Reklama

Nieczęsty to widok, żeby przeciwko proponowanym przez PiS zmianom protestowali, ramię w ramię, ekolodzy i Lasy Państwowe. A tak było w przypadku ostatniego sporu o PiS-owski projekt, który miał umożliwić przekazywanie działek leśnych pod strategiczne inwestycje.

To prawda, choć z różnych pobudek, byli tym razem po jednej stronie. W tej sprawie jest zresztą więcej paradoksów. Jeszcze kilka lat temu, kiedy zaproponowano wpisanie konstytucji zakazu prywatyzacji lasów „z wyjątkiem przypadków określonych w ustawie” Prawo i Sprawiedliwość podniosło wielki raban, że formuła ta jest furtką do prywatyzacji. Wtedy plany były takie, żeby wprowadzić do ustawy zamknięty katalog sytuacji, w których dopuszczalna jest zmiana własności terenu leśnego. Dzisiaj ta sama partia chciała tymczasem wprowadzić do ustawy o lasach przepisy, które faktycznie prywatyzację by umożliwiły, i to na bardzo mało klarownych zasadach.

Rządzący odpowiadali, że zbycie terenu leśnego na cele inwestycyjne mogłoby się odbyć tylko na wniosek ministra środowiska działającego w porozumieniu z resortami klimatu i gospodarki, a więc poprzeczka zawieszona jest na tyle wysoko, że ryzyko nadużyć byłoby niewielkie.

Nie jestem przekonany, że całkiem eliminuje to niebezpieczeństwo. Kiedy minister i dyrektor Lasów Państwowych pochodzą z tego samego politycznego rozdania, nie trudno wyobrazić sobie sytuację, w której interes polityczny czy biznesowy związany z daną inwestycją bierze górę nad interesem lokalnej społeczności czy ochroną ekosystemu.

A może, biorąc pod uwagę, że nie wszystkie tereny pod zarządem Lasów Państwowych są lasami, a wiele z nich, także na skutek sposobu gospodarowania przez leśników, nie mają szczególnej wartości przyrodniczej, zaadaptowanie części podległych im terenów na inne ważne cele nie byłoby jakąś tragedią?

To bardzo uznaniowa sprawa, co jest wartościowe, a co takie nie jest. Z punktu widzenia przyrodnika najcenniejszy jest las możliwie najbardziej naturalny, ale dla lokalnej społeczności las często liczy się po prostu dlatego, że jest lasem, że rosną w nim drzewa, które dają cień i świeże powietrze. Z tego punktu widzenia każdy las może być cenny.

Gmeranie przy przepisach dotyczących lasów czy wycinka drzew nie po raz pierwszy budzą emocje. Może ta ostatnia historia to dobry przyczynek, żeby zastanowić się, jakich zmian, reform nasze lasy potrzebują?

Zmiany faktycznie są potrzebne i nie przez nowelizację prawa, ale napisanie go od nowa. Polityka Lasów Państwowych oparta jest na dość archaicznej zasadzie, zgodnie z którą w centrum uwagi gospodarki leśnej jest drzewostan i pozyskanie drewna, a nie las jako całość, las jako ekosystem. Aspekt przyrodniczy jest traktowany marginalnie. Owszem, są pewne spektakularne działania, takie jak reintrodukcja ginących gatunków. Ale głównym zajęciem LP pozostaje pomiar i produkcja drewna. Pod tym względem tkwią one wciąż w XIX wieku.

Czyli pierwsza kwestia to zmiana polityki Lasów Państwowych.

Przede wszystkim potrzebujemy reformy systemu kształcenia leśników. Nie może być tak, że wciąż uczymy ich myślenia o lesie w kategoriach rolniczych: od siewu do zbioru. Coraz wyraźniej widać, że takiej zmiany oczekuje też znaczna część opinii publicznej. Ostatnie miesiące i lata przyniosły wysyp inicjatyw, które patrzą na lasy jako na dobro wspólne. Mam na myśli ruchy społeczne, które walczą z wycinką np. w Puszczy Karpackiej czy podwrocławskim Lesie Mokrzańskim. Jak tak dalej pójdzie, LP będą zmuszone do zmiany swojej polityki, a gospodarka leśna przejść gruntowną modyfikację.

Na razie takich zmian, nawet powolnych, nie ma?

Ja ich nie dostrzegam. Wśród szeregowych leśników są tacy, szukają sposobów na pogodzenie wymogów ochrony różnorodności biologicznej i produkcji drewna. Ale LP to instytucja szalenie hierarchiczna i większość osób, które myślą inaczej, obawia się wyrażać to publicznie. Tymczasem na jej szczycie powiedziałbym wręcz, że sytuacja się pogorszyła. Górę wzięła mentalność oblężonej twierdzy.

Jakie powinno być to nowe lepsze podejście do gospodarowania lasami?

Sprawą kluczową powinno być zróżnicowanie gospodarki leśnej. Dziś obowiązuje jeden wzorzec i jeden sposób myślenia, schemat, na podstawie którego określane są plany urządzania lasów w całej Polsce. Tymczasem zarówno społeczne preferencje, jak i potrzeby są zróżnicowane. Powinniśmy przyjąć, że także zredukowanie do absolutnego minimum ingerencji człowieka może być formą użytkowania lasu, bo efektem jest choćby możliwość pozyskiwania i upowszechniania wiedzy o przyrodzie i jej funkcjonowaniu. Moglibyśmy na niektórych obszarach realizować leśnictwo w takiej właśnie formie, powiedzmy, leśnictwa rezerwatowego, gdzie rola leśnika polegałaby na śledzeniu zmian, a nie na ingerencji. Moglibyśmy usankcjonować leśnictwo ekosystemowe, a na niektórych terenach, prowadzić leśnictwo drzewostanowe, zbliżone do modelu funkcjonującego dzisiaj, a nawet pójść jeszcze dalej i pomyśleć o leśnictwie plantacyjnym, w jeszcze większym stopniu podporządkowanym intensywnemu pozyskaniu drewna poza ekosystemami leśnymi. Taka strategia mogłaby w ostatecznym rozrachunku utrzymać, a nawet zwiększyć obecny poziom produkcji drewna i zwiększyć obszary chronione, zmniejszając przy tym napięcia, jakie generuje dziś gospodarka leśna. Należałoby też odpolitycznić Lasy Państwowe, pomyśleć o nowej formule społecznego nadzoru nad tą instytucją. Na wykorzystanie czeka dorobek prac nad Narodowym Planem Leśnym sprzed niespełna dekady, w których udział brały wszystkie strony zainteresowane lasami, od Adama Wajraka, po Jana Szyszkę czy b. dyrektora LP Konrada Tomaszewskiego. Pojawiło się wtedy wiele nowych pomysłów i kierunków, które zawarte zostały w 10 tomach publikacji. Nic tylko czerpać z tego dorobku, rozwijać go, kodyfikować i implementować. Niestety po przyjściu do władzy PiS wszystko to zostało zarzucone.

Ile powinno być poszczególnych rodzajów lasów?

Nie sądzę, żeby należało ustalać te proporcje a priori. Konieczne byłoby najpierw pogłębione studium lokalnych potrzeb, wartości przyrodniczej i preferencji. W tym sensie nie podoba mi się podejście przyjęte w unijnej strategii dot. bioróżnorodności. Niestosowne wydaje się założenie, że każdy kraj powinien mieć minimum 10 proc. obszarów ściśle chronionych. Są kraje, które powinny mieć 20 proc. takich obszarów, a są takie, gdzie trudno będzie znaleźć nawet 5. Brakuje mi tu zdroworozsądkowego podejścia: chronić to, co jest potrzebne, co musi być chronione, a użytkować, w sposób zrównoważony, tam, gdzie to możliwe. Gospodarka leśna powinna z pewnością zaspokoić, w ten czy inny sposób, zapotrzebowanie na drewno. Dobrze byłoby wykorzystać w tym celu nieużytki rolne, a odciążyć ekosystemy leśne.

Mówi pan o preferencjach lokalnych społeczności jako jednym z kryteriów rozstrzygających o sposobie gospodarowania. Ale np. w przypadku Puszczy Białowieskiej mogłoby się okazać, że większość społeczności w ten czy inny sposób zależna jest od przemysłu drzewnego i w konsekwencji opowiada się za ograniczeniem ochrony cennych przyrodniczo terenów.

Sprzeczności interesów są nie do uniknięcia. Puszcza Białowieska należy do szczególnej kategorii obszarów o tak wysokiej wartości przyrodniczej i krajobrazowej, że należałoby je uznać za dobra narodowe. A np. Bory Tucholskie czy Puszczę Nadnotecką objąć w całości leśnictwem rezerwatowym czy też ekosystemowym. Nie musi to się odbywać kosztem miejscowej ludności, trzeba tylko zmiany te z nią uzgodnić.

UE i organizacje międzynarodowe mogą odegrać pozytywną rolę w zmianie podejścia do zarządzania lasami w Polsce?

Jestem pesymistą. Był czas, że mówiło się o ponadnarodowych konwencjach o lasach, podobnych do tych, jakie przyjęto choćby w sprawie ochrony klimatu. Ostatecznie nie udało się jednak tego przeforsować ani na poziomie światowym, ani regionalnym. W UE polityka leśna jest domeną rządów krajowych. Są ogólnounijne dokumenty strategiczne, ale one nie są wiążące dla państw członkowskich i dopóki tak jest, nasze LP zawsze mogą powiedzieć „wara wam od tego, co robimy na swoim podwórku”. Bez wspólnej polityki leśnej i wiążących regulacji w tym zakresie, np. europejskiej konwencji o lasach, trudno liczyć na to, że kompleksowe zmiany przyjdą z zewnątrz. Więcej nadziei pokładam w ruchach oddolnych i ich wpływie na programy poszczególnych partii.

LP często chwalą się danymi o rosnącej powierzchni lasów. Tylko w ostatnich przybyło ich kilkadziesiąt tys. hektarów, a plany rządowe zakładają, że do 2050 r. mają pokryć 1/3 powierzchni kraju. Z drugiej strony słyszymy też, że bezprecedensowa jest skala wycinek. To jak to w końcu jest? Czy w fakcie, że zalesienie jest coraz większe jest mimo wszystko jakaś wartość?

Tak, to niezaprzeczalny sukces naszego leśnictwa. Od 1945 r. przybyło prawie 2 mln hektarów lasów. Osobną kwestią jest co z tą „bazą” zrobimy. Podejście może być dwojakie. Z jednej strony możemy tworzyć lasy „wtórnie naturalne”, bo nawet las zasadzony przez leśników na terenie, gdzie wcześniej go nie było, może z czasem i przy odpowiednim podejściu stać się cennym przyrodniczo ekosystemem. A alternatywnie można oczywiście postawić na pozyskiwanie surowca drzewnego. Tak właśnie uczyniły Lasy Państwowe – ich metody gospodarowania sprawiły, że pozyskujemy z lasów prawie 2,5 razy więcej drewna niż jeszcze 20 czy 30 lat temu. To także jest niewątpliwy sukces. Również z punktu widzenia klimatycznego, bo przecież produkcja drewna pozwala na pochłanianie i zatrzymywanie znaczących ilości CO2.

To znaczy, że z punktu widzenia emisji gazów cieplarnianych las gospodarczy jest lepszy od naturalnego?

Nie do końca. Zarówno młode, jak i stare drzewa odgrywają w ochronie klimatu ważną rolę. Młode, bo pochłaniają CO2, stare, bo go zatrzymują. Z tej perspektywy wycinki są rzeczą niepożądaną, bo uruchamiają proces jego uwalniania. Ale istotne jest też to, co stanie się z drewnem po wyrębie. Czy zostanie spalone, uwalniając pochłonięty wcześniej węgiel, czy zatrzyma go na dłużej przyjmując np. formę mebla albo budulca domu, który będzie nam służył przez długie dekady.

Często, choćby przy okazji walki o wycinki w Puszczy Białowieskiej, przedstawia się Polskę jako „czarną owcę” w dziedzinie podejścia do przyrody. Ale akurat lasy są na potęgę rżnięte w całej Europie, według niedawnych badań opartych na zdjęciach satelitarnych w ostatnich latach wyręb zwiększył się w Europie średnio o ok. połowę.

Rekordowe zalesienia w latach 50. i 60. w Polsce dochodzą dzisiaj do wieku rębności, stąd m.in. zwiększone pozyskanie drewna. Specyfika Polski tkwi również w stosunkach własnościowych. Państwo zarządza 80 proc. powierzchni lasów w kraju, jest to de facto monopol. W innych krajach, choćby w Niemczech czy Francji ta struktura wygląda zupełnie inaczej, do państwa należy mniej niż połowa lasów, co znacząco wpływa na możliwości kształtowania polityki w tym zakresie. Np. ustanawianie rezerwatów w lasach prywatnych wiąże się z koniecznością wypłacania rekompensat właścicielom. Ale jeśli spojrzeć na trend globalny, to widać, że drewno w coraz większym stopniu pozyskiwane jest z plantacji, a w coraz mniejszym z ekosystemów leśnych.