Usuwanie wpisów szarlatanów na temat tego, że 5G wywołuje COVID-19, który to może zostać wyleczony witaminami (albo w ogóle nie istnieje), to dobry krok. Jest szansa, że dzięki nauce wyniesionej z tej kryzysowej sytuacji skutecznie pożegnamy się z samozwańczymi medykami zarabiającymi na swoich pseudomedykamentach.
Reklama
Co jest do tego potrzebne? Większa czujność i bliska współpraca państwa z gigantami technologicznymi. Czy dziś można sobie wyobrazić silniejszy sojusz? Okazało się, że media społecznościowe i wyszukiwarki jednak mogą mieć wpływ na to, co jest umieszczane na ich platformach. By poczuły tę odpowiedzialność bardziej niż wcześniej, potrzebna była naprawdę kryzysowa sytuacja. I o ile można się cieszyć, że różne instytucje ramię w ramię chcą walczyć z rozprzestrzeniającą się infodemią, o tyle należy też zastanowić się nad tym, co dalej.
Tak jak rządy zawsze odczuwają pokusę nieprzestrzegania dyscypliny budżetowej również po zakończeniu kryzysu, a zwolennicy popuszczania pasa zawsze się znajdą, tak w przypadku komunikacji i wolności słowa równie nęcącym narzędziem może stać się chęć zapanowania nad przekazem także po ustaniu pandemii. Może się wydawać, że granica między cenzurą a bezpieczeństwem informacyjnym jest bardzo klarowna: poglądy są dopuszczalne, a kłamstwa medyczne – nie. I choć dziś w kontekście koronawirusa wydaje się to jasne, to trzeba się liczyć z problemami w wyznaczaniu tych różnic w przyszłości.
Wystarczy przypomnieć, jak kontrowersyjne politycznie okazały się wytyczne WHO, będącej dziś jednym z koronawirusowych autorytetów, w kontekście wprowadzenia edukacji seksualnej w Warszawie. I tak jak w kontekście koronawirusa słuszne wydaje się ograniczenie miejsca na dyskusje na temat zasadności tych rekomendacji, o tyle pozbawianie ludzi możliwości polemiki z wytycznymi odnośnie do seksedukacji byłoby pogwałceniem wolności debaty.
Kolejne ryzyko to konflikt między władzą a technologią. Zablokowanie na Twitterze filmu, na którym prezydent Brazylii Jair Bolsonaro lekceważy chorobę, pokazuje, że serwisy mogą iść na wojnę z całymi rządami. Wojnę, której celem jest dziś zatrzymanie rozwoju epidemii. Ale w przyszłości walka może objąć inne kwestie. No i wciąż wydaje się, że legalnie wybrane władze mają silniejszą legitymację do informowania obywateli niż internetowe algorytmy. To ponadczasowe problemy. Monteskiusz już w XVIII w. pisał, że każda władza ma skłonność do rozrastania się, więc musi być równoważona. Już dziś warto pomyśleć o tym, jak równoważyć wpływy, które pozornie władzą nie są.
Rozsądna walka z fake newsami to także zadanie dla tradycyjnych mediów. Dziś słusznie chwalą się one tym, że korzystają z oficjalnych informacji i rekomendacji rządowych. To pomaga w utrzymaniu bezpieczeństwa. Jednakże sprowadzenie mediów do roli platformy rządowych przekazów samo w sobie może się okazać niebezpieczne. W końcu w demokracji jedną z głównych ról środków przekazu jest weryfikacja, a gdy to uzasadnione – kontestowanie oficjalnych informacji.