Za główną przyczynę wysokich rachunków uznał unijny system pozwoleń na emisje CO2, czyli ETS. Jak tłumaczył później na Twitterze, to właśnie rosnące dynamicznie w UE ceny dwutlenku węgla stanowią dziś około połowy kosztów energii w Polsce.
Jakby na potwierdzenie słów ministra wkrótce ukazały się dane o najwyższych od dekad hurtowych cenach prądu w Polsce. Jak wyliczył branżowy portal WysokieNapięcie.pl, na rynku spotowym megawatogodzina energii kosztowała w listopadzie przeciętnie ponad 550 zł. A w godzinach szczytowego zapotrzebowania ceny szybowały nawet powyżej 700 zł.
Pomińmy, że w tej chwili, mimo rekordowych cen CO2, Polska ma na tle UE stosunkowo tani prąd. Sasin ma w jednym rację: akurat w przypadku Polski rosnące rachunki za prąd – zarówno dla przemysłu, jak i gospodarstw domowych – rzeczywiście są związane z ETS-em. Faktem jest też, że obciążenie to rośnie szybciej, niż się spodziewano. O ile jeszcze na początku tego roku wyemitowanie tony CO2 wiązało się z kosztem niespełna 30 euro, teraz to niemal 80 euro.
Ale wicepremier kilka zasadniczych kwestii pomija. Nie jest tak, że opłaty za emisje spadły na naszą gospodarkę nagle i w sposób niedający się przewidzieć. Liczba dostępnych na europejskim rynku certyfikatów od początku miała w zamyśle spadać, a ich ceny rosnąć. Kierunek czyniący z mechanizmu opłat za CO2 główny instrument redukcji emisji w Europie został przesądzony wiele lat temu. Przyspieszenie tempa wzrostu cen jest też w dużej mierze konsekwencją akceptowanych przez Polskę unijnych celów klimatycznych.
Przemilczany w narracji Sasina jest natomiast związek między obciążeniem ETS a obraną przez kolejne rządy w Warszawie zachowawczą ścieżką transformacji energetyki, przed czym eksperci ostrzegali od lat. Wybór tej drogi da się jakoś zrozumieć. Odejście od węgla to temat politycznie wrażliwy, zwłaszcza w społeczeństwie dobrze pamiętającym bolesne lata 90. Protestowaliby górnicy, związki zawodowe w energetyce i przemyśle (parę lat temu znacznie silniejsze i bardziej bojowe niż dziś), zdeterminowane, by nie dopuścić do powtórki historii. Suchej nitki na decydentach nie pozostawiłaby opozycja. Biorąc pod uwagę dominujące jeszcze kilka lat temu konserwatywne nastroje, potencjalna zielona ofensywa rządu nie spodobałaby się zapewne także wielu ekonomistom. Niewątpliwie łatwiej było temat przeczekać, po cichu licząc, że polityka klimatyczna okaże się chwilową modą.
Można nawet – choć to bardziej kontrowersyjne – doszukiwać się w obranej strategii korzyści. Dziś niskoemisyjne technologie są tańsze, a o pieniądze na transformację – zarówno ze strony UE, jak i rynku finansowego – jest bez porównania łatwiej. Być może, gdyby solidnie policzyć bilans zysków i strat, okazałoby się, że lepszego momentu nie było. Na jedno zgodzić się jednak nie można: by zakwestionować jakąkolwiek odpowiedzialność naszych polityków za koszty zaniechań.
Tym bardziej że ów demonizowany system ETS to nie tylko koszty, lecz także dochody budżetów krajowych. To źródło pieniędzy na inwestycje łagodzące przebieg transformacji. Przez lata jednak tam nie trafiały. To kolejne zaniedbanie Warszawy. Teraz o potrzebie lepszego zagospodarowania środków na transformację mówi m.in. nowa minister klimatu Anna Moskwa.
Traktowanie opłat za emisje jako kosztu członkostwa w UE – rozumowanie, które znaliśmy dotąd głównie z wypowiedzi Janusza Kowalskiego i innych polityków Solidarnej Polski – ma jeszcze jedną zasadniczą lukę. Scenariusz, w którym Polska opuszcza Unię, nie uwolni naszej gospodarki od obciążeń związanych z węglem. Już za parę lat w życie wejdzie – popierany, nawiasem mówiąc, przez rząd – mechanizm CBAM, potocznie nazywany cłem klimatycznym, który obciąży opłatami za emisje partnerów handlowych UE. A opłaty za CO2 są trendem globalnym: dziś różnymi mechanizmami tego typu objętych jest ponad 20 proc. światowych emisji. Dziesięć lat temu było to ok. 5 proc.