Teraz przepraszam za pozostawanie człowiekiem małej wiary. Na początku może to jeszcze było śmieszne, gdy jeszcze jesienią pan minister mówił, że podwyżek cen prądu w 2019 r. nie będzie, a pan premier mówił, że to „histeria niektórych mediów”. W grudniu, gdy ustawę wartą miliardy złotych (według resortu było to 9 mld, według banków ok. 14 mld zł) pisano na kolanie i procedowano w kilkanaście godzin, zaczęło być strasznie. A teraz jest prawdziwe kopnięcie prądem. Minister energii nie traci jednak poczucia humoru, ale innym nie jest już do śmiechu. 

Energetycy nie mają pojęcia, jak to wszystko policzyć i rozliczyć wstecznie od 1 stycznia, odbiorcy, zwłaszcza samorządy, nie są do końca przekonane, że kasa jednak będzie się zgadzać, Kowalski może spać spokojnie, bo powinien płacić nawet mniej niż w ubiegłym roku (taryfa bez zmian, ale obniżona akcyza i opłata przejściowa), ale...

No właśnie. Poprawiana już dwa razy ustawa będzie dotyczyć tego roku. W przyszłym zaklinanie rzeczywistości i ręczne sterowanie rynkiem nie przejdzie.

Może rządowi się wydaje, że Bruksela jest głupia i ślepa, ale w rzeczywistości tak nie jest. I nonszalanckie podejście „my wiemy lepiej” może się okazać ryzykowne. Chyba że minister energii przyjmuje zasadę „po nas choćby potop” i zakłada, że nawet gdy PiS wygra jesienne wybory, to on kierować resortem nie będzie, więc ból głowy w wyniku energetycznego syndromu dnia następnego zostawi następcy.