Dotychczas skrót „SOR” kojarzył mi się ze szpitalnym oddziałem ratunkowym. Teraz „SOR” to Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju firmowana przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Mam jednak wrażenie, że w przypadku tematów energetycznych pacjent może w końcu trafić do szpitala.
PiS jeszcze w kampanii wyborczej zapowiedział stworzenie resortu energii, który w końcu pod jednym adresem i w jednych rękach skupiłby kontrolę nad tak ważną gałęzią przemysłu, jaką jest energetyka. W końcu slogan bezpieczeństwa energetycznego nigdy nie schodzi z ust polityków żadnej opcji.
Wcześniej sektorem węglowym (czyli tym, który odpowiada za najwięcej prądu w naszych gniazdkach) zajmował się resort gospodarki, z kolei energetyka podlegała Ministerstwu Skarbu Państwa. Powstanie Ministerstwa Energii miało sprawić, że wreszcie będziemy mieć porządek z decyzjami dotyczącymi węgla, energii, ropy, gazu... Ano właśnie. I tu zaczęły się schody. O ile bowiem sektor węgla kamiennego faktycznie znalazł się pod kontrolą nowego ministerstwa, o tyle energetyka jednak nie do końca. Oczywiście – to resort energii blokuje Francuzom sprzedaż ich aktywów w Polsce komu chcą (chodzi m.in. o należącą do Engie elektrownię Połaniec i należącą do EDF elektrownię Rybnik), to resort energii nadzoruje spółki z branży, ale... no właśnie. Koncepcyjnie, mam wrażenie, że o kształcie szeroko pojmowanej energetyki decydują inni. A gdzie kucharek sześć, tam kompleksowej, długofalowej strategii energetycznej brakuje (co zresztą wytknęła nam właśnie Międzynarodowa Agencja Energii).