NIK rozważa kontrolę funkcjonowania instalacji wiatrowych.
Od 8 do ponad 11 mld zł rocznie może nas kosztować łatanie dziur w systemie energetycznym, którego nie zdążyliśmy na czas zreformować, by zapewnić wymagany przez Unię 15-proc. udział energii ze źródeł odnawialnych w ogólnym zużyciu energii brutto – ostrzega Najwyższa Izba Kontroli. Podkreśla, że bez zmiany kursu będziemy musieli dokonać „statystycznego transferu energii z OZE z państw członkowskich, które mają nadwyżkę”.
Resort energii wydaje się pogodzony z tym scenariuszem. W opublikowanym ostatnio dokumencie, którego opracowania wymaga od nas Bruksela, czyli „Krajowym planie na rzecz energii i klimatu na lata 2021–2030”, wylicza, że najbliższy stawiany nam cel 15 proc. udziału energii z OZE uda się osiągnąć z dwuletnim poślizgiem, w 2022 r. Z danych GUS wynika, że dziś osiągamy ok. 11 proc., a udział energii z OZE spadł w zeszłym roku w stosunku do 2017 r.
Reklama
To skutek wieloletnich zaniedbań i braku skoordynowanej polityki dla całego sektora, które odczuli zwłaszcza inwestujący w farmy wiatrowe. Zaprojektowany dla nich system wsparcia w postaci zielonych certyfikatów kulał od kilku lat, wiele szkód branży wyrządziły też ostatnie działania rządu. Chodzi m.in. o restrykcyjne przepisy regulujące zasadę lokowania nowych instalacji w określonej odległości od zabudowań czy zmieniane średnio raz na rok przepisy podatkowe.
Te ostatnie są już korzystne dla branży dzięki ostatniej nowelizacji ustawy o OZE z 2018 r. przywracającej stare zasady opodatkowania farm wiatrowych. Niewykluczone, że ich właścicieli będą czekać jednak kolejne wstrząsy, bo – na wniosek gmin poszkodowanych w wyniku zmian – tą podatkową rewolucją zajmie się wkrótce Trybunał Konstytucyjny. Samorządowców oburzyło, że ustawodawca wprowadził zmiany z mocą wsteczną, co pozwoliło inwestorom domagać się zwrotów podatków, które gminy pobrały od nich w za dużej – w świetle nowego prawa – wysokości.
Jak ustaliliśmy, Najwyższa Izba Kontroli rozważa przeprowadzenie kontroli doraźnej skoncentrowanej na funkcjonowaniu energetyki wiatrowej i przygotowanie rekomendacji dotyczących zmian w prawie, które zabezpieczyłyby interes państwa. Na czwartek, 24 stycznia, zaplanowana jest też debata nad kierunkami zmian w energetyce, zainicjowana przez NIK, w której weźmie udział m.in. Ministerstwo Energii.
Sęk w tym, że przyspieszenie rozwoju OZE to niejedyne wyzwanie, przed którym stoi rząd. Bo choć udało się doraźnie zatrzymać planowane na ten rok podwyżki cen prądu, to największe źródło tych wzrostów – czyli rosnące ceny uprawnień do emisji CO2, będące pokłosiem unijnej polityki na rzecz redukcji globalnego ocieplenia – nie wysycha. Polska będzie musiała jakoś pogodzić nasze interesy gospodarcze z narastającą presją ze strony UE na dekarbonizację.
Te same uwarunkowania towarzyszą wyzwaniu modernizacji sektora wytwarzania energii elektrycznej, przed którym stoimy. Inwestycje wymusza m.in. starzenie się istniejącej infrastruktury. Prawie jedna trzecia mocy wytwórczych pracuje w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym ponad 40 lat, a czas ich pracy przekroczył 200 tys. godzin. W najbliższych latach należy się spodziewać wyłączenia znacznej liczby bloków z ruchu – części zupełnie, a części czasowo – w celu modernizacji. Rzecz w tym, że liczne projekty inwestycyjne kończą się niepowodzeniem. Według Urzędu Regulacji Energetyki przedsiębiorstwa energetyczne planują oddać do eksploatacji o ok. 62 proc. GW mniej mocy wytwórczych, niż planowały jeszcze w 2011 r.