Lubię powtarzać, że edukacja to inwestycja, jednak na bardzo proste pytanie o to, czy opłaca się realizacja systemu powszechnej obowiązkowej szkoły, nie znam odpowiedzi. Nie uważamy, że przymus uczestniczenia w życiu religijnym jest dobry, że dobra jest praca w korporacji, że wszystkie dzieci mają jeść owoce czy chodzić do klubów sportowych.
Z jakichś niepojętych względów uważamy, że szkoła, tak mocno ingerująca w świat aksjologii dziecka, jak pięć Kościołów razem wziętych, tak standaryzująca, jak całe ze szkła korpo i tak nastawiona na wysiłek, jak klub sportowy, może i powinna być zaszczytnym obowiązkiem każdego młodego człowieka.
Żebyśmy jeszcze umieli ewaluować sens nauczania. Nie poziom (z tym są problemy, ale z gatunku przezwyciężalnych), lecz sens. Co lepiej wyrabia w uczniu umysłową i życiową sprawność – realizacja podstawy programowej z chemii czy może z polskiego? Co buduje w uczniu umiejętność dostrzegania i łączenia ze sobą faktów – zaczynanie codziennie szkoły o godz. 8 czy lekcje religii? Jakie skutki przynosi wyrabianie odruchu psa Pawłowa (czy w waszej pracy, drodzy państwo, też są dzwonki na przerwę?). Czy szkoła nie osłabia niektórym (licznym?) młodym ludziom zapału do rozwijania siebie, czy nie zabiera więcej, niż daje?