Koszty odbioru odpadów wzrosną, a swoboda gmin w zarządzaniu systemem będzie jeszcze mniejsza – taki będzie skutek zmian w ustawie o utrzymaniu czystości i porządku w gminach - mówi Michał Olszewski, wiceprezydent Warszawy.
Od stycznia w Warszawie śmieci są zbierane do pięciu pojemników. Jakie są efekty?
Czekamy na wynik badania. Poprosiłem o porównanie ilości odpadów przekazywanych zgodnie z Kartą przekazania odpadu za I kw. tego i ubiegłego roku. Podejrzewamy, że tych zbieranych selektywnie jest mniej niż w zeszłym roku. Wskazują na to doświadczenia innych miast.
Z czego to może wynikać?
Reklama
Mieszkańcy muszą nauczyć się nowych zasad segregacji. Na razie, niestety, zbyt często wrzucają odpady nadające się do odzysku do odpadów zmieszanych.
Niektóre samorządy kontrolują śmietniki. Jak jest w Warszawie?

Reklama
Zrobiliśmy kilkaset kontroli w tym roku. Jakość segregacji w mieście jest słaba. Są postępowania dotyczące właścicieli nieruchomości, którzy nie zbierają odpadów w sposób selektywny, pomimo że taki sposób został przez nich wybrany. Mamy też kilka postępowań wszczętych przeciwko firmom z tytułu zmieszania odpadów w śmieciarce, bo zgodnie z przepisami każda frakcja musi być odbierana oddzielnie.
Co z postępowaniami dotyczącymi podwyższenia stawek wspólnotom mieszkaniowym, spółdzielniom?
Też są w toku. Jedna z naszych uwag do projektu zmian w ustawie o utrzymaniu czystości i porządku w gminach dotyczyła wątpliwego w interpretacji przepisu wprowadzającego obowiązkową segregację odpadów. Nie jest wiadome, czy nowela w istocie wprowadza obowiązek, bo z przepisów wprost to nie wynika. Nie jest więc wiadome, jaki ma mieć charakter podwójna, a maksymalnie poczwórna opłata za niesegregowanie odpadów.
Ma to być kara.
Problem w tym, że nie. Diabeł tkwi w szczegółach. Sama dwukrotność opłaty za brak segregacji wygląda jak kara, ale niestety problem jest w jej egzekucji. Nie wiadomo, czy ta sankcja będzie stosowana wtedy, gdy firma odbierająca odpady komunalne przekaże informację do miasta, czy dopiero wtedy, gdy po kontroli na nieruchomości będzie wszczęte postępowanie i nałożymy wyższą opłatę. Mamy ponadto wątpliwość, czy nowy przepis w tym zakresie pozwala na zadeklarowanie przez właściciela wyższej opłaty, bo ten właściciel nie zechce zbierać selektywnie odpadów i woli zapłacić drożej. Wtedy ta opłata dwukrotna czy nawet czterokrotna nie będzie miała charakteru sankcyjnego, tylko będzie świadomym wyborem. A co do kar. Przedziwne jest wprowadzenie grzywny za niezłożenie deklaracji, co oznacza penalizację takiego zachowania tylko jako wykroczenia w sytuacji, gdy kodeks karny skarbowy brak złożenia deklaracji traktuje jak przestępstwo skarbowe. Z kolei bardzo pomogłoby nam wprowadzenie sankcji wprost do ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach za podawanie w deklaracji nieprawdy lub zatajenie prawdy. W tym ostatnim przypadku jest wprawdzie kara określona w art. 56 k.k.s., ale różnie jest interpretowana, jeśli chodzi o deklarację dotyczącą gospodarowania odpadami komunalnymi. Alternatywą mogłyby być również odpowiednie przepisy kodeksu wykroczeń.
Warszawski urząd chciałby karać za mieszanie odpadów mandatami?
Mandat z kodeksu wykroczeń jest mniej bolesną sankcją pod względem finansowym, bo to najczęściej kilkaset złotych, ale skuteczniejszą. W myśl zasady, że wysokość kary nie ma tak dużego znaczenia, jak jej nieuchronność. W obecnie proponowanym mechanizmie ukaranie jednej ze wspólnot czy jednego gospodarstwa to dwa, trzy miesiące administracyjnej pracy, a później zazwyczaj procedura odwoławcza. Punktów odbioru odpadów w Warszawie mamy 110 tys.
Skontrolowane mają być wszystkie?
Będziemy nadal kontrolować mieszkańców i przedsiębiorców, ale dysponujemy nowym narzędziem monitoringu jakości segregacji. We wszystkich umowach, które od 1 lipca obowiązują w Warszawie, poza czterema dzielnicami, gdzie wejdą w życie w późniejszych terminach, firmy muszą dokumentować fakt zmieszania odpadów, przekazać nam tę informację i na tej podstawie wszczynamy postępowanie.
Z projektu ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach zniknęły wskaźniki czystości określające, kiedy mamy do czynienia z selektywną zbiórką.
W Warszawie mamy wskaźnik 100-procentowy. U nas nie można mieszać.
Jedna z firm nie odebrała odpadów z posesji, bo z pudełeczka po jogurcie resztki wylały się na pozostałe segregowane śmieci.
Podstawowe znaczenie ma jakość segregacji i im jest ona wyższa, tym więcej surowców można odzyskać. Pojemniki plastikowe, tak jak szkło, podlegają termicznej obróbce. Nawet jeśli pozostanie tam niewiele resztek – takich jak zabrudzenie, nie ma to znaczenia. Gdyby ktoś wyrzucił pełną albo opróżnioną w połowie butelkę mleka lub jogurtu – wówczas jest to zanieczyszczenie frakcji odpadowej. Jeśli komuś nie chce się albo ktoś nie może oddzielić jednego od drugiego, wtedy takie opakowanie z zawartością powinno trafić do odpadów zmieszanych.
Czyli brak wskaźników to nie problem?
Nawet, gdyby był to jeden dopuszczalny procent zanieczyszczenia, kto by to administracyjnie stwierdzał? Jak miałoby to wyglądać np. w bloku, w którym odpady do pojemników wyrzuca 100 rodzin?
A jogurt wylany na resztę odpadów?
Nie sądzę, by ktoś z takiej sprawy robił problem, chyba, że w ten sposób zanieczyszczono np. papier. Jest nim natomiast zapychanie pojemników na przykład styropianem pochodzącym z opakowań po meblach, sprzęcie AGD, który powinien trafić do punktu selektywnego zbierania odpadów komunalnych, wkładanie do pojemników niezłożonych pudełek albo niezgniecionych butelek. Kwestia rozlanego jogurtu to problem wtórny, na razie dużo ważniejsze jest, że pojemnik ze szkłem jest zawalony plastikiem lub papierem. Umowa w Warszawie jest skonstruowana tak, że po oznaczone czipami pojemniki każdej frakcji musi przyjechać inna śmieciarka. Jeśli pracownik stwierdzi, że odpady są pomieszane, nie może ich odebrać. Rejestruje je w systemie jako zmieszane, a te czekają na odbiór przez inną śmieciarkę. Taka operacja kosztuje. Dlatego ceny idą w górę.
Nieruchomości niezamieszkane – ich właściciele będą mogli zawrzeć umowę z firmą odbierającą odpady niezależnie od gminy.
To fatalne rozwiązanie – podniesie koszty odbioru odpadów w całej Warszawie.
Przedstawiciele branży odpadowej mówią, że odebranie im możliwości zawierania indywidualnych umów z właścicielami tych nieruchomości przyczyni się do upadku mniejszych firm i w efekcie do monopolu i wzrostu cen.
Pytanie, czy ważniejszy jest tu interes mieszkańców, czy firm branży odpadowej. Nie ma w Warszawie takiej ulicy, na której byłyby tylko obiekty albo zamieszkane, albo niezamieszkane. Zgodnie z regulaminem do jednych będzie musiało przyjechać pięć śmieciarek i do drugich też. To jedna kwestia, która wpłynie na koszty. Od początku przyjęliśmy bardzo skomplikowany system rozliczeń – nie płaciliśmy ryczałtu. Mamy oczipowane pojemniki i wiemy, kto odebrał odpady i gdzie pojechały. Po wyjściu nieruchomości niezamieszkanych z systemu będzie wolna amerykanka. Nie wiem, czy ktoś w ogóle będzie kontrolował, ile ich powstaje, jakie są poziomy odzysku. Nowelizacja nie daje nam narzędzi, by zmusić firmy do rejestrowania w naszym systemie ilości odbieranych przez nie odpadów. Poza tym będzie drożej dla mieszkańców, bo najlepsze jakościowo odpady powstają w nieruchomościach niezamieszkanych.
Jak bilansuje się system odpadowy w Warszawie?
Jesteśmy grubo pod kreską. Nie możemy obecnie zmienić opłat, bo zgodnie z doktryną RIO musimy najpierw zawrzeć wszystkie umowy, by oszacować koszty. Te są co najmniej dwukrotnie wyższe niż wpływy – tak wygląda sytuacja po I kw.
Na ile urząd szacuje straty wynikające z tego, że nie wszystkie gospodarstwa domowe deklarują liczbę mieszkańców zgodnie z prawdą?
Według badań doktora Marka Golenia z SGH gminy, które wprowadziły system naliczania opłaty śmieciowej od mieszkańca, ponoszą straty na poziomie 20–30 proc.
Co w takim razie po zawarciu umów ze wszystkim dzielnicami?
Będziemy proponowali zmiany w systemie taryfowym.
Stawki w Warszawie będą dwa razy wyższe?
Mamy zamiar zmienić system. Nie możemy dokonać podwyżki w obecnym. W międzyczasie zmieniła się konstrukcja poboru opłaty w przepisach – ta, którą wykorzystujemy, nie jest obecnie z nią zgodna. Zaproponujemy przejście na naliczanie opłat albo od gospodarstwa domowego, albo od metra sześciennego zużytej wody, albo od powierzchni lokalu. Metoda naliczania opłat od osoby jest najmniej sprawiedliwa dla mieszkańców. Daje duże pole do nieprawidłowości.
Minister środowiska Henryk Kowalczyk opowiedział ostatnio o planach dotyczących wprowadzenia rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP). System kaucyjny mógłby objąć wszystkie opakowania. Mieszkańcy zwracaliby opakowania organizacji współpracującej z samorządami.
Na projekt czekamy od kilku lat. Moim zdaniem resort nie ma na ROP pomysłu. Niedługo będziemy jedynym krajem, który systemu kaucyjnego nie ma. To, co działa w formie organizacji odzysku, to tak naprawdę obrót dokumentami. Od trzech lat apelujemy, by uchwalić jedną ustawę o odpadach komunalnych. Zależy nam na jednej rzeczy: by selektywna zbiórka odpadów nadających się do odzysku była finansowana z ROP. To jedyne rozwiązanie, które obciąża tych, którzy odpady opakowaniowe produkują.
Producenci podniosą ceny i na końcu zapłaci klient.
Producenci obecnie nie płacą wszystkich kosztów związanych z wytworzeniem i unieszkodliwieniem lub odzyskiem. Teraz mieszkańcy płacą za odzysk materiałów w opłacie śmieciowej. Za produkt w opakowaniu jednorazowym, na przykład za butelkę, opłata recyklingowa powinna być zdecydowanie wyższa, bo koszt jego przetworzenia jest również wyższy. Ideą nie jest podnoszenie ceny produktu, lecz zmuszenie producentów opakowań do stworzenia systemów zwrotnych i stosowania opakowań, które mniej obciążają środowisko. Koszt ponoszony dzisiaj jest fikcyjny, bo nie obejmuje opłat ponoszonych przez mieszkańców na rzecz jego przetworzenia. Mechanizm powinien zmusić nas do zdrowych zachowań konsumenckich.
Pieniądze z ROP powinny trafiać do samorządów?
Niemal we wszystkich systemach zachodnioeuropejskich jest tak, że opłata z tytułu wprowadzenia produktu do obrotu trafia zawsze do gminy i odciąża mieszkańca od ponoszenia koszów z tytułu utylizacji odpadów. W Polsce w żadnej usłudze komunalnej nie ma tylu ograniczeń, tylu uwarunkowań, które wynikają z rozporządzeń, ustaw, decyzji ministra. Trudno tu coś zoptymalizować, bo to minister określa wymogi stawiane recyklerom, ostatecznie decyduje o tym, kto otrzymuje pozwolenie, o tym, jaki jest system gospodarki odpadami w tym kraju. Ta usługa spokojnie mogłaby być zadaniem zleconym z zakresu administracji – wówczas minister płaci za wszystko, ustala opłaty i podatki. Swoboda w gospodarce odpadami jest niewielka, a po zmianach będzie jeszcze mniejsza. Nasza teza jest taka: będzie gorzej i drożej.