Już w 2005 r. największe banki działające w Polsce chciały zakazu udzielania kredytów walutowych. Mimo to nie stroniły od nich.
Związek Banków Polskich opublikował „Białą księgę kredytów frankowych w Polsce”. I zamieścił w niej wiele dokumentów pokazujących, jakie stanowisko miały banki w sprawie pożyczania w walutach obcych. Z pism wynika, że już w 2005 r. – a więc krótko przed okresem największej popularności kredytów tego typu – i Komisję Nadzoru Bankowego, i samych bankowców zaczęło niepokoić narastanie akcji kredytowej w obcych walutach. Generalny inspektor nadzoru bankowego zapowiadał rychłe przyjęcie rozwiązań, które zablokują ten proces. Z kolei ZBP powołał zespół roboczy, który miał wypracować kompromisowe propozycje sposobów ograniczenia takiego kredytowania. Jedną z nich było wprowadzenie zakazu udzielania takich kredytów.
Reklama
Z dokumentów publikowanych przez ZBP wynika, że największe banki opowiadały się właśnie za tym radykalnym rozwiązaniem. Pierwszy przykład z brzegu: „(...) PKO BP w pierwszej kolejności opowiada się za całkowitym zakazem udzielania przez banki działające na polskim rynku klientom indywidualnym kredytów walutowych. Rozwiązanie takie eliminuje ryzyko walutowe w odniesieniu do nowej sprzedaży oraz nie generuje dodatkowych kosztów dla banków”. Albo to: „BRE Bank (dziś działający pod marką mBank –przyp. aut.) opowiada się za wdrożeniem opcji ograniczenia udzielania kredytów walutowych, polegającej na całkowitym zakazie udzielania wszelkich kredytów walutowych dla klientów indywidualnych, w tym kredytów indeksowanych do waluty obcej”.

Reklama
Oba wymienione banki to dziś ścisła czołówka w zestawieniu tych, które udzieliły najwięcej kredytów hipotecznych we frankach.
Bankowy dysonans
Księga nie zbiera jednak pozytywnych recenzji, zwłaszcza wśród przedstawicieli administracji państwowej. Jej przedstawiciele w nieoficjalnych rozmowach twierdzą, że banki w ten sposób robią unik, a przywoływanie opinii polityków i urzędników, którzy sprzeciwiali się ograniczeniom dla kredytu walutowego, jest próbą przerzucenia odpowiedzialności. Podobnie jak mocne zaakcentowanie, że nadzór bankowy wtedy – w 2005 r. – nie zgodził się na zakaz udzielania takich kredytów, poprzestając na rekomendacji S ograniczającej ich dostępność (została wydana w marcu 2006 r.).
– Wymowa „Białej księgi kredytów frankowych” jest dla mnie oczywista: rozsądne banki wcale nie chciały udzielać tych kredytów, prosiły o zakaz, tylko nadzór się nie zgodził na jego wprowadzenie – mówi wysoko postawiony urzędnik organu państwa zajmującego się rynkiem finansowym. Nie ujawni nazwiska, bo nie chce, by jego prywatne opinie kojarzono z instytucją, w której pracuje. Ale problemem frankowych kredytów zajmuje się na co dzień, również od tej instytucjonalnej strony.
Takie stawianie sprawy, jaką zaproponował ZBP, go irytuje: skoro największe banki mówiły: „zakazać kredytów walutowych, bo są groźne”, skoro zakładały, że coś niedobrego może stać się w sektorze finansowym, jeśli będą ich udzielać na masową skalę, to dlaczego ich udzielały? – Teraz banki mówią: musieliśmy to robić, by nie tracić udziałów na rzecz nowych, agresywnych podmiotów, które się zaczęły rozpychać na rynku. Ale przecież byli duzi gracze, którzy nie wzięli udziału w tej grze. Pekao nie udzielał walutowych kredytów hipotecznych, Bank ING też nie zbudował dużego portfela – zwraca uwagę. Gdyby duże banki solidarnie zdecydowały: kredyty walutowe to zło, dogadały się między sobą w trosce o bezpieczeństwo systemu, to dziś w ogóle nie byłoby problemu, dorzuca. – Ale chodziło o zysk i udział w rynku – mówi.
– Politycy faktycznie mówili wtedy bardzo różne rzeczy: że próby ograniczenia kredytów frankowych to zamach na konkurencję i swobodny przepływ kapitału. Ale niech ktoś mi znajdzie wypowiedź w takim tonie ze strony instytucji odpowiedzialnych za porządek na rynku finansowym. Nadzór zawsze przestrzegał przed kredytami walutowymi, NBP podobnie – dodaje.
Ale sprawa nie jest tak do końca jednoznaczna. Wtedy, w połowie poprzedniej dekady, duże banki znalazły się między młotem a kowadłem. Urzędowy zakaz byłby dla nich dobrym alibi w rozmowach z zagranicznymi właścicielami, dla których kredyt walutowy w Polsce oznaczał łatwy zysk. Jak mówi dyrektor jednego z dużych polskich banków, w tamtych czasach osoba odpowiedzialna za wprowadzanie kredytów walutowych w kilku bankach wchodzących na polski rynek detaliczny: zagraniczne grupy kapitałowe obecne w Polsce miały już złe doświadczenie z kredytami walutowymi na innych rynkach i wiedziały, że mogą one generować ryzyko. – Ale jednocześnie widziały, co się dzieje na polskim rynku i jak dużą szansą dla nich będzie wprowadzenie takich kredytów do oferty – twierdzi nasz rozmówca.
Zakaz załatwiłby też problem nowej, agresywnej konkurencji, która z kredytu frankowego faktycznie uczyniła groźny oręż. Michał Krajkowski, główny analityk Domu Kredytowego Notus (firmy zajmującej się m.in. pośrednictwem w udzielaniu kredytów hipotecznych), wspomina, że kredyt frankowy stał się dla małych banków głównym sposobem zdobycia klienta detalicznego. – Duże banki, które miały już bazy klientów, specjalnie nie musiały się wyróżniać superofertą, ale te mniejsze – owszem. Były takie, które tak skonstruowały ofertę, że w praktyce udzielały tylko kredyty we frankach, np. Dombank czy GE Bank. Niby kredyty złotowe były przez nie sprzedawane, ale na takich warunkach, że nikt rozsądny nie chciał ich brać – wspomina Krajkowski. Wtedy, 10 lat temu, był doradcą i pracował „na pierwszej linii frontu”, przedstawiając klientom oferty kredytowe.
Loukas Notopoulos dziś jest prezesem firmy pożyczkowej Vivus, w 2006 r. w centrali Polbanku odpowiadał za produkty, w tym kredyt hipoteczny. Mówi, że wchodzący na rynek detaliczny bank miał w zasadzie dwie drogi, by wyróżnić się na tle konkurencji: albo mógł się skupić na ściąganiu depozytów, oferując atrakcyjne warunki, albo dać klientowi tani kredyt. – Nie każdy bank decydował się na równorzędne stosowanie obu tych metod. Niektóre, jak Bank ING, zawsze były mocne po stronie depozytowej, inne, jak Polbank czy Credit Agricole, miały wysoki poziom kompetencji w zarządzaniu ryzykiem, co jest konieczne przy generowaniu akcji kredytowej – wspomina Notopoulos.
Walka na marże
Polbank to dobry przykład sukcesu w budowaniu pozycji na sprzedaży kredytu hipotecznego we frankach. Notopoulos zastrzega, że bank nie zaniedbywał wcale strony depozytowej, że w ciągu 2,5 roku pozyskał ok. 450 tys. depozytariuszy – ale w początkowym okresie swoją akcję kredytową finansował w inny sposób. Grecka spółka matka Eurobank EFG należała do Spirosa Latsisa. Rodzina Latsisów z kolei miała EFG Bank – trzeci co do wielkości bank w Szwajcarii po Credit Suisse i UBS. Co otwierało szeroko drzwi do pozyskiwania finansowania w walutach obcych, w tym we frankach.
Polbank od początku miał być bankiem uniwersalnym, z mocną pozycją na rynku detalicznym. Notopoulos przyznaje: sztandarowym produktem sprzedawanym wtedy był faktycznie kredyt walutowy. I nie wynikało to z tego, że Polbank nie chciał sprzedawać kredytów w złotych. – To klienci nie chcieli takich kredytów. A to wynikało z prostego porównywania wysokości rat. Klienci wcale nie mieli wyższej zdolności kredytowej we frankach, chodziło o koszt obsługi kredytu. Jeśli przy porównywalnych parametrach kredytu rata w złotych wynosiła ok. 2 tys. zł, to we frankach szwajcarskich było to 500–600 zł mniej. Dzięki temu rocznie w kieszeni kredytobiorcy zostawało 6–7 tys. zł – mówi.
W szczytowym okresie bank sprzedawał 900 mln zł kredytów miesięcznie, co zbliżyło go do potentata rynku, jakim był PKO BP. Pierwsza przyczyna tego sukcesu to zbudowanie sieci dystrybucji. – Jedną trzecią kredytów sprzedawali brokerzy w rodzaju Open Finance czy DK Notus, kolejna jedna trzecia to sprzedaż w centrach kredytów hipotecznych. Resztę generowała nasza sieć oddziałów. Większość banków wtedy bazowała albo na pośrednikach, albo na swoich oddziałach. Fakt, że u nas ta dystrybucja rozkładała się mnie więcej po równo, powodował, że mieliśmy bardzo szeroki zasięg – wspomina Notopoulos. I dodaje, że pomagało również to, że Polbank był strukturą średniej wielkości, dzięki czemu procedura udzielania kredytu była stosunkowo krótka. – To nam dawało przewagę u brokerów nad innymi bankami, bo widzieli oni, że klient u nas nie będzie czekał zbyt długo na rozpatrzenie wniosku i cała transakcja szybko dojdzie do skutku – mówi. Zasadniczą przewagę Polbank jednak osiągał ceną. Był w stanie zaoferować marżę, która średnio wynosiła 1,05–1,1 proc., a więc dość nisko. – Byliśmy w stanie to zrobić, bo tanio się finansowaliśmy u spółki matki, nasz koszt wynosił Libor plus 0,15 proc. – mówi.
Notopoulos wyraźnie podkreśla: celem nie było pożyczyć jak najwięcej pieniędzy klientom, tylko osiągnąć jak najlepszy wynik finansowy. Inwestorów nie zainteresuje duża baza aktywów, bilans napuchnięty od kredytów, bez należytego zwrotu na kapitale. Ważne było więc, żeby mieć duży udział w rynku, ale mieć przy tym też zrównoważone ryzyko. – No i osiągnęliśmy to. Nasz portfel kredytów w 80 proc. składał się z kredytów walutowych. I jego jakość jest do dziś jedną z najwyższych na rynku. Poziom złych kredytów w tym portfelu oscylował wokół 1 proc., gdy średnia rynkowa to ok. 2 proc. – mówi.
W takim otoczeniu trudno było wymagać od reszty rynku, że będzie stała z boku i biernie się przyglądała. Banki przecież doskonale zdawały sobie sprawę, na jak podatny grunt trafia oferta taniego kredytu walutowego. – Na początku poprzedniej dekady jedną z największych barier w rozwoju rynku kredytów hipotecznych była mała dostępność takich pożyczek. Kredyty były drogie – ich oprocentowanie było wysokie – a liczba osób, które mogły się załapać na kredyt, była ograniczona przez zbyt niskie dochody– mówi dyrektor jednego z banków. Przypomina, że w 2000 r. deficyt mieszkań był ogromny, banki na podstawie danych GUS szacowały go nawet na 3 mln. I niewiele wskazywało na to, że szybko zmaleje, bo na rynek pracy wchodziło pokolenie wyżu demograficznego początku lat 80.
Niewiele było też przesłanek, by twierdzić, że kredyt mieszkaniowy w złotych stanie się bardziej atrakcyjny. Co prawda w 2004 r. Polska weszła do UE, co diametralnie zmieniło sytuację na rynku pracy. Emigracja zarobkowa spowodowała zwiększenie popytu na pracę w kraju. Ale z drugiej strony wejście do UE wywołało szok podażowy na rynku żywności, ceny poszły w górę i Rada Polityki Pieniężnej zaczęła bać się inflacji, co zwiększało prawdopodobieństwo wzrostu stóp procentowych. W 2007 r., czyli w szczytowym okresie boomu na franki, były miesiące, gdy płace rosły w tempie przekraczającym 10 proc. w skali roku. Równolegle RPP rozpoczęła cykl podwyżek stóp, który zakończyła dopiero w połowie 2008 r.
W takich warunkach tani kredyt walutowy trafił na podatny grunt. – Bo pomagał zaspokoić potrzeby mieszkaniowe niższym kosztem. Dla banków to był samograj: nie musiały – jak przy kredycie konsumenckim – kreować potrzeb, które trzeba finansować takim kredytem. Chodzi o to, że dobrze jest zwrócić klientowi uwagę, że piłkarska Liga Mistrzów jest o wiele bardziej atrakcyjna, jeśli ogląda się ją w nowym dużym telewizorze, który można kupić za pożyczone pieniądze. Przy kredycie hipotecznym kreowanie potrzeb mieszkaniowych nie było potrzebne – opowiada nasz rozmówca z banku. I dodaje, że w jednej z instytucji, w której pracował „w erze przedfrankowej”, podjęto jednak taką próbę: grupie 2,5 mln klientów rozesłano listy, próbowano się z nimi kontaktować i zachęcić do inwestycji mieszkaniowych finansowanych kredytem. – Jedno wielkie fiasko. Nie da się kogoś, ot tak, skłonić do zakupu mieszkania, które kosztuje kilkadziesiąt razy więcej niż jego miesięczne dochody – mówi dziś.
Bańka szczęścia
Według naszych rozmówców można znaleźć jeden wspólny mianownik boomu kredytów we frankach – był nim powszechnie panujący optymizm. Wzrost płac, szybko rosnące PKB, dobre nastroje w przedsiębiorstwach, łatwo dostępne dla banków w kraju finansowanie z zagranicy. Złoty się umacniał, namacalne było wejście Polski do strefy euro – co miało zdjąć przynajmniej część ryzyka kursowego z branych właśnie kredytów walutowych.
– To poczucie było powszechne. Nikt nawet w najgorszych scenariuszach nie przewidywał wtedy, że frank może kosztować 3,5–4 zł. Jeśli ktoś dziś mówi, że wtedy przestrzegał przed tak dużym ryzykiem walutowym, nie należy mu wierzyć. Wszystkim się wydawało, że gospodarka będzie cały czas się rozwijała, a złoty będzie ciągle zyskiwał – wspomina Michał Krajkowski. – Ten piękny sen śniło pół Polski. Niby każdy wiedział, że jest jakieś tam ryzyko kursowe, ale w wielu przypadkach klienci przychodzący po kredyt byli w bańce szczęścia: zakładali rodziny, planowali swoją przyszłość i mieli wszystko w zasięgu ręki dzięki tanim kredytom hipotecznym. Do nich nie docierało, że za 15 lat frank może się umocnić, w ogóle nie brali tego pod uwagę. Mieli zupełnie inne priorytety – mówi były analityk jednej z wiodących wtedy firm pośrednictwa kredytowego. – Dla sektora bankowego to też była szansa. Wraz z wprowadzeniem kredytów walutowych rynek dostał impuls na wcześniej niespotykaną skalę. Mimo wszystko to właśnie te kredyty pomogły 600 tys. gospodarstw domowych w zrealizowaniu ich strategicznych zamierzeń – dodaje dyrektor „od hipotek”.
Loukas Notopoulos zwraca uwagę, że mimo tak sprzyjających okoliczności banki nie folgowały sobie przy ocenie ryzyka. – W naszym banku – i pewnie w innych także – dział oceny ryzyka nigdy by nie pozwolił na „rozdawnictwo kredytów”, czyli pożyczanie pieniędzy osobom, które nie byłyby w stanie spłacić długu. O rozdawnictwie kredytu można mówić w USA czy w Wielkiej Brytanii, ale nie w Polsce. Owszem, były próby jak „kredyt na dowód” w Dombanku, ale zostały szybko ukrócone przez nadzór – przypomina.
Czy ówcześni klienci byli łatwym łupem? Michał Krajkowski twierdzi, że zdarzały się przypadki osób, które same pchały się w kredyty walutowe mimo sugestii, że to nie jest dla nich dobry produkt. – Koronny argument klienta: koleżanka wzięła we frankach i jest zadowolona, i ja też chcę. Nasze uwagi, że jak frank jest po 2 zł, to może nie jest to dobry moment na branie takiego kredytu, trafiały w próżnię. Wtedy z kredytami było trochę tak jak z medycyną – każdy się na tym znał. Podobnie jak pacjent, który szedł do lekarza, ale i tak wszystko wcześniej sprawdzał w internecie i wiedział lepiej, tak i szukający kredytów przychodzili z założeniem, że mimo wszystko oni wezmą kredyt walutowy – wspomina dzisiaj. Ale zastrzega, że w tamtym czasie kredyt walutowy był jednak zbyt łatwo dostępny. – Pamiętam jednego z klientów, który przyszedł do mnie z decyzją banku o udzieleniu kredytu, gdzie przy dochodzie netto klienta rzędu 2300 zł miesięcznie rata kredytowa miała wynosić 1500 zł. Banku nie interesowała na przykład liczba osób na utrzymaniu w rodzinie tego klienta. Na szczęście ta osoba kredytu nie wzięła, choć bank był gotowy go dać. To był chyba 2008 r. – opowiada.
Były analityk z konkurencyjnej firmy dodaje, że sprzedający kredyty doradcy sami głęboko w nie wierzyli i raczej nie ma mowy, by z premedytacją wciskali je klientom. – Pewnie 90 proc. doradców wierzyło w to, co mówi. Najlepszy dowód to fakt, że sami się zapakowali w te franki – mówi.
Według niego w całej te układance klienci też odegrali dużą rolę. Wielu z nich w tamtym czasie też udzielił się „owczy pęd”: ludzie bez głębszej refleksji brali kredyty „pod korek” – na maksymalnym poziomie, jaki wynikał z ich zdolności kredytowej policzonej przez bank. Nawet nie próbowali się ograniczać. Nie rozważali opcji: kupię tańsze mieszkanie w gorszej dzielnicy, tylko szli na całość. – Po prostu zbyt mocno wierzyli w to, że teraz będzie już tylko lepiej – mówi.
Rok 2005: PKO BP opowiada się za całkowitym zakazem udzielania kredytów walutowych. Rozwiązanie takie eliminuje ryzyko walutowe w odniesieniu do nowej sprzedaży oraz nie.