- Przy środkach, jakimi obecnie dysponują uczelnie wyższe, nie można oczekiwać od nich awansu w światowych rankingach - mówi Prof. Jerzy Woźnicki.
Polskie uczelnie w tym roku spadły z czwartej do piątej setki rankingu szanghajskiego. Zdaniem ministra Jarosława Gowina w przyszłym roku może być jeszcze gorzej. W jego ocenie bez gruntownych zmian dystans między najlepszymi uniwersytetami na świecie a polskimi będzie się powiększał. Zgadza się pan z tą diagnozą?
Reklama
Aby mieć bardziej pełny obraz tego, jak radzą sobie polskie uczelnie, warto sięgnąć też do innych rankingów. Np. z najnowszego zestawienia „Nature Index 2016 Rising Stars”, wynika np. że polskie szkoły wyższe odnotowały wzrost o 34 proc. osiągnięć mierzonych publikacjami naukowymi. W efekcie zakwalifikowały się do pierwszej setki na świecie. Przy czym Uniwersytet Jagielloński uplasował się na 69. pozycji, a Uniwersytet Warszawski na 96.

Reklama
Czyli nie zgadza się pan ze stwierdzeniem ministra Gowina, że „świat biegnie, a my drepczemy”?
Nie zaprzeczam, że musimy przyśpieszyć, bo w liczbach bezwzględnych we wszystkich rankingach wypadamy w sposób niesatysfakcjonujący. Jednak warto zauważyć, że Polska pod względem wielkości środków przeznaczonych na naukę znajduje się dopiero na 37. miejscu na świecie, podczas gdy osiągnięcia naukowe sytuują nas na 20. pozycji. A to oznacza, że choć jesteśmy krajem przeznaczającym na naukę skromne nakłady, to ich wydatkowanie jest efektywne. Niestety przy środkach, jakimi obecnie dysponują nasze uczelnie, nie można oczekiwać, że będą awansowały w światowych rankingach. Na to mają szansę tylko ośrodki akademickie z krajów inwestujących znacznie więcej pieniędzy w naukę. To one wygrywają rankingi. Polska przy obecnych, niskich, nakładach na naukę będzie pozostawała w tyle. Z tego powodu dystans między nami a światem będzie rósł bez względu na przeprowadzane reformy.
Rząd deklaruje, że w 2020 r. poziom środków na naukę wyniesie 1,7 proc. PKB. Jednak czy rzeczywiście wystarczy dołożyć pieniędzy, aby polska nauka rozwijała się lepiej?
To jest pierwszy warunek, ale niejedyny. Zacznijmy od tego, że Polska musi osiągnąć poziom nakładów budżetowych na badania naukowe zapewniający jej tzw. wiarygodność w oczach inwestorów. W świecie uznaje się, że wynosi on 1 proc. PKB z budżetu państwa. Pozostała część nakładów – też 1 proc. PKB – na B+R (badania i rozwój), powinna pochodzić spoza budżetu. Drugi warunek, który musimy spełnić, aby nauka mogła się rozwijać, polega na tym, aby nasze uczelnie akademickie, instytuty oraz inne placówki naukowe były przygotowane do efektywnego –potwierdzonego mierzalnymi parametrami naukometrycznymi – wchłonięcia takich środków. Sprzyjać temu powinny planowane nowe regulacje, a w tym te odbiurokratyzujące i deregulujące system badań naukowych oraz szkolnictwa wyższego.
A co z pieniędzmi dla szkół wyższych.
Poziom środków dla uczelni z dotacji budżetowej właściwie nie rośnie, a ich przychody z innych źródeł istotnie maleją z przyczyn od nich niezależnych. Z zapowiedzi rządu wynika, że jest on gotowy przeznaczyć dodatkowe pieniądze dla szkół wyższych, o ile się zreformują. Sądzę, że należy uzgodnić pewien program działań wspólnych, aby zakończyć okres stagnacji. Pierwszym krokiem, generalnie we właściwym kierunku, jest propozycja nowych zasad finansowania uczelni, która została ostatnio przedłożona przez MNiSW.
I tak zgodnie z zapowiedziami ministra Gowina na wyższe dotacje będą miały szanse uczelnie, które np. ograniczą liczbę studentów lub będą chciały przekształcić się w placówki badawcze. Jednak zgodnie z zapowiedziami resortu te drugie będą musiały zgodzić się na to, aby na ich czele zamiast wyłonionego w drodze wyborów rektora stanął menedżer. Czy nie obawia się pan o autonomię szkół wyższych?
Zakładam, że każdy ośrodek sam będzie decydował o tym, czy zechce się przekształcić w uczelnię badawczą. I to on autonomicznie podejmie decyzję, czy zgadza się na warunki, które zaproponuje ministerstwo. Nie widzę tutaj zamiaru naruszenia autonomii. Natomiast niebezpiecznym postulatem jest tzw. rektor menedżer, bo niekoniecznie osoba, która przyjdzie z zewnątrz ze swoimi doświadczeniami zarządczymi, przyniesie sukces uniwersytetowi. Takie uogólnione, doktrynalne podejście będzie szkodliwe. Może prowadzić do wielu konfliktów. Jestem przekonany, że kierowanie uczelnią wymaga rozumienia jej kultury i specyfiki instytucjonalnej. A tego nie wyczyta się z książek. Oczywiście można byłoby odejść od obecnego sposobu wyłaniania rektora w drodze wyboru dokonywanego przez pracownicze kolegium elektorów, na rzecz procesu searchingu, czyli poszukiwania przez uprawniony zespół ekspertów najlepszych kandydatów na rynku. Z ich grona uczelniany profesjonalnie przygotowany organ, np. rada powiernicza, dokonałby wyboru rektora po zasięgnięciu opinii senatu szkoły wyższej. Rozwiązanie to jednak powinno zostać poprzedzone dyskusją i konsultacjami, chociażby podczas zapowiedzianego przez ministerstwo Narodowego Kongresu Nauki.
A czy nie obawia się pan, że wyższe dotowanie uczelni badawczych odbędzie się kosztem mniejszych szkół?
Uczelnie, także te dotąd mniej rozwinięte w różnych ośrodkach akademickich, odgrywają istotną rolę cywilizacyjną – powinny być i są centrami edukacyjnymi, naukowymi oraz kulturowymi w swoim regionie. Dlatego muszą nie tylko przetrwać, ale także móc się rozwijać. To nie ich kosztem powinno być realizowane wspieranie uczelni badawczych – dla nich środki powinny być kierowane z dodatkowych, przyrostowych funduszy na naukę, których oczekujemy.