Czysta emerytura stażowa nie jest dla nas. Ale gdyby połączyć ją z limitem wieku lub kapitału, to takie rozwiązanie mogłoby mieć sens. Niestety, tylko dla osób po pięćdziesiątce. Młodsze roczniki i tak z tego nie skorzystają – podobnie jak z wielu innych świadczeń.
Od 1999 r. w ubezpieczeniach społecznych mamy w Polsce system zdefiniowanej składki. Dlatego pomysł wprowadzenia emerytury stażowej, którą partia rządząca obiecywała strajkującym nauczycielom i którą ostatnio mocno forsują związki zawodowe dla wszystkich pracowników, może wydawać się trochę nie z tego świata. Niektórzy eksperci wskazują, że to tworzenie kolejnych wyjątków emerytalnych. Inni natomiast nie są pomysłowi zupełnie przeciwni, twierdząc, że nie wypaczałby on obecnego systemu. Jednocześnie podkreślają jednak, że sensowny byłby system mieszany (stażowy powiązany z kryterium kapitału lub wieku). Takie systemy funkcjonują już zresztą w niektórych krajach europejskich, np. we Włoszech czy w Portugalii.
Trudno odmówić racji przedstawicielom pracowników, że wprowadzenie emerytury stażowej ma tę niewątpliwą zaletę, iż daje zatrudnionym wybór co do tego, kiedy przejść na emeryturę. Problem tylko, że to rozwiązanie na krótką metę. Jak bowiem przekonują eksperci, w zasadzie skorzystaliby z niego tylko dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie. Ich młodsi koledzy, którzy później rozpoczynali swoje historie zawodowe, de facto i tak musieliby czekać do osiągnięcia wieku emerytalnego. Zakładając, że przyjęta zostałaby propozycja związkowców, wedle której do uzyskania emerytury od kobiet wymaga się 35, a od mężczyzn 40 lat pracy, to osoby, które zaczęły pracę – nie jakąkolwiek, ale tę oskładkowaną – mając 25 lat, musiałyby doczekać właśnie do obecnego wieku emerytalnego.