Zagraniczni inwestorzy chcący budować w Polsce farmy wiatrowe wpisują w koszty ryzyko zmian regulacji prawnych. – Są za częste – skarżą się.
Reklama
Firma C&C Wind wygrała niedawno sprawę z Energą w arbitrażu przy Krajowej Izbie Gospodarczej – ustalił DGP. Podobnym sukcesem – przed arbitrażem, jak i sądami – może się też pochwalić kilka innych firm, które znalazły się w podobnej sytuacji.
Spółkę C&C Wind pośrednio kontroluje rodzina Klattenów (Susanne Klatten z domu Quandt to współwłaścicielka koncernu BMW). Udziały w niej ma fundusz Momentum Jana Klattena, męża Susanne, oraz produkująca lądowe elektrownie wiatrowe spółka Nordex, w której z kolei udziały ma Susanne Klatten.
Wyroki i wysokość odszkodowań są owiane tajemnicą, a w sądzie arbitrażowym przy KIG usłyszeliśmy, że nie możemy poznać nawet liczby postępowań. O co poszło? Pod koniec 2017 r. Energa unieważniła umowy z ok. 20 firmami, w tym C&C Wind, na zakup zielonych certyfikatów (świadectwa pochodzenia czystej energii, do których zakupu są zobowiązani producenci brudnej energii). – Umowa została przywrócona. Energa musiała zapłacić, a teraz znowu musi kupować certyfikaty – mówi nam osoba zbliżona do postępowania.
Należąca do C&C Wind farma Orla o mocy 37,5 MW, która powstała kosztem 270 mln zł, pracowała przez cały czas postępowania. – Nie zarabiała, ale się nie wykrwawiła – mówi nasz rozmówca. Nasi informatorzy z otoczenia rodziny Quandtów, pytani o powrót do inwestycji wiatrowych w Polsce, mówią „nie”. – Trudno odzyskać utracone zaufanie w biznesie – słyszymy. – W Polsce PiS i opozycja musiałyby jednomyślnie obiecać, że nie będzie już więcej takiego chaosu regulacyjnego jak dotychczas. Ryzyko jest zbyt duże, zaufanie zbyt małe – mówi nasz niemiecki rozmówca.
Nawet jeśli polski rząd przeprosi się z wiatrakami na lądzie, zainteresowanie niemieckiej firmy naszym krajem pewnie nie wróci. Rozmówcy zbliżeni do firm Vattenfall i Ørsted mówią też o ostrożności Szwedów i Duńczyków, jeśli chodzi o zaangażowanie w budowę morskich farm wiatrowych na polskim Bałtyku. Właśnie przez niestabilność prawa. – Problemem nie są przepisy same w sobie, ale ich ciągłe nowelizacje. Proszę zobaczyć, co się dzieje z zasadą 10H dla wiatrowych elektrowni na lądzie – mówią nasi rozmówcy z branży wiatrowej.
Zasada 10H zabrania budowy wiatraków w odległości mniejszej niż 10-krotność wysokości wieży (w praktyce to ponad 1 km). – Wprowadzono ją mimo sprzeciwów biznesu. Firmy zaczęły wydawać pieniądze na dostosowanie się do niej, a teraz okazuje się, że prawdopodobnie będzie można ją omijać – słyszymy. Z informacji DGP wynika, że po zapowiedzianej przez resort energii liberalizacji zasady 10H gminy będą mogły decydować o zmniejszeniu tej odległości w swoich planach zagospodarowania przestrzennego.
Sęk w tym, że większość gmin wiejskich, a o nie tu głównie chodzi, na razie takich planów nie ma. Resort na nasze pytania w tej sprawie nie odpowiedział. – W zapowiadanej na I kwartał nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii nie ma punktu dotyczącego liberalizacji zasady minimalnej odległości farm wiatrowych od gospodarstw domowych i terenów chronionych, ale rekomendujemy wprowadzenie takiego rozwiązania jak najszybciej – mówi Aneta Wieczerzak-Krusińska, rzeczniczka Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.
Przepraszanie się z wiatrakami będzie jednak kosztowne. Ograniczenie w 2016 r. rozwoju lądowej energetyki wiatrowej może się odbić na wycenie projektów morskich. A droższe inwestycje przełożą się na konieczność płacenia przez państwo więcej za produkowaną w ten sposób energię. Farmy na Bałtyku mają mieć podpisane kontrakty różnicowe polegające na tym, że energia będzie od nich skupowana do sieci po stałej cenie. To forma wsparcia inwestycji, którą doprecyzuje szykowana tzw. ustawa offshore’owa.
Co się w niej znajdzie? Resort energii odpowiedział nam, że na razie rozpoczęto analizy tego, jakie mechanizmy można by wprowadzić, by wesprzeć morską energetykę wiatrową. „Prace są we wstępnej fazie, więc mowa o jakichkolwiek zachętach jest przedwczesna. Dalsze działania będą uzależnione od ostatecznych decyzji co do kierunków rozwoju sektora energetycznego w Polsce, podjętych na poziomie rządowym (ostateczne przyjęcie dokumentów Polityka energetyczna Polski do 2040 r. oraz Krajowy plan na rzecz energii i klimatu 2021–2030)” – czytamy w odpowiedzi resortu energii na pytania DGP. Konsultacje tego pierwszego dokumentu zakończyły się 15 stycznia, tego drugiego potrwają do 18 lutego.
Branżowi rozmówcy twierdzą, że nie uda się przekonać inwestorów do wybudowania farm wiatrowych na Bałtyku, jeśli wcześniej nie zmieni się reguły 10H. Pomóc może minister przedsiębiorczości. W ubiegłym tygodniu premier postawił Jadwigę Emilewicz na czele nowo powołanego międzyresortowego zespołu ds. energetyki prosumenckiej (takiej, w której konsument energii jest też jej producentem). Jak ustalił DGP, zespół weźmie na warsztat także przepisy wiatrakowe.
Emilewicz zapowiedziała też niedawno, że już w tym tygodniu Sejm zajmie się nowelizacją ustawy prądowej oraz rozporządzeniem do niej. Tego oczekuje od Polski Komisja Europejska, która potwierdziła opisywane przez nas wątpliwości co do możliwego naruszenia zapisami tej ustawy niezależności Urzędu Regulacji Energetyki.