W 2030 r. 21 proc. energii w końcowym zużyciu ma pochodzić z OZE. Takie założenie pojawiło się w Krajowym Planie na rzecz Energii i Klimatu, opublikowanym wczoraj przez rząd.
Ministerstwo ogłosiło jednocześnie publiczne konsultacje dokumentu (potrwają do 18 lutego). Stało się to tuż po naszej poniedziałkowej publikacji, w której ujawniliśmy, że pod koniec grudnia 2018 r. resort dał innym ministerstwom zaledwie 24 godziny na konsultacje planu. Nie poprosił też o radę krajowych ekspertów, tylko wysłał projekt do Brukseli.
Polska przyznała w KPEiK, że nie wypełni unijnego zobowiązania co do udziału odnawialnych źródeł energii (OZE) do 2020 r. na poziomie 15 proc. Zamiast tego dojdziemy do niespełna 14 proc. Kar nie zapłacimy, ale koszty odczujemy – brakującą zieloną energię będziemy musieli kupić od tych, którzy będą mieli jej nadwyżki. A to nie wszystko. Cel proponowany przez ministerstwo na 2030 r. również nie przyniesie znaczących zmian, bo wynosi 21 proc. Oznacza to, że w ciągu dekady planowany udział OZE brutto w końcowym zużyciu wzrośnie o skromne 6 pkt proc. Mimo to resort nazywa te cele ambitnymi.
Reklama
– Dobrze, że zgodnie z harmonogramem przedstawiliśmy w Brukseli nasz krajowy plan energetyczno-klimatyczny. Cała sprawa oznacza dużą zmianę podejścia w UE. Zamiast odgórnie ustalanych celów redukcji, Polska ma teraz swobodę w proponowaniu działań na rzecz ograniczania emisji. Warszawa od dawna o to zabiegała. Teraz musimy pokazać, że jesteśmy wiarygodni – mówi DGP dr Joanna Maćkowiak-Pandera, szefowa think tanku Forum Energii.
– Trzeba się przygotować na intensywną dyskusję w tym roku. Komisja Europejska będzie miała prawo do zgłoszenia uwag. Na konsultacje i przygotowanie ostatecznego planu mamy rok. Będzie on ściśle powiązany z nową perspektywą finansową UE. Szkoda tylko, że konsultacje z Brukselą zaczynamy od stwierdzenia, że nie uda się wykonać celu – dodaje.

Reklama
Dokument resortu potwierdza też to, co Polska zapowiadała już wcześniej. Po 2030 r. spodziewane jest szybsze wyłączanie starych bloków w elektrowniach węglowych. Budowa nowych (oprócz tych, co do których decyzja inwestycyjna została już podjęta) w warunkach wzrostu cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla, ciągle zaostrzających się wymagań środowiskowych oraz kierunków polityki energetyczno-klimatycznej UE, nie ma uzasadnienia ekonomicznego. „Ostatnią konwencjonalną elektrownią węglową wybudowaną w Polsce prawdopodobnie będzie blok w Ostrołęce” – pisze otwarcie minister energii Krzysztof Tchórzewski.
Warto przypomnieć w tym miejscu, że minister już wcześniej deklarował Brukseli, że będzie to jedyny taki blok. Ale podczas grudniowego polecenia rozpoczęcia prac w Ostrołęce mówił o potrzebie siedmiu, ośmiu bloków węglowych. Rzeczniczka resortu precyzowała wtedy, że chodzi o takie moce (1000 MW), a nie takie paliwo (węgiel kamienny). Jednocześnie resort obiecuje świętego Graala energetyki: prace nad czystymi technologiami węglowymi (w tym zgazowania węgla, na której mógłby się opierać blok na gaz z węgla przy Bogdance).
„Mogą one wpłynąć na zmianę tendencji spadku wykorzystania surowca, jednakże dotychczasowe doświadczenia zagraniczne nie gwarantują osiągnięcia konkurencyjności technologii” – przyznaje ministerstwo.
Technologie węglowe wyposażone w instalacje CCS (wychwytywanie i podziemne magazynowanie dwutlenku węgla) mogą być konkurencyjne jedynie w warunkach wysokich cen uprawnień do emisji CO2 przekraczających 50 euro za tonę. Tymczasem resort uważa, że do tego poziomu dojdą one dopiero w 2040 r. Innego zdania jest m.in. brytyjski Carbon Tracker, który prognozuje, że w przeciągu zaledwie kilku miesięcy ceny uprawnień dojdą do poziomu 40 euro.
A co z węglem, który według konsultowanej do wczoraj Polityki energetycznej państwa do 2040 r. (PEP2040) wciąż będzie miał silny udział w strukturze wytwarzania energii elektrycznej w naszym kraju (choć spadnie z obecnych 80 do 35 proc.)? W projekcie dokumentu widzimy, że podaż węgla brunatnego po 2030 r. znacząco spadnie. Wygląda więc na to, że rząd mimo wcześniejszych zapowiedzi nie zdecyduje się na uruchamianie nowych odkrywek, a jedynie pozwoli wyczerpać już istniejące.
W prognozach założono również, że nie powstaną żadne nowe jednostki opalane brunatnym surowcem poza obecnie budowanym przez PGE blokiem w Turowie (455 MW). Nowe odkrywki, umożliwiające uruchomienie jednostek przed 2040 r., nie są przy tym konkurencyjne dla innych źródeł, takich jak energia jądrowa, OZE czy gaz.
Resort prognozuje w przesłanym do Brukseli planie gigantyczne wydatki inwestycyjne. W sektorze wytwarzania energii elektrycznej do 2040 r. mają one wynieść blisko 90 mld euro. Warto przypomnieć, że podczas prezentacji PEP2040 na początku grudnia ubiegłego roku minister Tchórzewski mówił, że realizacja tego programu pochłonie 400 mld zł.
Istotną część tej puli, szacowaną na 23,4 mld euro, ME chce przeznaczyć na budowę elektrowni atomowej, która miałaby ruszyć tuż po 2030 r. To również jest zbieżne z projekcjami z PEP2040. Tyle że mało prawdopodobne. Nie ma bowiem ani kierunkowej decyzji rządu niezbędnej do podjęcia jakichkolwiek działań, ani lokalizacji (w grę wchodzą dwie – obie nad Jeziorem Żarnowieckim), ani badań środowiskowych.
Nowe inwestycje są niezbędne ze względu na prognozowany wzrost zużycia energii elektrycznej ze 165 TWh w 2015 r. do 197 TWh w 2030 i 212 TWh w 2040 r. Jak jednak pokazują dane z kilku ostatnich lat, konsumpcja energii w gospodarstwach domowych spada. Zwłaszcza w regionach kraju, w których nie przybywa nowych domów.