Pomimo coraz łatwiejszego dostępu do wiadomości wolimy zamykać się w informacyjnych bańkach.
Magazyn. Okładka. 11 października 2019 r. / Dziennik Gazeta Prawna
Niechętnie sięgamy po prasę, informacji nie szukamy już nawet na popularnych portalach w sieci, tylko zawierzamy Facebookowi czy Twitterowi. Często nawet nie czytamy, bo zasmakowaliśmy w memach – staliśmy się pokoleniem TL;DR (Too long; didn’t read, czyli „za długie; nie przeczytałem”). – Nastolatkowie koncentrują się na tytule i nagłówku, rzadko docierają do końca materiału. Starsi, choć starają się w całości czytać artykuły, z reguły nie zwracają uwagi na źródło informacji– tłumaczy Małgorzata Kilian, założycielka Stowarzyszenia Demagog, weryfikującego wypowiedzi polityków.
Reklama
Na dodatek zmienił się nasz sposób konsumowania informacji. Samo oglądanie czy czytanie, nawet pobieżne, już nie wystarcza, bo równolegle sprawdzamy zasłyszane czy przeczytane informacje w sieci albo komentujemy wydarzenia na portalach społecznościowych. – Ale uwaga człowieka jest w znacznej mierze linearna. Choć możemy jednocześnie rozmawiać i prowadzić samochód, to konsumpcja dwóch mediów w tym samym czasie powoduje, że na ogół przeoczamy dużą część informacji – mówi prof. Tomasz Gackowski, medioznawca z Uniwersytetu Warszawskiego.
W odbieraniu różnorodnych przekazów przeszkadzają nam też inne wrodzone uwarunkowania: lubimy te rzeczy, które znamy. Więc wybieramy te media, z przekazem których się zgadzamy. Zgodnie z badaniami psychologa Elliota Aronsona, potencjalna konfrontacja z faktami niepasującymi do naszej wizji powoduje niepokój, lęk, może wręcz wyzwolić agresję. – Mamy tendencję do upraszczania świata. Stereotypizujemy coraz więcej zjawisk, a technologia często nas w tym wspiera poprzez dopasowywanie treści do naszych zwyczajów czy zainteresowań – dodaje Gackowski.

Reklama

Jaką linię redakcyjną ma Facebook?

Platformy społecznościowe, uchodzące do tej pory za bezstronne przekaźniki, coraz częściej oskarżane są o preparowanie komunikatów docierających do użytkowników. – Pomimo obietnic Marka Zuckerberga technologia używana przez FB nie jest „przezroczysta”. Facebook zatrudnił kilkadziesiąt tysięcy osób do recenzowania treści umieszczanych w sieci. To budzi poważne wątpliwości, bo z pewnych pobudek ktoś decyduje się blokować konkretne komunikaty i konta. Pojawia się zatem pytanie o linię redakcyjną FB. Jeśli zostanie oficjalnie sprecyzowana, takie działania stają się zrozumiałe, ale w takim razie Facebook musi przestać udawać, że jest bezstronny, skoro ma dziennikarzy bądź cenzorów – ocenia prof. Tomasz Gackowski.
Jak podkreśla, zasady, którymi FB kieruje się w promowaniu czy blokowaniu treści, pozostają niejasne. – Polskie środowiska narodowe nie mogą liczyć na taką ekspozycję jak formacje lewicowe, zaś ostatnio w Hongkongu, w którym od miesięcy trwają antychińskie protesty, nie usuwano bardzo krytycznych wypowiedzi na temat polityki Pekinu, które w Europie byłyby blokowane. Portale społecznościowe ostrożnie informują o swojej polityce zarządzania treścią, gdyż zdają sobie sprawę, jak bardzo może to zrazić użytkowników – kontynuuje naukowiec.
Wpływ technologii na nas mógłby zostać ograniczony, gdyby nie kolejna ludzka cecha – lenistwo. Przeciętny internauta nie zdaje sobie sprawy, jak ważne jest regularne usuwanie ciasteczek (cookies) – w tych niewielkich plikach, które są zapisywane na dysku twardym komputera, zachowywane są informacje m.in. o naszych internetowych przyzwyczajeniach, które są odczytywane przy kolejnym wejściu na ulubioną stronę. W efekcie koncernom informatycznym łatwiej jest nas „rozgryźć” i dostarczyć nam np. wiadomości podobne do tych, które już oglądaliśmy.
Wiara, jaką mieli krytycy mediów tradycyjnych, będący zarazem entuzjastami internetu, który miał zwiększyć pluralizm informacyjny, okazała się mitem. Z jednej strony działalność setek redakcji, portali, blogów, vlogów, kanałów YT czy streamów powoduje, że każdy może wybrać to, z czym chce mieć do czynienia. Z drugiej – nasz wpływ na to, jakie informacje docierają do naszych uszu, wciąż jest bardzo ograniczony. Bo kontrolerem w dostępie do tematów stały się algorytmy decydujące o zasięgach. Ograniczenia w dostępie do rzetelnych informacji potęguje problem fikcyjnych kont, z którymi chcą walczyć serwisy społecznościowe. Dziś raporty kwartalne FB czy Twittera są okraszone informacjami o tym, ile kont usunięto. – Inwestorzy uznają to za dobre wskaźniki budowania wartość spółki – zauważa prof. Tomasz Gackowski.

Fake newsy się opłacają

Filtrowanie informacji oraz lenistwo poznawcze powodują, że zamykamy się w bańkach informacyjnych. Najchętniej korzystamy z zamkniętego, ograniczonego obiegu informacji oraz wymieniamy poglądy z osobami, które myślą podobnie do nas. Mamy wspólne autorytety, tematy, które uważamy za ważne, oraz tożsame poglądy. Na resztę patrzymy nieufnie. To z kolei powoduje, że łatwiej wierzymy w fake newsy. Bańka sprawia, że zamykamy się w obiegu tych informacji, z którymi się zgadzamy. Ludziom, którzy nie podzielają naszych poglądów, przypisujemy złe intencje, w związku z tym łatwiej dawać wiarę w demonizujące drugą stronę historie i plotki umacniające nas na naszym stanowisku.
Fałszywe informacje istnieją od zawsze. Pomijając propagandę polityczną działającą od zarania cywilizacji, pewnie niemal wszyscy słyszeliśmy opowieść sprzed lat o czarnej wołdze porywającej dzieci. Dziś równie dużą popularnością cieszą się znacznie szybciej rozprzestrzeniane informacje o masowych powikłaniach poszczepiennych czy strach przed technologią 5G. – Przed erą internetu i mediów społecznościowych mieliśmy kilka najważniejszych tytułów, uchodzących za najbardziej prestiżowe. Teraz każdy sam może kreować treści, a ich zasięg jest dużo większy ze względu na algorytmy wspierające nacechowane emocjonalnie przekazy. Poza tym dziś, oprócz korzyści politycznych, dużo ważniejszy okazuje się cel finansowy. Projekty internetowe zarabiają poprzez kreowanie ruchu na stronie i płatne reklamy. Fake newsy mogą się opłacać – zauważa Małgorzata Kilian.
Sięganie do darmowych źródeł internetowych jest jedną z głównych przyczyn kryzysu prasy. Jednak pomimo lawinowego spadku czytelnictwa to one wciąż w dużej mierze nakręcają funkcjonowanie medialnego obiegu. To głównie prasa odpowiada za nagłośnienie największych skandali ostatnich lat. Dziennikarstwo śledcze wymagające długotrwałej pracy i ewentualnej ochrony ze strony redakcji podczas procesów sądowych okazuje się jednak w obliczu walki o odbiorcę coraz bardziej nierentowne.
To powoduje, że redefinicji ulega postrzeganie mediów jako czwartej władzy, która kontroluje rządzących, ustawodawców i sędziów. Choć redakcje są obecne w internecie i dostarczają materiały stające się ważnym elementem debaty, to szeroko rozumiane sprawy publiczne są jedynie kroplą w morzu przekazu internetowego. – Obserwując zmiany w zachowaniach nowych pokoleń, można stwierdzić, że polityka jest dla nich potwornie nudna. Nie jest w stanie wykrzesać większego zainteresowania szerokiej grupy ludzi. Przeciętni wchodzący w dorosłość użytkownicy zaspokajają w sieci własne potrzeby tożsamościowe w inny, niepolityczny sposób, np. poprzez sport, muzykę, modę. Przez to rola kontrolna mediów zanika – ocenia prof. Gackowski.

Walka z fałszywkami

Paradoksalnie nadzieją współczesnych mediów może okazać się ich największa zmora – czyli internet i platformy cyfrowe. Szansą na oczyszczenie debaty publicznej z fałszywych informacji i poprawy jej jakości są projekty fact-checkingowe, weryfikujące informacje pojawiające się w sieci. Mogą one stanowić uzupełnienie pracy tradycyjnych mediów, ale ich nie zastąpią. – Nie wykonujemy pracy dziennikarskiej. Nasze działania wymagają pewnego śledztwa, ale zdecydowanie praca dziennikarza śledczego jest o wiele bardziej skomplikowana. Praca, którą wykonują fact-checkerzy, pozwala na tworzenie większych i lepszych materiałów medialnych – uważa Małgorzata Kilian.
Metodą na problemy finansowe mediów może być natomiast rozpropagowany przez Spotify czy Netflix model mikropłatności. Zamiast szukać nielegalnych treści w sieci, wolimy zapłacić abonament. Podobnie może być z prasą. – Tak jak kiedyś gazety dodawały do wydań rozmaite gadżety, tak w przyszłości może dojść do pakietowania dziennikarstwa z innymi usługami – np. dostępem do platformy z filmami czy biletami do kina. Tak zresztą już się dzieje w Stanach – prognozuje prof. Gackowski. – Media mogłyby się też łączyć w większe konglomeraty i zapewniać dostęp do bardzo szerokich treści. Netflix nie zarabia na ambitnych produkcjach, lecz na tym, że ma tak dużo materiałów, iż każdy jest pewien, że znajdzie coś dla siebie – dodaje.
Instytucje międzynarodowe i rządy poszczególnych państw również zdają się być coraz bardziej świadome zagrożenia płynącego z dezinformacji. Odpowiedzią ma być edukacja i zaangażowanie internetowych gigantów. W ubiegłym roku UNESCO wydało podręcznik do edukacji medialnej skierowany do nauczycieli i dziennikarzy. – Walka z fałszywkami będzie możliwa jedynie w wyniku współpracy między organizacjami międzynarodowymi i instytucjami państwa a koncernami medialnymi i cyfrowymi oraz trzecim sektorem, czyli stowarzyszeniami czy fundacjami – twierdzi Małgorzata Kilian. Powołuje się przy tym na polski przykład. – Stowarzyszenie Demagog współpracuje z FB. Od września sprawdzamy informacje, które mają bardzo duży zasięg i są zgłaszane jako fałszywe. Po naszej weryfikacji, jeśli okażą się fałszywkami, ich zasięg jest ograniczany, a profile, które notorycznie publikują takie treści, mogą zostać zablokowane – dodaje. I choć pojawiają się oskarżenia o cenzurę, to Demagog sprawdza te informacje, które są weryfikowalne – nie zajmuje się opiniami, lecz mierzalnymi danymi, np. przytaczaniem przez polityków błędnych statystyk.