Masz kredyt we frankach, który zrujnował życie twojej rodziny? Zamiast liczyć na polityków, idź do sądu. Kształtująca się linia orzecznicza daje nadzieję setkom tysięcy nabitych w kredyty walutowe
Reklama
Wrześniowy wyrok Sądu Najwyższego, który potwierdził, że przeliczanie na franki umów kredytowych jest niedowolone, pozwala mieć nadzieję, że nie wszystko stracone. Że klienci banków nie będą musieli płacić lichwiarskiej ceny za te niby „produkty bankowe”, które im wciśnięto, często w podstępny, oszukańczy sposób. Że reszta podatników, czyli społeczeństwo, nie będzie musiała się składać na to, aby uratować ich budżety. I jeszcze, co ważne, że państwo polskie nie będzie stawiane w roli zakładnika dwóch stron. Pokrzywdzonych obywateli z jednej, a międzynarodowych korporacji finansowych z drugiej. Wystarczy stosować prawo. Które istnieje. I które już w tej kwestii zaczyna działać.
Ale żeby tak się stało, potrzeba zaufania do polskiej Temidy. I tego, żeby owi Frankowie zamiast na demonstracje, pobiegli do okienka podawczego w sądzie – złożyć pozew. Jeśli tak się stanie, instytucje finansowe same będą prosiły polityków, żeby wprowadzili odgórne regulacje. Bo w przeciwnym razie padną na kolana. Może nie dziś, nie jutro, ale za trzy czy cztery lata.
Trochę prawniczego slangu
Orzeczenie Sądu Najwyższego z 8 września 2016 r., z którym wielkie nadzieje wiążą i prawnicy, i klienci banków, nosi sygnaturę II CSK 750/15 i dotyczy sprawy, która na pierwszy rzut oka mogłaby się wydawać przegrana. Ot, człowiek miał kredyt indeksowany we frankach szwajcarskich, wzięty, kiedy złoty był na historycznych wyżynach. Kiedy kurs złotego spadł, wzrosła rata kredytu – do poziomu, że klient nie był w stanie jej płacić. Wydawałoby się, że jest pozamiatane: kredytodawca wystawił bankowy tytuł egzekucyjny (kredyt pochodzi z czasów, kiedy BTE jeszcze działał), zobowiązanie zostało postawione w stan wymagalności. Jednak przedsiębiorca zdecydował się na drogę sądową. Odwoływał się. Kwestią sporną było nie to, czy ma spłacać kredyt, ale w jakiej wysokości. Oraz to czy wyliczenia banku są prawidłowe.
SN stwierdził, że nie. Dlaczego? Nie ma jeszcze pisemnego uzasadnienia, ale w ustnych motywach sędziowie wskazali, że bank stosował klauzule niedozwolone. Bo najpierw przeliczał wartość udzielonego kredytu po arbitralnie ustalonym przez siebie kursie franka (po cenach kupna z dnia uruchomienia kredytu), a potem liczył raty miesięczne według kursu sprzedaży tej waluty w dniu spłaty. A tak nie wolno robić. Zwłaszcza że nie zostało to indywidualnie uzgodnione ze stronami. A to, jak podkreśla mec. Dawid Biernat, oznacza, że punkt umowy mówiący o indeksacji kredytu w szwajcarskiej walucie jest niewiążący w stosunku do klienta i wyeliminowany z umowy. Co otwiera drzwi wszystkim, którzy podpisali podobne umowy.
Prawdą jest, że uchwały interpretacyjne SN – jeśli nie uzyskały rangi zasady prawnej – formalnie wiążą tylko w sprawie, w związku z którą zostały podjęte. Ale są wytyczną dla sądów niższej instancji, w jaki sposób patrzeć na przepisy prawa. W dodatku w tym konkretnym przypadku SN zauważył, iż wpisanie do rejestru klauzul nie wyłącza powództwa o uznanie za niedozwolone postanowienia tej samej treści normatywnej, stosowanego przez przedsiębiorcę niebędącego pozwanym w sprawie, w której wydano ten wyrok. Czytaj: każdy, kto znalazł się w podobnej sytuacji, może się poskarżyć i liczyć na to, że SN orzeknie w ten sam sposób. Co to w praktyce oznacza? Orzeczenie SN jest początkiem drogi, ale na jej końcu widać jasne światło. Mając w kieszeni taki wyrok – że przeliczanie złotówkowego kredytu według wyjętej z bankowego kapelusza tabeli kursów jest praktyką niedozwoloną – klient banku jest w połowie wygranej wojny. Ale żeby mieć zwycięstwo w kieszeni, powinien wybrać odpowiednią dla siebie strategię.
Ta najprostsza polega na tym, że może składając sądowy pozew obstawać przy stanowisku, iż jeśli punkt umowy mówiący o przeliczeniu kredytu na franki jest niewiążący dla stron, to on faktycznie wziął kredyt złotówkowy. Dlatego właśnie w złotych powinien go spłacać. Poprosić sąd, by wyliczył mu jego zobowiązania w polskiej walucie – uwzględniając dzień, w którym go wziął. Plus WIBOR. Odejmując od kwoty spornej to, co już zapłacił – także według kursu złotego, nie franka. Po prostu – ustalić reguły gry na przyszłość.
Drugą możliwością jest próba zakwestionowania ważności całej umowy kredytowej. Z tego powodu, że pożyczki indeksowane w obcej walucie, jakie były udzielane przez banki, nie są produktem mieszczącym się w ustawie o prawie bankowym. Jej art. 69 mówi (przekładając to na język zrozumiały dla zwykłego człowieka, nieprawnika), że kredyt polega na tym, iż bank przekazuje jakąś kwotę klientowi, a ten zobowiązuje się ją zwrócić w określonym terminie – wraz z odsetkami i kosztami, np. marży bankowej. Przy czym klient musi wiedzieć, ile będzie musiał zapłacić. Jeśli nie wie, jeśli kapitał skacze w górę, niczym pasikonik, w sposób niemożliwy do przewidzenia, to nie jest żaden kredyt, ale zakład. Gra giełdowa. Instrument pochodny.
Przy czym, jak zastrzega mec. Dawid Biernat, takie postawienie kwestii – że cała umowa jest od początku do końca nieważna – ma „haczyki”. Bo jeśli tak, to kredytobiorca, na którego konto wpłynęły jakieś pieniądze z tytułu kredytu, został bezpodstawnie wzbogacony. Więc powinien je oddać. Bank może sobie zażyczyć, aby zrobił to bezzwłocznie. Tyle że owa instytucja finansowa, której klient wpłacał na konto raty z tytułu spłaty owego nieważnego kredytu, także się bezpodstawnie wzbogaciła. Zysk dla klienta byłby taki, że co prawda musi oddać całą kwotę, ale nie indeksowaną w walucie, ale liczoną w złotych. Więc np. dwa razy niższą, niż by to wynikało z bankowych przeliczników. Może się jednak postarać o zrefinansowanie jej w innym banku, na lepszych zasadach. – Ale znam sytuację, kiedy bank, w którym spierający się z nim klient miał kredyt indeksowany we frankach, sam zaproponował jego refinansowanie w opcji złotówkowej – opowiada mec. Biernat.
W tej strategii jest jeszcze opcja, że – jeśli kredyt został udzielony przed co najmniej trzema laty – można wnioskować do sądu, aby uznał, iż owo bezpodstawne wzbogacenie się klienta wobec banku uległo przedawnieniu. Bo zgodnie z prawem bank na takie roszczenie ma trzy lata. To by oznaczało, iż klient nic nie jest winien bankowi. Oczywiście taki sposób myślenia może zostać zakwestionowany przez sąd jako sprzeczny z zasadami współżycia społecznego. Choć niekoniecznie, gdyż to bank w stosunkach z klientami jest stroną silniejszą, ma do dyspozycji nieograniczone środki i armię prawników. Więc jeśli przeoczył ten termin, to jego strata.
Trzy miliony czekają
Tak czy inaczej – warto spróbować. Gdyż oprócz tego orzeczenia SN mamy już całe mnóstwo wyroków sądów niższej instancji, które szły podobnym tokiem myślenia – przychylnym kredytobiorcom. Najwięcej spraw dotyczy nieważności klauzuli indeksacyjnej (bo to wygodniejsze dla klienta), ale są i takie, które kwestionują ważność całej umowy.
– Dziś sądy coraz częściej stają po stronie kredytobiorców – przyznaje Mariusz Zając ze stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu. Takich organizacji skupiających osoby czujące się pokrzywdzonymi przez zasady, na jakich banki udzieliły im kredytu walutowego, można liczyć w dziesiątki. Ale trudno się dziwić, bo kredytów indeksowanych w obcych walutach w ostatniej dekadzie przyznano 750 tys. Przy czym kredytobiorców jest dwa razy więcej, bo na jeden kredyt przypada po kilka osób. To małżeństwa, ale także wspólnicy zaciągający zobowiązanie na budowę domu wielorodzinnego. Jeśli się do tego doliczy wszystkie osoby zainteresowane – np. dzieci, wnuki, przyszłych spadkobierców, to się okaże, że w walutową pułapkę bankową wpadły ze 3 mln Polaków.
Do niedawna wydawało się im, że jedynym ratunkiem w ich kiepskiej sytuacji są politycy. Zwłaszcza że ci, jeszcze przed rokiem, w ogniu kampanii wyborczej, nie szczędzili obietnic. Każdy głos na wagę złota, a zdesperowani ludzie liczą się podwójnie – są w stanie przekonać do swojego kandydata pięć innych osób. I pójdą do urny. Stało się, jak się stało. Projekt ustawy społecznej dotyczącej kredytów walutowych ugrzązł i nie ma większych szans, aby wydobyć go z politycznego błota. Rządowy projekt de facto nie istnieje. Prezydencki, dotyczący głównie bankowych spreadów, jest przyrównywany przez zainteresowanych do carskiego ukazu stanowiącego abolicję dla złodziei. – Jeśli ukradziono ci portfel wraz z pieniędzmi, kartami kredytowymi, dokumentami, masz się zadowolić tym, że grabieżca odda ci połowę środków. I niech ci nie przychodzi do głowy, aby się na to skarżyć – podsumowuje Zając. Jego zdaniem, ale też według opinii wielu prawników, ekonomistów i osób „nabitych w kredyt” najlepiej by było, gdyby państwo dało sobie spokój z próbami odgórnej regulacji tego problemu. Zwłaszcza że w stosunku do globalnych korporacji finansowych jest stroną słabszą.
Moi rozmówcy dają przykład ustawy prezydenckiej w sprawie kredytów walutowych. Dosłownie z godziny na godzinę zmieniły się jej najważniejsze punkty. Spready, które w uzasadnieniu projektu określane są jako nielegalne, w samej treści potraktowane zostały dużo łagodniej. Ma zostać zwrócona ich część. Pod pewnymi warunkami. Choć niekoniecznie. – Jestem pewien, że te zapisy nie powstały w Kancelarii Prezydenta – stawia tezę Mariusz Zając. Więc gdzie? W siedzibie Związku Banków Polskich? W międzynarodowej kancelarii prawniczej?
Prof. Mariusz Andrzejewski, dziekan Wydziału Finansów i Prawa Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, prosi, żeby nie snuć spiskowych teorii. Ale prawdą jest, że duże organizacje finansowe mają o wiele większą siłę lobbystyczną niż zwykli zjadacze chleba. Zapewne udało im się przekonać doradców prezydenta, by zrezygnował z surowszego potraktowania tematu. Profesor Andrzejewski uważa, że propozycja kursu sprawiedliwego mogła być dobrym rozwiązaniem problemu od strony ekonomicznej, ale być może pojawiły się wątpliwości natury prawnej. Tak więc pozostawienie sądom rozwiązywania sporów na temat ważności kredytów indeksowanych w obcych walutach jest lepszym rozwiązaniem niż proponowane odgórne regulacje, szczególnie że dotyczą one tylko spreadów.
Wycinki z kroniki sądowej
Wysyp kredytów walutowych zaczął się w okolicach 2006 r. Wtedy wszyscy jeszcze wierzyliśmy, że złoty jest mocny i nic tego nie zmieni. Atmosfera zaczęła się psuć dwa lata później, kiedy także do naszego kraju nad Wisłą zawitał światowy kryzys finansowy. Nie ma potrzeby, żeby tutaj przytaczać jego genezę – wszyscy ją dobrze znamy. Banki, które wczoraj wpychały klientom do gardeł kredyty, zaczęły się bać, czy ci są w stanie je spłacić. Zaostrzały kryteria, stawiały w stan wymagalności kredyty, zwłaszcza że ich hipoteczne zabezpieczenia przestały cokolwiek chronić. Nagle się okazało, że wartość nieruchomości, na którą został uruchomiony kredyt, stała się kilkakrotnie niższa niż kwota pożyczki, za którą ją kupiono. Część klientów, ta większa, wciąż płaciła, choć płakała. Nieliczni zaczęli składać pozwy sądowe. I odchodzili z kwitkiem. Głównie z tego powodu, jak tłumaczą moi rozmówcy, że sytuacja dla wszystkich – dla klientów, ich adwokatów oraz sądów, była zupełnie nowa. Napotykając na mur świetnie przygotowanych działów prawnych zatrudnianych przez finansowe korporacje, nie radzili sobie.
– Pierwsze pozwy, te z lat 2011–2012, były po prostu źle przygotowane – przyznaje Mariusz Zając. Te późniejsze, których wyroki są właśnie ogłaszane, były o wiele bardziej profesjonalne. Zarówno klienci, jak i ich reprezentanci prawni, wiele się nauczyli. Sądy także odrobiły lekcję. W sukurs ich dążeniom poszły orzeczenia UOKiK i prawnych instytucji europejskich. Nagle oczywiste stało się, że sąd nie może uznać za ważną umowy, której abuzywność została stwierdzona w wyższej instancji. Pojawiły się wyroki kwestionujące omnipotencję bankowych bogów. Sąd w Szczecinie był jednym z pierwszych, który się odważył sprzeciwić pomysłom dużej instytucji finansowej na biznes. Potem były kolejne orzeczenia, jedno z ostatnich zapadło we Wrocławiu, od niego bank się nie odwołał, przez co stało się prawomocne. Ich zasadnicza formuła sprowadzała się do tego: „Stwierdzenie abuzywności konkretnych postanowień umownych rodzi taki skutek, że postanowienia te nie wiążą konsumenta ex tunc i ex lege (z mocy prawa - przyp. red)”, (wyrok Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia w Warszawie, z 29 kwietnia 2016 r., sygn. akt VI C 1713/15.)
Ale co z tego, kiedy uwikłani w walutowe kredyty wciąż wolą płakać w poduszkę, emigrować na Wyspy, niż dochodzić swoich praw przed sądami. Nie ufają, że coś mogą wywalczyć. Boją się, że koszty postępowania sądowego będą tak duże, że zniszczą ich finansowo. Zwłaszcza że ów ostateczny, prawomocny wyrok może się odwlec w czasie. Windykator ciśnie. Trzeba żyć. Ale jak?
Historia naiwności ludzkiej
W debacie publicznej nieraz pojawia się argument, że osoby, które wzięły kredyt indeksowany w obcej walucie, to cwaniaki, ludzie zamożniejsi niż średnia krajowa, którzy chcieli najpierw zaoszczędzić na racie, żeby kupić sobie wymarzony domek, a teraz domagają się od państwa-sądów-i-nie-wiedzieć-od-kogo-jeszcze jakichś specjalnych względów. Ale to nie tak. Gros tych kredytów dotyczy osób nawet nie ze średniej klasy, ale co dopiero do niej aspirujących. Tak, marzyli o własnym mieszkaniu, może domku, a reklamy przekonywały, że to wszystko jest na wyciągnięcie ręki. W dodatku ludzie wierzyli bankom. Na ich lep dali się także naciągnąć przedsiębiorcy. Opowiem historię Krzysztofa (imię i wszelkie okoliczności na prośbę mojego rozmówcy zostały zmienione), niegdyś zamożnego biznesmena. To, jak sam zauważa, jest historia ludzkiej naiwności w pigułce. Ale kto by jej nie połknął – otoczka była słodka.
Krzysztof sprzedał w 2007 r. część prosperującej firmy i zastanawiał się, jak ulokować pieniądze. Z pomocą pośpieszył mu bank, z którym współpracował. – Bardzo chcieli się dorwać do tych pieniędzy – konstatuje dziś. Jako tzw. VIP miał „zaufanego” doradcę, który zaczął namawiać go na ulokowanie gotówki w nieruchomościach. Bo przecież na ziemi można tylko zarobić. Zwłaszcza że działka, którą podsuwała mu pod nos spółka o egzotycznej nazwie, powiązana osobą właściciela z jego bankiem, była perspektywiczna. Właśnie był dla niej przygotowywany plan zagospodarowania przestrzennego, dlatego miała za chwilę przynajmniej potroić wartość. Co poświadczali eksperci i przedstawiciele firm właściciela rzekomo współpracujący z samorządem, którzy się z nim spotykali. Wyliczali korzyści: jak już plan będzie, spółka zajmie się podziałem ziemi na działki, kilka z nich się sprzeda, co sfinansuje cały kredyt, a on, sprytny nabywca, będzie do przodu. Brzmiało atrakcyjnie, ale Krzysztof zrobił zastrzeżenie: nie chcę kredytu w walucie, w której nie zarabiam. Ludzie z banku na wszystko się zgadzali. I wszystko było dogadane. Podpisał umowę przedwstępną, zapłacił 300 tys. zł zadatku właścicielom gruntu, którzy przedstawiali się jako przykład profesjonalnego podejścia banku (dziś jest skłonny podejrzewać, że to była ustawka, ludzie ci byli związani z jego doradcą i szukali naiwniaka, który uwolni ich od nietrafionej inwestycji). I na pięć minut przed umówionym terminem podpisania umowy o kredyt opiewający na 1,5 mln zł dowiedział się, że bank nie udzieli mu go w złotych, tylko we frankach szwajcarskich. – Gdybym zrezygnował, straciłbym te 300 tys. Ludzie z banku stosowali niesamowitą presję na mnie, na moją rodzinę – opowiada. Jeden z nich wziął się za niego: robił prezentacje, przekonywał, że pokazywane mu dane są poufne, znane tylko finansistom: frank dołuje i przez następne lata będzie spadał. Drugi wziął na tapetę jego żonę. Urabiał ją. Przekonywał: grunty obok waszej ziemi kupili Holendrzy, oni wiedzą, o co chodzi. Będziecie bogaci. Zgodzili się – wzięli ok. 650 tys. franków szwajcarskich. Wówczas była to kwota ok. 1,3 mln zł. Ale tak się dziwnie złożyło, że umowa została klepnięta, kiedy frank był w najniższej kondycji: 1,97 zł. – Po paru miesiącach okazało się, że nie ma żadnego planu zagospodarowania, faceta, który był naszym doradcą od ziemi i miał wszystko załatwić, zwolniono, spółkę, która pośredniczyła w sprzedaży gruntu, zlikwidowano – relacjonuje Krzysztof. Rata z niespełna 7 tys. zł miesięcznie skoczyła do 15 tys. Kiedy przestał się wyrabiać finansowo ze spłatami kredytu, sprzedał ziemię, którą kiedyś kupił, żeby wybudować dom dla rodziny. Wtedy przyszło otrzeźwienie. Refleksja.
– Namówili nas na równe raty, co oznacza, że najpierw spłaca się odsetki, a suma kredytu pozostaje bez zmian – opowiada. Wcześniej oprocentowanie wydawało się korzystne, bo 4,2 proc. w stosunku do złotówkowego 8,5 proc. Ale do tego dochodziło ubezpieczenie – 1 proc. oraz spread – 8 proc. Razem 13,2 proc. I jeszcze ryzyko walutowe. – Do dziś spłaciłem już kwotę w wysokości 1,6 mln zł. Zostało mi jeszcze jakieś 1,3 mln. Na dziś, bo kredyt będę spłacał przez 22 lata. Nie wiem dokładnie, ile mam zapłacić, bo bank nie chce ze mną rozmawiać. Nie odpowiada na pisma, nie odbiera telefonów – opowiada Krzysztof. Płaci co miesiąc ratę, jak niewolnik. I jak niewolnik, nie zna daty wyzwolenia. To, co go najbardziej wkurza, to jego naiwność na starcie tego bankowego romansu. Bo ten grunt, który zdaniem bankowych rzeczoznawców był wart kilka milionów złotych, dziś można sprzedać za niecałe 400 tys. – Gdybym wiedział o bankach to, co dziś, zrobiłbym operat i nie obgryzał teraz paznokci. Ale ja wierzyłem, że jeśli ktoś ma tytuł rzeczoznawcy, to mnie w taki prymitywny sposób nie oszuka – kończy opowieść Krzysztof.
Powiecie, czytelnicy drodzy, że na biednego nie trafiło. Da sobie radę, a jeśli nie, to niech sczeźnie. A co z innymi. Rozmawiam z byłą dyrektorką okręgową (miała pod sobą kilka oddziałów regionalnych) jednego z największych banków komercyjnych. Mówi mi: czy zdaje sobie pani sprawę z tego, ile rent i emerytur jest zajętych przez postępowania komornicze? Czy wie pani, jak łatwo pracownikom banków oszukać system, żeby tylko dać klientowi kredyt, którego on sam – gdyby znał konsekwencje – nigdy by nie wziął? Czy zdaje sobie pani sprawę, jak bardzo ci ludzie są zmotywowani, by wcisnąć produkt parabankowy komukolwiek, nawet swojemu dziadkowi?
Co zrobić z tym trupem w szafie?
Już wiemy, że na systemowe regulacje raczej nie należy liczyć. I może dobrze, gdyż politycy są łatwym celem nacisków międzynarodowych gangów, zwanych także korporacjami. Nie chcecie caracali? Zobaczymy, jak się wam spodoba fakt, że restrukturyzacja długów jednej z waszych spółek górniczych się nie uda. I tak dalej. Prawnicy, w zależności od swojego umocowania, od spraw, w których się specjalizują, przekonują do różnych rozwiązań. Mecenas Dawid Biernat uważa, że niemal każdą umowę o kredyt walutowy można podważyć – zgodnie z prawem.
Ścieżka została wydeptana. Ale jako że każdy przypadek jest inny, także trzeba je traktować jednostkowo. Są także adwokaci, którzy namawiają klientów do wstępowania na drogę pozwów zbiorowych. To także niegłupi pomysł: umowy, według których „krojono” chętnych, były formułowane zwykle według jednego zbioru. Tylko czy faktycznie należy wszystko zostawić sądom oraz ich niezawisłym wyrokom? Czy państwo nie powinno mieć tutaj nic do powiedzenia? Jeśli odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi głośnym tak, to w przypadku drugiego już nie jestem taka pewna. Mecenas Roman Rewald, partner w firmie prawniczej Weil, Gotshal & Manges, przekonuje, że remedium na walutowy problem i konflikt na linii klient-bank-państwo jest mediacja. Prowadzona przez niezależny – od rządu oraz banków – ośrodek. Kto mógłby się podjąć takiego zadania? Zdaniem mec. Rewalda takich instytucji jest wiele, choć on sam rekomendowałby Centrum Mediacji Lewiatan, które tworzył. Ale nie będzie się upierał. Ministerstwo Sprawiedliwości ma program, w ramach którego w najbliższym czasie ma powstać ponad 30 regionalnych centrów mediacji, które będą działały według tych samych procedur i zasad. I to one mogłyby rozstrzygać sporne kwestie pomiędzy bankami a klientami. Kwestią zasadniczą jest tutaj zaufanie, wiara w to, że mediator nie ma interesu, aby występować czy to w imieniu instytucji finansowej, czy to klienta. – I jeszcze jeden warunek: wszystko, co ustalą, będzie zachowane w tajemnicy – mówi mec. Rewald.
Jednak kolejne kwestie, jakie stawia, są już trudniejsze do przyjęcia. Bo jego zdaniem warunkiem sine qua non miałoby być to, że strona rządowa zobowiązałaby się do tego, aby nigdy nie regulować kwestii kredytów walutowych odgórnie. – Jednak banki nie chcą siadać do stołu ze swoimi klientami. Dogadywać się. Czekają, co się wydarzy, kupują czas – zauważam. Mecenas Rewald się zgadza: tak właśnie jest. Podobnie było w Chorwacji, gdzie mediatorom udało się doprowadzić do kilku rozstrzygnięć satysfakcjonujących zarówno banki, jak i ich klientów. Tylko te ustalenia nigdy nie weszły w życie, bo sprzeciwiły się im centrale banków. Z tego powodu, że się bały, iż rząd chorwacki wprowadzi jakieś odgórne regulacje. I kiedy instytucje finansowe zechcą się im sprzeciwić, oddając sprawy pod międzynarodowy arbitraż, ich pozycja negocjacyjna spadnie w związku z takimi ustępstwami. – Okazało się, że te obawy nie były wymyślone, bo Chorwacja przerzuciła koszty przewalutowania kredytów frankowych na banki – kończy Rewald.
Jak pójdą sprawy przed tymi międzynarodowymi trybunałami – jeśli nasz rząd zdecyduje się ustawowo rozstrzygnąć kwestię walutowych kredytów – nie jest dziś tak oczywiste, jak to się jeszcze kilka miesięcy temu wszystkim wydawało. Przegrana Deutsche Banku w starciu z amerykańskim regulatorem zwiększyła ryzyko, że arbitraż międzynarodowy nie pójdzie całkiem po myśli instytucji finansowych. I także z tego powodu Roman Rewald będzie się upierał przy rozwiązaniach mediacyjnych. Bo to dodatkowa motywacja dla zainteresowanych. – A instytucje nadzoru finansowego mają instrumenty, żeby je do tego tym bardziej skłonić – jest pewien.
Zadanie jest ogromne
Ta motywacja, ale też owe instrumenty w rękach administracji rządowej są niewystarczające. Nie tylko moim zdaniem. Wielkie firmy międzynarodowe, mające wielkie pieniądze i jeszcze większe wpływy, raczej nie będą skłonne do ustępstw tylko z tego powodu, że ktoś je o to poprosi. Nie mają najmniejszego zamiaru siadać do stołu z klientami – nawet jeśli ci dysponują korzystnymi dla siebie rozstrzygnięciami prawnymi. Odwołują się, zwlekają w nieskończoność. Kupują czas, zarabiają pieniądze. I wciąż robią to, co robiły. Dlaczego? Bo mogą. Jak skwitował kiedyś prezes jednego z dużych międzynarodowych banków: jego pracodawcy są za granicą i mają konkretne wymagania. A polskie regulacje są takie, że on może te wymagania bez problemu spełniać. Gdyby były inne, zastanowiłby się, jak działać. Żeby była jasność – to nie jest tylko polski problem. Kilka dni temu portal Wikileaks ujawnił, że Hillary Clinton zapewniła wielkie banki, że nikt ich nie będzie regulował poza nimi samymi.
To, że wielcy – jak by się wydawało – politycy opuścili ręce, nie znaczy, że jesteśmy bezsilni. Mamy swoje prawo. Mamy swoje niezawisłe sądy. Mamy prawników. Mamy, wreszcie, swoje państwo. Które, nawet jeśli nie może z tysiąca różnych powodów powiedzieć „no pasaran” instytucjom, które są od niego potężniejsze, to może zrobić przynajmniej jedną rzecz. Dodać odwagi. Klientom banków, ale także prawnikom. Adwokatom i sędziom.
Profesor Andrzejewski widzi to tak: jeśli zostało ustalone prawomocnymi wyrokami, że wybrane klauzule w umowach kredytowych są niedozwolone, to należy zachęcać osoby, które się czują nimi pokrzywdzone, do wstępowania na drogę sądową. A państwo powinno ułatwić jej przejście. Na przykład tak, że lista abuzywnych klauzul będzie dostępna w prosty sposób na stronie resortu sprawiedliwości. Wraz ze wzorem pozwu. – Tak, aby każdy kredytobiorca mógł – przeczytawszy wreszcie swoją umowę, stwierdzić, który z jej punktów jest niedozwolony. Odhaczyć stosowne okienka i wysłać, najlepiej w formie elektronicznej, pozew do sądu – tłumaczy profesor. Gdyż, jak mówi, to, czego klientom banków, ofiarom kredytów indeksowanych w obcych walutach, najbardziej trzeba, to odwagi. I poczucia, że ktoś się za nimi ujmie. A jeśli będzie wytyczony pewien schemat postępowania, to każdemu będzie łatwiej zwrócić się do wymiaru sprawiedliwości o decyzję w swojej sprawie. Powinno to spowodować, że już w pierwszych miesiącach do sądów spłynie nawet kilkadziesiąt tysięcy pozwów, a w ich rozstrzyganiu będzie sędziom potrzebny tylko jeden dowód w sprawie – treść umowy o kredyt. Zdaniem Andrzejewskiego wyroki w takiej procedurze powinny zapadać szybko, gdyż nie trzeba będzie przesłuchiwać świadków lub czekać na ekspertyzy prawnicze. Idąc dalej w teoretycznych rozważaniach, prof. Andrzejewski zauważa, że skrajne, ale może najlepsze, byłoby wszczęcie, z powództwa publicznego np. przez prokuratora generalnego, postępowań sądowych sprawdzających abuzywność wszystkich umów o kredyty walutowe. Zadanie jest ogromne, ale możliwe do wykonania.
Jeśli będzie wytyczony schemat postępowania, to łatwiej zwrócić się do wymiaru sprawiedliwości o decyzję. Powinno to spowodować, że już w pierwszych miesiącach do sądów spłynie kilkadziesiąt tysięcy pozwów, a w ich rozstrzyganiu będzie potrzebny tylko jeden dowód w sprawie – treść umowy o kredyt