- To, że idea konkursów otwartych jest wypaczana przez nieprawidłową praktykę, nie powinno być argumentem za ich zniesieniem. Konieczna jest refleksja na temat zmian zbliżających nas do standardów europejskich - uważa Przemysław Brzuszczak współautor raportu „Otwarte i uczciwe konkursy na stanowiska nauczycieli akademickich – reguła czy wyjątek?”, Fundacja „Fundusz Pomocy Studentom”.
Przemysław Brzuszczak współautor raportu „Otwarte i uczciwe konkursy na stanowiska nauczycieli akademickich – reguła czy wyjątek?”, Fundacja „Fundusz Pomocy Studentom” / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Od 1 października zmieniły się zasady zatrudniania na uczelniach. Czy modyfikacje te są wystarczające?

Reklama
Zdecydowanie nie. Wymóg przeprowadzania otwartych postępowań konkursowych na stanowiska nauczycieli akademickich obowiązuje już od 1 października 2011 r. Jego wprowadzenie miało się przyczynić do wyboru faktycznie najlepszego kandydata spośród zainteresowanych zatrudnieniem na danym stanowisku. Niestety, mimo zmian w przeprowadzaniu naboru, zagadnienie to nie doczekało się jeszcze kompleksowej regulacji. Kwestię tę szkoły wyższe określają najczęściej na poziomie statutu uczelni i są to nierzadko przepisy o bardzo ogólnym charakterze, nie zapewniają więc realnej otwartości postępowania konkursowego. W konsekwencji konkurs na stanowisko nauczyciela akademickiego wygrywa zazwyczaj osoba związana z uczelnią, na której odbywa się rekrutacja. Zmiana zawarta w nowelizacji z 23 czerwca 2016 r. ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym (Dz.U. poz. 1311), która weszła w życie 1 października br., pozwala na nieprzeprowadzanie otwartego konkursu w przypadku awansu pracownika na wyższe stanowisko, co było postulatem części środowiska akademickiego.
Czy ta regulacja była potrzebna?
W moim przekonaniu to krok wstecz. Racją stojącą za tą zmianą była chęć zapobieżenia swoistej fikcji konkursów otwartych, w których brały udział tylko osoby już zatrudnione na uczelni, chcące objąć wyższe stanowisko po uzyskaniu wyższego stopnia naukowego. Nie można tej zmiany oceniać jako pozytywnej w kontekście dramatycznie niskiego wskaźnika mobilności kadry akademickiej w Polsce.
Nie jest to rzecz jasna jedynie pokłosie przyzwyczajenia nauczycieli akademickich do dotychczasowego miejsca pracy. Chodzi tu przede wszystkim o brak bezpieczeństwa socjalnego pracowników naukowych, zwłaszcza tych do 35. roku życia. Trudno wskazać jakieś zachęty dla kadry akademickiej czy uczelni wyższych do promowania mobilności. Takimi mogłyby być np. wyższe zarobki osoby podejmującej zatrudnienie poza macierzystą jednostką czy też gratyfikacja finansowa dla szkół wyższych, które w konkursach otwartych śmielej stawiają na zatrudnienie naukowców wywodzących się z innych ośrodków akademickich. Oczywiście tego rodzaju zmiany powinny być poprzedzone szerokimi konsultacjami ze środowiskiem akademickim, solidną oceną skutków ekonomicznych i prawnych tych zmian etc.
Powiedział pan, że niektóre konkursy są fikcyjne. Z jakimi patologiami się pan spotkał?
Jako zespół ekspertów programu Watchdog.edu.pl w Fundacji „Fundusz Pomocy Studentom” przeprowadziliśmy monitoring obywatelski kilkuset konkursów otwartych w uczelniach. Wynika z niego, że ma miejsce m.in. profilowanie treści ogłoszenia pod konkretną osobę. Cel takiego działania jest prosty – wysokospecjalistyczne kryteria, jakie musi spełnić przyszły pracownik, uniemożliwiają innym osobom udział w konkursie.
Interesujący był przypadek jednej z uczelni, w której do konkursu zgłosiło się kilku kandydatów. Komisja konkursowa w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej pytała wyłącznie o jedno, dość specjalistyczne zagadnienie, na które – jak wynikało z protokołu – odpowiedź znała tylko jedna osoba. Może to świadczyć o tym, że najzwyczajniej znała je wcześniej.
Wyniki badania wskazują również, że uczelnie często dążą do tego, aby o konkursie wiedziało jak najmniej osób. Co prawda, szkoły wyższe mają obowiązek publikacji ogłoszeń o konkursach otwartych na stronach internetowych własnych, ministerstwa czy Komisji Europejskiej, jednak przepisy nie określają minimalnego odstępu między datą zamieszczenia ogłoszenia a terminem składania aplikacji. Zazwyczaj jest to 14 dni. To zdecydowanie za krótki termin. Gdyby sprowadzić patologie w otwartych postępowaniach konkursowych do wspólnego mianownika, byłby nim brak transparentności.
Co trzeba zatem zmienić?
Wśród propozycji zmian wymieniamy m.in. włączenie w prace komisji konkursowych ekspertów zewnętrznych (co jest standardem w wielu państwach) czy wprowadzenie wymogu uzasadniania rozstrzygnięcia konkursu. Szkoły wyższe powinny także wystosowywać informacje o mocnych i słabych stronach zgłoszenia do osób, których kandydatury odrzucono. Należałoby również wprowadzić regulacje, które zapobiegną konfliktowi interesów, np. obowiązek składania oświadczeń potwierdzających ich bezstronność członków komisji. Warto ustanowić instytucję odwołania od negatywnej decyzji komisji konkursowej, a także zapewnić różnorodność składu tych komisji – pod względem doświadczenia zawodowego, stażu pracy, płci.
Skoro konkursy bywają fikcyjne, to może uczelnie powinny same decydować, czy je przeprowadzać, tak jak było do 2011 r.?
To, że szlachetna idea konkursów otwartych jest wypaczana przez nieprawidłową praktykę ich przeprowadzania, nie powinno być argumentem za ich zniesieniem. Konieczna jest raczej refleksja środowisk akademickich oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego na temat pożądanych kierunków zmian z zakresu zatrudniania nauczycieli akademickich, zbliżających nas do standardów zawartych choćby w Europejskiej Karcie Naukowca i Kodeksie postępowania przy rekrutacji pracowników naukowych.