałem na myśli spełniania tych dyrektyw. Trzeba przyznać, że naczalstwo dało mi dużą swobodę w działaniu. Widząc, że moje próby radiowca spotykają sie z akceptacją załogi, przymykali oko na całą resztę, czyli moje samodzielne próby robienia materiałów dźwiękowych z życia zakładu. Wywiady, rozmowy, reportaże, audycje interwencyjne, konkursy - jak w prawdziwym radiu. W cyklu rozmów z załogą do studia zaprosiłem młodego elektryka. Tematem dnia był "Ślub Cegielszczaka". Marcin opowiadał o poczynaniach, jakie czynili wraz z narzeczoną w ramach przedślubnych przygotowań. Wesele zaplanowali w przestronnej sali zakładowego klubu. Temat był na czasie i z własnego podwórka.

Anegdota, którą przytoczył podczas tego rozmawiania zdecydowała ostatecznie o realizacji wydawniczego pomysłu. " Wczoraj byłem na pierwszych zajęciach w ramach nauk przedmałżeńskich. Po wyjściu z kościoła ujrzałem pełno oczekujących ludzi. Wręczali słuchaczom wizytówki, foldery, ulotki zachęcające do skorzystania z ich usług. Na dworze było już ciemno. Razem z Agnieszką zbieraliśmy skrupulatnie te wszystkie papierki. Ksiądz na naukach zapowiedział, że przy wyjściu otrzymamy karteczki świadczące, że zaliczyliśmy pierwsze zajęcia. Taką dokumentację trzeba było zebrać w całości za każdy dzień katechezy. Zbieraliśmy wszystko, co dają, żeby nie ominąć potrzebnego zaświadczenia."

To zdarzenie przechyliło szalę wagi. Sporo wcześniej świtał mi w głowie pomysł informatora dla narzeczonych. Typowo reklamowe wydawnictwo. Właściwie byłem już zorientowany w cenach i warunkach dotyczących przygotowania do druku i samego druku. Teraz trzeba było realnego zaangażowania. Przyszedł czas zdobywać zlecenia na reklamę. Dwa tygodnie urlopu w "pracy na etacie" i codzienne wędrówki od fotografa do filmowca, od salonu sukien do kwiaciarni, jubilera, fryzjera... Takiego wydawnictwa nigdy wcześniej nie było. Zadanie tym trudniejsze, żeby przekonać do inwestycji w reklamę. Odwrotnie niż dzisiaj - ślubów było dużo, a firm usługowych mało. Dla wielu reklama była jeszcze takim dziwnym stworem. Uważam, że to był mój sukces - ukazał się pierwszy numer "Kuriera Weselnego". Format A4 drukowany w dwóch kolorach, tylko cztery strony, ale za to w imponującym nakładzie.
Dalszy marketing, to dystrybucja. Wydawnictwo jest bezpłatne (dla narzeczonych) rozprowadzane w Urzędach Stanu Cywilnego (36), biurach parafialnych (60), na naukach przedmałżeńskich, zakładach fryzjerskich, kosmetycznych w wysyłce indywidualnej. Do wybranych punktów strategicznych dowoziłem informator samodzielnie. Zasięg kolportażu 50 km dookoła Poznania. Szesnastoletni "maluch" znacznie ułatwiał zadanie.

Jak dziś pamiętam, pierwszy numer przyniósł 500 złotych dochodu (rok 1993). To moje pierwsze dziecko wydawnicze. Jestem dumny - stworzyłam pierwszy w Polsce drukowany informator dla narzeczonych. Kiedy wydawnictwo zaczęło się rozrastać, a w "pracy na etacie" zawiało redukcją postawiłem na siebie. Dzisiaj informator wydawany jest na kredowym papierze (wymóg branży) w pełnym kolorze 42 strony. Ukazuje się co dwa miesiące.

Wracam do historii. Wyż demokratyczny ujawniał się coraz bardziej, firm z branży przybywało w zawrotnym tempie. Były warunki, żeby powołać do życia kolejny tytuł. Tym razem czasopismo dla narzeczonych - "Ślub i Wesele". Przez dziesięć lat udało się utrzymać ten periodyk w cyklu dwóch numerów rocznie. To stworzyłem sobie pole do popisu, wreszcie mogłem dać upust swojej dziennikarskiej pasji. Podziękowania i fajne recenzje od czytelników dodawały radości tworzenia.

Świadomość, że nasze tytuły pomagają, ułatwiają decyzje, edukują w temacie i są oczekiwane, a przy tym wszystkim przynoszą konkretne pieniądze utrwaliła przekonanie o zawodowym spełnieniu.

Zarówno informator jak i czasopismo, to moje pionierskie i autorskie pomysły. Trzeci element branżowej działalności, to organizowanie Targów Ślubnych. Rzeczywistość zmuszała do rozwoju rynku i wdrażania narzędzi marketingowych. W tym temacie nie byłem już pierwszym zawodnikiem. Organizacją wystaw handlowych pod szyldem ślubu i wesela, zaraził mnie, przekonał i wyedukował Andrzej Gontarz, twórca pierwszych targów ślubnych w Polsce. Obecnie zawiaduje większością takich ślubnych prezentacji na obszarze południowej Polsce.

Na gruncie regionu wielkopolskiego byłem jednak prekursorem, autorem pierwszych targów ślubnych. Zorganizowaliśmy trzynaście takich imprez.

Dwa tytuły branżowe i wyłączność w organizowaniu targów ślubnych, sugerowały mocną pozycję. Przynajmniej na lokalnym rynku. W międzyczasie pojawiło się kilka pozycji wydawniczych powielających temat ślubu i wesela. Jednak zagrożenie nie trwało długo. Pierwsze publikacje konkurencji nie osiągały ciągu dalszego lub ich kadencja trwała zaledwie kilka miesięcy. Cóż, wydawać się może, że taka działalność to łatwy pieniądz, wystarczy rozpocząć, a potem tylko odcinać kupony.

Moim atutem była "samowystarczalność". Postawiłem na firmę typu "Ja". "Sam sobie okrętem, sterem, żeglarzem". Oczywiście w chwilach zrywu finalizacji każdego projektu angażowałem do współpracy profesjonalne posiłki. To mój sposób na ograniczenie kosztów.

Drugi plus stanowi praktyka w branży, znajomość ludzi i ich ofert, współpraca z Firmami sprawdzonymi, rzetelnymi z ciekawą propozycją.

Ogromnym skarbem jest doświadczenie, lata praktyki i obcowania z narzeczonymi, znajomość ich oczekiwań, umiejętność oceny ich potrzeb w powiązaniu z możliwościami.

Żeby wyrobić sobie te trzy przymioty, potrzebny jest czas, cierpliwość, wytrwałość i doświadczenie. Nie uda zdobyć się tych wartości w okresie miesiąca, połowy roku. Na samym początku największą inwestycją jest czas działania, bez względu na finansowe rezultaty.

Kiedy rozpoczynałem działalność gospodarczą - jej temat wiodący REKLAMA w naszej rzeczywistości występował w postaci małego bobasa, który dopiero co rozpoczął raczkowanie. Wiedzę na jej temat zdobywałem z lektury fachowych publikacji pojawiających się na półkach polskich księgarni. Były to zazwyczaj tłumaczenia obcych autorów (amerykańskie i angielskie przekłady). Na kartkach książek wszystko zdawało sie być zrozumiałe, proste i nic tylko powielać wiedzę we własnych poczynaniach. Nic bardziej mylnego. Owszem, ogólne wiadomości na temat zbliżały istotę zagadnienia ale wykorzystywane przykłady z życia wprowadzały prawdziwy chaos. Autorzy tłumaczeń żywcem przenosili słowa z pierwowzorów spisanych dla zupełnie innej nacji społecznej, żyjącej w odległych krajach, funkcjonującej w innych realiach, przyzwyczajonej do innych spełnień, a przede wszystkim dysponującej odmiennym kapitałem. To były jedyne źródła lektury, zatem dla uparciucha musiały wystarczyć za podręczniki. Pierwsze publikacje na temat reklamy w odniesieniu do naszej polskiej rzeczywistości na ironie losu, były autorstwa "filozofów". Autor polskiej książki o reklamie, często ograniczał sie do teoretycznych rozważań i pouczeń, nadal z ukrytymi wtrąceniami zaczerpniętymi z zagranicznych publikacji, bez jakiegokolwiek praktycznego dowodu na spisane treści. To tak jakby uczyć kogoś mechaniki samochodowej, a samemu nigdy nie mieć okazji zajrzeć pod maskę. Pierwsze reklamy - to chyba nawet zbyt szumna nazwa - ograniczały się jedynie do wpisu teleadresowego w objęciu większej lub mniejszej ramki. Treść szyldu w przeniesieniu na ramkę w gazecie dawała wyraz zamówionej reklamy.

Aż wreszcie pojawił się konkurent z prawdziwego zdarzenia. Okazało się, że to mój klient ogłaszający na łamach informatora ofertę starej Warszawy do ślubu. Bardzo natarczywy i wymagający gość z cyklu tych wiecznie niezadowolonych. Nasza współpraca skończyła się na tym, że klient "czmychnął w długą", pozostawiając nieuregulowane dwie faktury za zamówioną wcześniej reklamę. Słuch o nim powrócił po niecałym roku. O rzeczowniku dowiedziałem się od moich stałych klientów. Otóż ów gość od Warszawy cały ten czas swojej nieobecności przy zaległych fakturach spędził na chodzeniu po adresach moich klientów. W czasie tej kilkumiesięcznej misji, przekonywał moich podopiecznych, że moja firma zbliża się ku upadkowi, że działania mojej firmy są już ograniczone, opowiadał o nieuczciwości prowadzącego "Kurier Weselny" uświadamiał nieopłacalność współpracy z moją firmą, proponował w tym miejscu swoją gazetę, którą ma zamiar wypuścić na rynek. Dalej w tej analizie porównawczej wydobył kolejne argumenty (nieprawdziwe) przemawiające na korzyść przejścia z reklama do jego wydawnictwa. Były przypadki dla opornych, gdzie proponował nadzwyczajne zniżki dla klientów, którzy zdeklarują się z reklamą do jego wydawnictwa, a jednocześnie zrezygnują z ogłaszania się w moim periodyku. Minął rok i na rynku wydawnictw ślubnych pojawił się zupełnie nowy tytuł. Dokładnie taki sam format, podobny układ stron i zapewnienie dystrybucji , dokładnie we wszystkich obsługiwanych przez mój tytuł miejscach, w takim samym cyklu wydawniczym. Jak ktoś jest lepszy - niech działa i udowadnia i rośnie na potęgę. Ale niech to wszystko dzieje się za przyczyną efektów jego pracy. To że zmałpował pomysł kropka w kropkę, to jest jeszcze do przyjęcia, natomiast podchody typu oczerniania konkurencji w wymyślny sposób, to już przeczy logice, żeby nad tym przymknąć oko. Prawo autorskie wyraźnie zabrania takich praktyk. Na dobrą sprawę, jaki kodeks społecznych przykazań zezwoli na taka praktykę.

Kopiowaniu nie stało się zadość. Konkurent postawił sobie za ambicję za wszelką cenę przejąć imprezę targową - Targi Ślubne. W mieście zaczęły funkcjonować dwie takie same imprezy targowe. Kulminację zachowań konkurencji opiszę na przykładzie zdarzenia kiedy w pierwszą sobotę i niedziele stycznia zarezerwowałem dla mojej imprezy halę widowiskową. Tydzień później okazało się, że rywal zarezerwował ten sam obiekt tylko w terminie tygodnia później niż ja. Rozpoczęła się marketingowa potyczka. To było niezłe wyzwanie. Moje targi były zaplanowane we wcześniejszym terminie, trwały dwa dni (konkurencji - jeden dzień). Do prowadzenia całości zaprosiliśmy aktora z pierwszej półki, dla zwiedzających przygotowaliśmy konkurs z główną nagrodą w postaci samochodu. Nasza impreza przypadła w terminie, kiedy grała Orkiestra Owsiaka. Mieliśmy atuty, których nie było na tydzień później zapowiadanej konkurencyjnej imprezie.
Impreza odbyła się, frekwencja dużo poniżej spodziewanej. Ogólnie porażka finansowa i sporej wielkości zadłużenie tytułem kosztów. Rywal wygrał finansowo.

Jeszcze kilka miesięcy przed wydarzeniem w portfelu zamówień mieliśmy całkiem pokaźną ofertę salonów ślubnych (to temat bardzo ważny dla nobilitacji wystawy). Miesiąc przed targami zrezygnowała ostatnia z dotychczas zapisanych właścicielek salonów. Z wcześniej zarezerwowanych miejsc zrezygnowały wszystkie salony. Okazało się, że konkurent zorganizował spotkanie z właścicielami salonów, na którym jednoznacznie dał do zrozumienia, że wystawianie oferty ślubnej na targach Figaja jest nieopłacalne. Decyzja o wystawieniu oferty na moich targach pozbawi wszelkich zniżek, rabatów i upustów zarówno w opłatach targowych, jak i w regulacjach za reklamie w jego wydawnictwie. Najciekawsze było to, że podczas tego spotkania "wtajemniczył" zgromadzonych w celowość tak podjętych decyzji. Ten program "antyfigajowy" miał na celu jednoznacznie doprowadzić moje wydarzenie do plajty. Jak nie będzie wsparcia dla pomysłu, to także ci, którzy zaplanowali udział w konkurencyjnych targach nie osiągną zamierzonych celów. Tylko totalne działanie może dać sukces tym, którzy poprą ideę rywala. Na drzwiach poznańskich salonów ślubnych zawieszone zostały plakaty zwiastujące targi "gościa". Kiedy klient wchodził do salonu i pytał: "A w tych targach wcześniejszych, znajdziemy waszą ofertę?" Odpowiedź: Na tych wcześniejszych to tam nic ciekawego nie będzie lub Te wcześniejsze chyba wcale się nie odbędą.

Czy w naszym kraju łatwo jest otworzyć i prowadzić firmę, czy raczej rządzący mają jeszcze dużo do zrobienia w tej kwestii?

Mają jeszcze dużo do zrobienia. Nie wystarczy namnożyć paragrafów bez pokrycia. Trzeba koniecznie do każdej spisanej prawem kwestii przypasować możliwości jej egzekwowania. Kiedy obywatel ma uzasadniony powód do wyjaśnienia niekorzystnej dla niego sytuacji, prawo powinno go wspierać, a nie witać na dzień dobry opłata skarbową, sądową czy jaką tam jeszcze plus utrudnienia dodatkowe.

Jeżeli stanowi się prawo, trzeba zadbać o zaplecze dla jego egzekwowania.

Najsmutniejsze jest to, że tak na co dzień zadane ujęte w przykładzie pytanie wzbudza współczucie i podsumowanie: dzisiaj jest ostra konkurencja, kto ma pieniądze, ma władzę. Do czego to ludzie nie są zdolni....

Tak po prawdzie znajduje, że w Polsce prawa autorskie są traktowane jako ten stwór do którego przyrównałem zjawisko reklamy dwadzieścia lat temu.
Podsumowanie: zawsze warto robić to, co się lubi i na własny rachunek.

Mariusz Figaj

Prowadzisz firmę? Opisz nam swoją historię i wygraj udział w elitarnej debacie! Weź udział w konkursie „Moja droga do wolności gospodarczej” i podziel się z nami swoimi doświadczeniami. Szczegóły tutaj.