Rafał Gawin, prezes Urzędu Regulacji Energetyki / foto: materiały prasowe / Borys Skrzyński
Słyszymy doniesienia o 30-, a nawet 40-proc. podwyżkach cen prądu dla gospodarstw domowych na przyszły rok, o jakie mają wnioskować spółki energetyczne. Czy ma pan sygnały, że to będą takie właśnie poziomy?
Sygnałów, jakie to będą konkretnie podwyżki, jeszcze nie mamy. O tym zapewne dowiemy się wtedy, kiedy spółki rzeczywiście złożą swoje wnioski taryfowe. Nie jest zaskoczeniem, że nie będą to podwyżki odzwierciedlające poziom inflacji, ale znacznie wyższe. Padają różne liczby i rzeczywiście poruszamy się raczej na poziomie dwucyfrowym niż jednocyfrowym. Dla nas punktem odniesienia jest rynek, czyli przede wszystkim giełda, chociażby ze względu na funkcjonowanie obliga giełdowego. Nigdy nie jest jednak tak, że punktem odniesienia dla taryf na cały rok jest giełdowa cena energii w danym momencie. Każdy racjonalnie i odpowiedzialnie działający przedsiębiorca kontraktuje zakupy energii w swoim portfelu i ta kontraktacja jest rozłożona w czasie – kupuje energię w różnej cenie. Ze względu na tendencję wzrostową od dłuższego czasu, w portfelach spółek energetycznych znajdują się kontrakty niżej wyceniane i te droższe, które są zawierane na bieżąco. Gdyby przyjąć za punkt odniesienia te ostatnie, to pewnie można mówić o maksymalnych wzrostach, o których pani wspomniała. Natomiast biorąc pod uwagę, że na potrzeby klientów były też zawierane inne kontrakty, oczekujemy, że wnioskowane taryfy nie będą odzwierciedlały tylko aktualnych notowań cen energii.
No właśnie, spółki energetyczne zapowiadają wnioski w listopadzie i spodziewają się twardych negocjacji z panem. Mówią, że powinny dostać te podwyżki, bo tak naprawdę to dopłacały do poprzednich taryf. Czy zgadza się pan z takimi argumentami?
Myślę, że należy tu rozróżnić dwa zagadnienia. Po pierwsze to, czy dopłacały, czy nie – tu zapewne możemy mieć różny punkt widzenia i odmienne zdania. Nie jest tak, że zatwierdzamy taryfy, które miałyby nie odzwierciedlać kosztów przedsiębiorstw i działać na niekorzyść. Nie jest też tak, że akceptujemy przenoszenie kosztów, które naszym zdaniem nie mają uzasadnionego charakteru. Dla nas punktem odniesienia jest rynek i inne przedsiębiorstwa, które na nim funkcjonują. Te informacje gromadzimy i na tej podstawie przygotowujemy obraz przedsiębiorstwa idealnego, wzorcowego. Jeśli chodzi o najbliższy proces taryfowy, działań formalnych spodziewamy się w listopadzie. To jest zwykle ten czas, kiedy zaczynają się postępowania taryfowe w części obrotowej. Czy te negocjacje będą twarde? Myślę, że dzisiaj chyba wszyscy mają świadomość, że jest drożej i że koszty oraz rosnące ceny energii trzeba odzwierciedlić w taryfach.
Prezes jednej ze spółek energetycznych powiedział, że konieczne jest uwolnienie cen energii dla gospodarstw domowych, ale to jest domena prezesa URE. Czy może to wkrótce nastąpić?
Przedsiębiorstwa, dla których regulujemy ceny, mają również prawo przedstawiania swoich ofert rynkowych. Obserwujemy postępujące samouwalnianie się rynku, już blisko 40 proc. odbiorców korzysta z rynkowych ofert sprzedawców prądu. W mojej ocenie nadal istnieje spory potencjał, żeby przy pewnym wysiłku po stronie przedsiębiorstw energetycznych ten odsetek znacznie się zwiększył. W momencie, kiedy zostaną zakończone prace nad mechanizmem ochrony odbiorców wrażliwych, czyli zagrożonych ubóstwem energetycznym, i gdy rynek sam się uwolni do 50, 60 czy 70 proc., to wydaje się, że to będzie dobry moment, aby rozmawiać o jego pełnym uwolnieniu. Natomiast, czy nastąpi ono decyzją administracyjną prezesa URE, czy powinno być zrealizowane w ramach ustawy, tak jak np. zostało to zrobione w przypadku rynku gazu, to kwestia do dyskusji.
Czyli nie będzie pan już zatwierdzał taryf na 2023 r.?
Myślę, że na 2023 r., jeśli nie będzie uwolnienia ustawowego, będziemy nadal zatwierdzali taryfy. Choć zachęcam do tego, aby robić wszystko i jak najwięcej po stronie przedsiębiorstw, żeby obejmowały one coraz mniejszą liczbę odbiorców. Taryfa zapewnia minimalny standard produktu dla odbiorcy. Oferty rynkowe mogą natomiast dać odbiorcy dużo więcej, warto zachęcać do korzystania z nich.
Wpłynęło bardzo dużo uwag do wstępnej propozycji Ministerstwa Aktywów Państwowych dotyczącej utworzenia węglowej Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego (NABE). Pan też mówił o możliwej zbyt mocnej pozycji rynkowej tego podmiotu w kształtowaniu cen energii. Czy przedyskutował pan swoje zastrzeżenia z resortem?
Rozmawialiśmy o koncepcji powstania NABE. Myślę, że temat warunków, na jakich ten podmiot miałby funkcjonować na rynku, pozostaje otwarty. W ramach przygotowań do wdrożenia tego projektu potrzebne są też działania w relacjach z Komisją Europejską, by zapewnić sobie pewien komfort braku zastrzeżeń co do naruszenia zasad pomocy publicznej. Myślę, że na tym są dzisiaj skupione działania resortu, czyli gospodarza tego pomysłu.
Ja ze swojej strony nadal wyrażam pewne obawy, czy podmiot o takim udziale w rynku nie miałby zakusów do nadużywania swojej pozycji. Jeśli NABE miałaby 50‒55 proc. udziałów, a nawet gdyby było to bliżej 40 proc., to trudno sobie wyobrazić, że z dnia na dzień wyłączamy tak dużą ilość energii z rynku. Jeśli ta energia nadal ma na nim funkcjonować, to pojawia się pytanie, co trzeba zrobić i jak skutecznie kontrolować funkcjonowanie takiego podmiotu, aby oferując energię elektryczną, rzeczywiście odzwierciedlały one swoje koszty, a nie nazwijmy to inne „oczekiwania”. Pamiętajmy też o tym, że mówimy generalnie o wytwarzaniu energii z węgla kamiennego, gdzie za energetyką stoi sektor wydobywczy, który też ma swoje oczekiwania.
Czy kwestie NABE i taryf zazębiają się w jakiś sposób?
Jednym z narzędzi, które potencjalnie mogłoby zagwarantować, żeby cena energii produkowanej przez NABE rzeczywiście odzwierciedlała koszty, jest proces taryfowania. Ale trudno sobie dzisiaj wyobrazić, żeby jakikolwiek fragment sektora wytwarzania mógł być objęty taryfowaniem, choćby z punktu widzenia regulacji unijnych. Poza tym nawet gdybyśmy sobie wyobrazili, że teoretycznie jest to możliwe, wtedy pewnie wrócilibyśmy do takiego mechanizmu, który funkcjonował przy kontraktach długoterminowych. Mielibyśmy część wytwarzania taryfowaną i część wytwarzania, która działa na wolnym rynku, który cechuje zmienność. Oczywistym jest, że byliby chętni, którzy kupiliby to, co jest taryfowane, czyli przewidywalne. Natomiast mechanizmem, który daje pewną kontrolę, który wspieraliśmy również w dyskusji publicznej, jest obligo giełdowe. Na pewnym etapie pojawiła się koncepcja jego zniesienia. Nie wiem, jak bardzo zaawansowane są dziś te prace, ale od jakiegoś czasu ten pomysł nie jest przywoływany, ponieważ obligo giełdowe upublicznia obrót energią.
Czyli rozumiem, że gdyby NABE miało już realne kształty i gdyby miało ruszyć, to pan zdecydowanie sprzeciwiałby się wtedy usuwaniu obliga.
Moim zdaniem obligo to warunek konieczny i niezbędny do tego, żeby podmiot o takim udziale funkcjonował na zasadach rynkowych. Obrót giełdowy daje bowiem pełną i transparentną informację dla wszystkich uczestników, dla całego rynku o tym, co się na tym rynku dzieje. Jeśli dzieje się coś złego, to jest to natychmiast widoczne i wszyscy mogą zareagować. Wzmocnienia wymagałby też nadzór, jednak za nowymi zadaniami dla regulatora od kilku lat nie idzie finansowanie. ©℗
Współpraca AS