Gábor Oblath krytykuje rząd Viktora Orbána m.in. za wprowadzenie podatku liniowego. I przestrzega Warszawę przed powtarzaniem rozwiązań z Budapesztu
Jak wyglądała sytuacja gospodarcza Węgier wiosną 2010 r., gdy Fidesz obejmował władzę?
Rząd Viktora Orbána przyszedł po bardzo poważnym kryzysie. Węgry były najbardziej zadłużonym członkiem UE w regionie. Wysoki był zarówno dług publiczny, jak i prywatny. W 2008 r. musiały skorzystać z pomocy MFW, ponieważ mocno spadły rezerwy walutowe, co przy wysokim długu groziło niewypłacalnością. Dzięki temu sytuacja się trochę uspokoiła, lecz nadal pozostawała trudna. Ale do czasu, kiedy Orbán objął władzę, duża część działań związanych z opanowywaniem kryzysu została zakończona. Orbán chciał mieć większe pole manewru w rozmowach z Brukselą w sprawie deficytu w 2010 i 2011 r. – chciał, by można było go zwiększyć. To pewnie zostałoby zaakceptowane, ale akurat zaczynał się kryzys w Grecji i Bruksela chciała pokazać, że trzyma się planów. Orbán zatem zapowiedział, że aby trzymać się uzgodnień, wprowadzi podatki od banków, a później także kolejne specjalne podatki.