Reklama
Postulowane przez klimatologów utrzymanie wzrostu światowych temperatur w granicach 1,5 st. C w porównaniu z okresem przed rewolucją przemysłową wymagać będzie odzyskania z atmosfery części dawnych emisji CO2. Mówią o tym renomowane gremia naukowe, m.in. Międzyrządowy Zespół ds. Zmiany Klimatu. Według szacunków przytoczonych w najnowszym raporcie Swiss Re, największego na świecie towarzystwa reasekuracyjnego, realizacja celów klimatycznych wymagać będzie rozwinięcia do 2050 r. zdolności pochłaniania aż 10 mld ton dwutlenku węgla rocznie – ok. jednej czwartej dzisiejszych globalnych emisji. Wartość branży niezbędnej do realizacji tego zadania sięgać ma bilionów dolarów. Dlatego – według Swiss Re – inwestycje w jej rozwój konieczne są już dziś.
Pochłanianie emisji z atmosfery ma kilka oblicz. Najtańsze są naturalne pochłaniacze, takie jak lasy, mokradła czy ekosystemy morskie. Poprzez sadzenie lasów swoje bilanse klimatyczne poprawia już dziś wiele koncernów. Niektóre umożliwiają też ograniczenie śladu węglowego swoim klientom – np. kupując bilet lotniczy, można sfinansować kompensację emisji na skutek tej podróży. Problemem z tą metodą jest m.in. czas, bo o ile lot samolotem wywiera wpływ na klimat już dziś, to wchłonięcie CO2 przez drzewo jest kwestią lat. W międzyczasie mogą się z nim stać różne rzeczy, np. może spłonąć w pożarze, co spowoduje natychmiastowe uwolnienie zmagazynowanych w drewnie emisji, albo zostać zabite przez szkodniki, co uruchomi bardziej powolny proces rozkładu. Podobne zagrożenia wiążą się z projektami błękitnymi, czyli odtwarzaniem ekosystemów morskich. Według Swiss Re na dłuższą metę rodzi to dla branży związanej z naturalnym pochłanianiem CO2 znaczne ryzyka finansowe. W ich zniwelowaniu mogą pomóc ubezpieczyciele.
Mówi się dziś o technologiach, które pozwolą na wychwyt CO2 bezpośrednio z atmosfery (tzw. direct air capture, DAC). Odfiltrowany z powietrza za pomocą specjalnych instalacji dwutlenek węgla może być następnie wpompowany do podziemnych magazynów albo przetworzony – np. do postaci pelletów węglanu wapnia lub płynnego paliwa, co stanowi jeszcze lepsze zabezpieczenie przed jego ponownym uwolnieniem. W tym przypadku problemem jest jednak koszt rozwoju i implementacji technologii. W swoim raporcie Swiss Re zachęca, by ubezpieczyciele i reasekuranci pomogli zapełnić tę lukę, zapewniając finansowanie projektom DAC jako inwestorzy oraz kompensując za ich pomocą swoje własne emisje.
Ograniczenia technologiczne nie przeszkadzają w dynamicznym rozwoju rynku. Choć do wdrożenia na szeroką skalę technologii DAC daleka droga, już dziś możliwe jest zakupienie opartych na niej produktów finansowych. Na przykład uruchomiony w tym miesiącu serwis BeZero Carbon Removal – utworzony wspólnymi siłami przez technologiczny start-up Carbon Engineering i spółkę BeZero, która zajmuje się analizą i ratingiem mechanizmów kompensacji emisji – oferuje specjalny koszyk pozwalający na pochłonięcie przez planowane instalacje 10 ton CO2 z atmosfery w cenie 680 dol. Dla wielu podmiotów tego typu usługi są atrakcyjne. O ile bowiem pytanie o to, czy gaz faktycznie zniknie z atmosfery, pozostaje otwarte, zakup umożliwia już dziś poprawę bilansu klimatycznego zainteresowanych tym podmiotów. Dlatego „punkty” zakładające pochłonięcie 10 tys. ton CO2 zakupił od Carbon Engineering np. serwis zakupowy Shopify, a w start-upy zaangażowane w rynek negatywnych emisji inwestują największe koncerny świata, takie jak Amazon, Microsoft czy BP.
Klimatyczny bilans procederu jest jednak ambiwalentny. – Z jednej strony sprzedaż negatywnych emisji można przedstawiać jako sposób na stworzenie modelu biznesowego i finansowego umożliwiającego rozwój tej drogiej technologii. Ale z drugiej strony możliwość jej zastosowania na dużą skalę i tak pozostaje bardzo niepewna, a doraźnie poleganie na offsetach grozi tym, że firmy będą korzystały z kupowanych punktów jako rodzaju „licencji na emitowanie” i uniknięcie głębszych zmian w modelach biznesowych, co opóźni realne redukcje emisji – wskazuje Izabela Zygmunt z think tanku WiseEuropa. Tymczasem – jak zaznacza – z ustaleń naukowców wynika, że spełnienie celów klimatycznych wymaga przede wszystkim szybkiej dekarbonizacji, a podnoszenie zdolności pochłaniania emisji powinno być procesem od tego niezależnym. – Rozwój tych technologii jest rzeczywiście wyzwaniem, bo jedyną alternatywą dla modelu komercyjnego jest finansowanie publiczne, ale wniosek, jaki z tego płynie, jest przede wszystkim taki, że należy przyspieszać redukcje emisji, tak aby potrzeba wykorzystania negatywnych emisji była w przyszłości jak najmniejsza – mówi ekspertka.
Kolejnym problemem ze sprzedażą negatywnych emisji jest – zdaniem Zygmunt – brak standardów i regulacji. – Kiedy przyjrzeć się bliżej funkcjonującym na rynku rozwiązaniom, okazuje się często, że to greenwashing. Słyszałam o przypadkach, że jako offsety sprzedaje się działanie polegające na niewycięciu istniejącego lasu – a przecież to nie są dodatkowe pochłonięte emisje, tylko co najwyżej emisje, które nie zostaną dodatkowo wygenerowane. To czysta kreatywna księgowość – mówi Zygmunt. Jak dodaje, stawka jest wysoka, a ostatecznym testem dla efektywności rynku offsetowego będzie przyszły poziom stężenia CO2 w atmosferze. – Jeśli ten model nie przyniesie jego obniżenia, ta piramida się zawali, a koszty, w postaci konsekwencji niespełnienia celów klimatycznych, poniesiemy my wszyscy – uważa ekspertka. ©℗
Niektóre oferowane dziś rozwiązania okazują się greenwashingiem