Jego cel – ograniczenie globalnego ocieplenia do wartości poniżej 2 stopni Celsjusza – nabiera znaczenia, gdy zestawimy go z faktem, że zgodnie z publikacją NASA w ciągu ostatnich 5 tys. lat średnia temperatura w skali globu wzrosła o 4–7 stopni Celsjusza, z czego o 0,7 stopnia w ostatnim stuleciu. Szacunki Programu Środowiskowego ONZ (UNEP) wskazują, że jeżeli nie podejmiemy żadnych działań, to w kolejnym stuleciu temperatura wzrośnie średnio o 3 stopnie.
O ile przyszłe zmiany temperatury umiemy modelować z dużą dokładnością, to precyzyjne przewidywanie ekonomicznych konsekwencji naszych działań lub zaniechań idzie nam o wiele słabiej. Na przykład Solomon Hsiang i Edward Miguel (obaj z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley) oraz Marshall Burke (Uniwersytet Stanforda) w badaniu opublikowanym w „Nature” w 2015 r. oszacowali, że do 2100 r. z powodu zmian klimatycznych globalny PKB spadnie o 23 proc. względem scenariusza, w którym klimat się nie ociepla. Z kolei Esteban Rossi-Hansberg i Jose Luis Cruz Alvarez (obaj Uniwersytet Princeton) przewidują, że do 2200 r. światowy PKB ucierpi w wyniku globalnego ocieplenia o ok. 4 proc. Badacze wskazują przy tym dużą niepewność otrzymanych wyników i zaznaczają, że nawet straty tak wysokie jak 12 proc. PKB nie dają się wykluczyć.
Choć brak zgody co do skali kosztów wynikających z globalnego ocieplenia, to raczej nikt nie ma wątpliwości, że powinniśmy im przeciwdziałać. Jest to jednak niezwykle trudne, bo wymaga koordynacji działań w skali globu, a pojedyncze państwa mają dużą pokusę „jazdy na gapę”. Implementacja polityk mających ograniczyć globalne ocieplenie – jak np. odchodzenie od węgla i wygaszanie kopalni – jest w krótkim okresie kosztowna, więc trudna ze względów politycznych. Na domiar złego w pojedynkę niewiele się zdziała, więc bezczynność na tym polu łatwo racjonalizować. Na ile koordynacja jest kluczowa, udowadnia badanie Laurence’a Kotlikoffa (Uniwersytet Bostoński) i współautorów dotyczące podatku węglowego. Wskazują, że optymalna wysokość opłaty powinna wynosić ok. 100 dol. za tonę CO2 i z każdym rokiem wzrastać o 1,5 proc. Obok podatków, do osiągnięcia optymalnego efektu niezbędne są transfery pieniężne do tych, którzy poniosą koszty redukcji emisji CO2.
Reklama
Na wprowadzeniu podatku od węgla i systemu transferów zyskaliby wszyscy, dzisiejsi i przyszli mieszkańcy naszej planety. Korzyści z troski o klimat są znaczące, bo równoważne sytuacji, w której nasza konsumpcja każdego roku jest o 4 proc. wyższa w porównaniu ze scenariuszem, w którym polityk dotyczących zmiany klimatu nie wprowadzamy. Okazuje się jednak, że jeżeli z działań wyłamałyby się Chiny, to globalne korzyści z opodatkowania węgla w pozostałych krajach spadną niemal o połowę. Z kolei, jeżeli węgiel opodatkuje tylko Europa, to nie uda się na tyle zredukować emisji CO2, by poniesione koszty przełożyły się na korzyści. Choć nikt konieczności globalnej akcji nie podważa, to wyzwaniem pozostaje wejście w życie odpowiednich polityk. Co zrobić, by wyborcy-konsumenci skłonni byli za te działania płacić? Badanie Teodora Bonevy'ego (Uniwersytet w Bonn) i współautorów pokazuje, że niezmiernie ważne jest tu budowanie norm. Naukowcy przeprowadzili eksperyment, w którym każdy z uczestników miał podzielić otrzymane wynagrodzenie pomiędzy siebie a fundację działającą na rzecz ochrony klimatu. Biorące w nim udział osoby miały tendencje do niedoszacowania kwoty, jaką pozostali byli skłonni przekazać na walkę z globalnym ociepleniem. Ale przekazanie informacji o preferencjach „ogółu” sprawiło, że ludzie byli bardziej skłonni na takie działania łożyć. Ciekawych danych o wyborach Polaków w tym zakresie dostarcza badanie ankietowe firmy doradczej Deloitte z tego roku. Wyniki sugerują, że przeciętny Polak jest skłonny zapłacić ok. 50 zł podatku na cele klimatyczne, a za produkt „zielony” dopłacić ok. 10 proc. ceny. Warto jednak pamiętać, że od ankietowych deklaracji do czynów często daleka droga.