Europę ogarnia kolejna w tym sezonie fala zimna. Eksperci mówią o zaburzeniach wiru polarnego, układu ciśnień w ziemskiej atmosferze, który decyduje o przepływach zimnego powietrza znad biegunów. W związku z jego osłabieniem jeszcze w tym tygodniu do Europy i Ameryki Północnej mają zawitać dwucyfrowe mrozy. Wpływ arktycznego powietrza na temperatury może być odczuwalny aż do lutego.
Gdy temperatura spada, dodajemy gazu. Czy go wystarczy?
Już poprzednie ochłodzenie przyniosło serię rekordów wykorzystania gazu i energii elektrycznej, m.in. w Polsce (po raz pierwszy został sforsowany pułap 100 mln m sześc. dziennego zużycia błękitnego paliwa). W rezultacie, jak podaje stowarzyszenie Gas Infrastructure Europe (GIE), 18 stycznia stan unijnych zapasów spadł poniżej połowy zdolności magazynowych. Zdaniem Tomasza Włodka z Akademii Górniczo-Hutniczej ryzyko kryzysu nie jest aktualnie wysokie. Nasz rozmówca zwraca jednak uwagę na spore dysproporcje poziomu zapasów w poszczególnych krajach.
Oprócz temperatur na mizerny poziom rezerw wpłynęło także poluzowanie europejskich regulacji w zakresie obowiązkowego magazynowania gazu. Zgodnie z zasadami przyjętymi na fali kryzysu energetycznego państwa UE miały obowiązek osiągnięcia przed sezonem zimowym – najpóźniej do 1 listopada – 90-proc. zatłoczenia swoich magazynów. W tym roku zdecydowano się na liberalizację przepisów w obawie o to, że zmasowane zakupy wywindują ceny surowca, co z kolei przełoży się na poziom inflacji. Po nowelizacji cel 90 proc. można zrealizować w dowolnym momencie między październikiem a grudniem. Przewidziano także możliwość jego obniżenia o 10 punktów w uzasadnionych przypadkach. W praktyce wiele krajów „27“ wcale nie osiągnęło w tym sezonie 90-proc. zapełnienia magazynów, a niektóre, m.in. Niemcy, Holandia, Słowacja czy Węgry, nie zdołały dojść nawet do obniżonego pułapu 80 proc.
Niskie stany wypełnienia magazynów, poniżej średnich wieloletnich, notują m.in. Niemcy i Holandia – gospodarki charakteryzujące się wysokim zapotrzebowaniem na gaz (także w ujęciu per capita). Zapełnienie magazynów niemieckich wynosi ok. 42 proc., a holenderskich – nieco ponad 35 proc. Gdyby były zmuszone polegać tylko na tych zapasach, w scenariuszu zużycia typowym dla zimnego lutego Niemcom wystarczyłoby to na trzy i pół tygodnia, a Holendrom na nieco ponad miesiąc. W wariancie bardziej ekstremalnym, zgodnym z najwyższym historycznym zapotrzebowaniem na surowiec notowanym w okresie dwutygodniowym, zapasy wyczerpałyby się obu krajom w mniej niż 20 dni.
Paliwo płynie bez zakłóceń. Do czasu?
Zdaniem Włodka, gdyby niskie temperatury utrzymały się do marca, rynki te mogą doświadczyć problemów. – Na tym tle Polska wypada bardzo dobrze – zastrzega. Krajowe magazyny pozostają, wedle danych GIE, zapełnione w niemal 3/4. Również w naszym przypadku bezpieczeństwo jest jednak względne, jeśli wziąć pod uwagę stosunek między zmagazynowanym surowcem a zużyciem dziennym. W zależności od scenariusza pogodowego, taki wolumen gazu wystarczyłby na trzy do czterech tygodni standardowego zużycia. Dane te nie pokazują pełnego obrazu, ponieważ na wielkich magazynach niemieckich i holenderskich w praktyce polega więcej rynków, np. Belgia czy Dania, które same dysponują minimalnymi rezerwami.
Rynek stabilizuje w tej sytuacji przede wszystkim ciągłość i stabilność dostaw, z którą jak dotąd nie ma problemów. – 14 stycznia pierwszy raz europejskie terminale gazu skroplonego (LNG) wprowadziły do systemu ponad 5 TWh (ok. 500 mln m sześc. – red.) gazu ziemnego w ciągu jednego dnia – odnotowuje Tomasz Włodek.
Rezultat? Ceny kontraktów w rotterdamskim hubie TTF rosną (20 stycznia po południu oscylowały między 36 a najwyższą w tym sezonie stawką niemal 37 euro/MWh), ale pozostają wyraźnie poniżej średnich notowań choćby ze stycznia 2025 r. (45 euro), nie mówiąc o pojawiających się w szczycie kryzysu energetycznego cenach trzycyfrowych. – Ceny giełdowe mogą jednak wyraźnie wzrosnąć w lutym i marcu, jeśli chłodna zima się utrzyma – spodziewa się ekspert.
Rosja nie zagraża jak kiedyś. Kto trzyma gazową broń?
Niższa rezerwa oznacza wyższą wrażliwość na zakłócenia w dostawach, przy czym – jak zaznacza dr Włodek – wrażliwość ta „w pewien sposób zawsze wzrasta zimą”. Dopóki rynek LNG działa prawidłowo, pozyskanie zamówień – np. w scenariuszu wstrzymania gazu rosyjskiego, który nadal płynie do Unii Europejskiej rurociągiem Turk Stream czy w formie skroplonej – jest kwestią ceny. – Kto bardziej potrzebuje, ten zapłaci więcej – dodaje ekspert. Podkreśla również, że rosyjski gaz nie ma już dla UE znaczenia egzystencjalnego, choć jego wstrzymanie z dnia na dzień wywołałoby reperkusje na rynku. Na dłuższą metę, według niego, dostaw z tego kierunku mogłoby nie już być, gdyby nie to, że są europejscy klienci, którzy chcą z tego surowca korzystać.
Nasz rozmówca przyznaje, że katastrofą dla bezpieczeństwa gazowego Europy byłyby zakłócenia dostaw LNG ze Stanów Zjednoczonych. – Nie sądzę, żeby euroatlantycki konflikt zaszedł tak daleko. Eksport gazu to dla Amerykanów ogromny biznes, a ograniczenie produkcji surowca na taką skalę byłoby trudne i generowało ogromne koszty. Nawet gdyby doszło do wielkiej eskalacji wojny handlowej z geopolityką w tle, surowce energetyczne będą jej ostatnim etapem, a i tak nie sądzę, by którakolwiek ze stron się na to zdecydowała. Mogą pojawić się elementy straszenia, ale w tym przypadku na tym się najprawdopodobniej skończy. Z drugiej strony Europa nie miałaby żadnych możliwości zastąpienia takiego wolumenu dostaw ad hoc – mówi Włodek.©℗