Co piąty uczeń nie zdał matury. Wynik praktycznie identyczny jak w roku poprzednim. Choć bywało gorzej, chyba nie mamy się z czego cieszyć? Dlaczego młodzi nie zdają matury?

Złe wyniki tegorocznej matury wstrząsnęły opinią publiczną. Jednak dzisiejszy stan rzeczy to splot kilku czynników, które od kilku lat się nawarstwiają i wzajemnie zazębiają. Po pierwsze, obecny system edukacji nie nadąża za rynkiem pracy. Powierzchowny materiał edukacyjny niedopasowany jest do dzisiejszych realiów i sposobu postrzegania świata przez młodych. W dalszym ciągu spada renoma edukacji tradycyjnej rozumianej jako zdobywanie wiedzy niepraktycznej.

Skoro młodzi nie widzą sensu w tradycyjnej edukacji, czy możemy powiedzieć, że nastąpi koniec boomu na studiowanie?

Można powiedzieć, że koniec boomu na studiowanie obserwujemy już od jakiegoś czasu, co nie znaczy, że drastycznie spadło zainteresowanie studiami wyższymi. Ta sytuacja ma podstawy w dewaluacji tradycyjnego systemu nauki oraz w niżu demograficznym. Tym samym jest coraz mniej potencjalnych kandydatów do studiowania, a spadająca liczba studentów nie sprzyja podnoszeniu poziomu kształcenia w szkołach wyższych. Młodsze pokolenie, nie pamiętające ery bez internetu, coraz częściej zauważa, że studia nie są niezbędne, a tradycyjny system edukacji przestaje być biletem wstępu na rynek pracy i przepustką do lepszego życia. To widać w wynikach tegorocznych matur, gdzie co piąty maturzysta nie zdał egzaminu dojrzałości. Dane GUS pokazują z kolei, że liczba studiujących jest większa niż liczba absolwentów, co wskazuje, że duża część osób po drodze odpada lub kończy studia bez dyplomu.

Rynek boryka się z nadwyżką osób, które zdobyły różnymi sposobami papier uczelni wyższej. W rzeczywistości taka liczba absolwentów nie jest nam potrzebna bo jest większa niż możliwości rynku związane z zapotrzebowaniem na wyższe wykształcenie.

Jakie kolejne zjawiska społeczne może nieść za sobą podważanie tradycyjnej edukacji przez młodych?

Pokolenie Y czy jeszcze młodsze Z, to generacja, która chce szybkich i konkretnych korzyści, nie ma poczucia, że odgórnie narzucony system nauki przekłada się na nie. Nie chcą żyć pod czyjeś dyktando, za wszelką cenę studiować. Wiedzą, że są w stanie samodzielnie osiągnąć sukces zawodowy niekoniecznie wspinając się po odgórnie narzuconych szczeblach kariery. W tym należy upatrywać szansy dla młodych ludzi i dalszego rozwoju szczególnie mikroprzedsiębiorczości w Polsce. Badania rynkowe pokazują, że młode pokolenia chętniej widzą siebie w roli przedsiębiorców niż pracowników na etacie. Niewykluczone, że rozczarowanie obecnym systemem edukacji przełoży się na większe zainteresowanie szkołami o profilu zawodowym, które dają konkretny fach w ręku, przykładowo fryzjer lub krawiec, zawody dziś kojarzone z designem i „artystycznym polotem”.

Kiedy to nastąpi?

Myślę, że deficyt osób, kończących szkoły zawodowe, zmniejszy się w ciągu najbliższych 5-7 lat, gdyż po pierwsze zwiększy się zapotrzebowanie na tego typu usługi, a z drugiej strony wzrośnie gotowość młodych do podejmowania tego typu pracy. Jest to związane z potrzebami rynku, na którym coraz ważniejszą rolę odgrywają zindywidualizowane atrybuty, a coraz mniej liczą się rozwiązania systemowe. Nie chcemy już chodzić w takich samych koszulach. Mamy potrzebę wyróżnienia się.

W świecie szybkich zmian coraz częściej otacza nas powierzchowność m.in. w internetowych kontaktach z ludźmi, ale także w zdobywaniu wiedzy. Tylko nieliczni - przyszła elita - są nastawieni na zgłębianie wiedzy, dyscyplinę studiowania. Być może więc jesteśmy świadkami powrotu do starego porządku, według którego tylko garstka – elita będzie głodna wiedzy i edukacji, a pozostali będą realizować się na innych polach, co nie wyklucza przecież, że mogą być świetnymi pracownikami.

A czy studia są nam w ogóle do czegoś potrzebne? Języków nauczymy się w szkołach językowych, doświadczenie zdobywamy w pracy. Kursy i szkolenia, obok podstaw teorii, przekazują najbardziej wartościowe umiejętności praktyczne.

„Studia dla studiowania” nie są nam potrzebne, już teraz mamy nadpodaż osób z dyplomem, ale bez wykształcenia. Nauka polegająca na prześlizgiwaniu się na kolejny rok, ściąganiu i kopiowaniu nie jest nam potrzebna. Studia nie powinny być „taśmą produkcyjną” magistrów. Potrzebne są studia związane z zawodem, który chcemy uprawiać oraz takie, które dają nam konkretne umiejętności oraz „wyzwalają” instynkt ciągłego uczenia się i doskonalenia. Studia powinny w nas kształcić pewne nawyki poznawcze, dyscyplinę, niezbędne w dalszym rozwoju zawodowym. W tym sensie studia są potrzebne. Nie są natomiast potrzebne jako czas, który pozwala zdobyć wiedzę, bo tą każdy ma w komórce na dużo bardziej aktualnym poziomie. Rynek potrzebuje takich ludzi, którzy tę ciekawość świata, pasję przeniosą na obszar rynku pracy. Mniejsza liczba absolwentów może z kolei spowodować, że zniknie nadpodaż osób z dyplomem i zjawisko tak silnej dewaluacji wykształcenia.

Czy w związku ze zmieniającym się podejściem młodych ludzi do edukacji zmieni się również postrzeganie uzyskanego dyplomu studiów przez pracodawców? Może przestaną w ogóle zwracać na niego uwagę? Już teraz przecież rekruterzy wskazują, że najważniejsze jest zdobyte doświadczenie. Część firm nie jest zainteresowana ukończonym przez pracownika kierunkiem, ponieważ szkoli od podstaw.

Byłbym ostrożny z prognozowaniem, że dyplom uczelni przestanie być zupełnie istotny. On nadal jest i będzie ważny dla wielu pracodawców. Wykształcone przez lata oczekiwania pracodawców i społeczne co do posiadania wykształcenia wyższego nagle nie znikną mimo że staje się jasne, iż jego wykorzystanie w życiu zawodowym jest minimalne. Kandydaci myślący o pracy umysłowej, którzy nie ukończyli studiów wyższych wzbudzają wątpliwości i zwykle powstaje znak zapytania dlaczego? Nadal więc dyplom i doświadczenie będą ważne. W przypadku stanowisk średniego szczebla dyplom może mieć mniejsze znaczenie niż na stanowiskach wyższych, ale będzie wciąż oczekiwany.

No właśnie. Do tej pory pędziliśmy za wyższym wykształceniem. Z roku na rok zwiększał się odsetek osób uzyskujących dyplom uczelni wyższej. Czy chce Pan powiedzieć, że z punktu widzenia czysto rynkowego nic to nam nie dało?

Powiedziałbym, że bieg za dyplomem dał nam „efekt pokoleniowy”, to znaczy, że kolejne pokolenia, dzieci będą także myślały o studiowaniu. Jednak zdobywanie wiedzy jest jak sport, wymaga zaangażowania, ciągłej dyscypliny i poświęcenia się temu jednemu celowi. Oczekiwana na rynku pracy wielozadaniowość, pragmatyzm, które także niosą ze sobą dużo pozytywnego, nie sprzyjają studiowaniu, pogłębianiu wiedzy w jednym kierunku. Kariera wymaga wielu, bardzo różnych umiejętności, a oczekiwania rynkowe szybko i stale się zmieniają. Uczelnie najczęściej nie nadążają za tym tempem. Ale to już temat na dodatkową rozmowę.

Jakie rady przekazałby Pan tegorocznym maturzystom, którzy może nie dostali się na swój wymarzony kierunek? Lepiej poczekać rok i poprawiać maturę czy studiować coś co nas mniej interesuje i od razu szukać swojego miejsca na rynku pracy?

Każdy musi zdefiniować swoje cele. Jeśli taki młody człowiek chce głównie szybko zarabiać może studiować dowolny kierunek. Jeśli jednak chce być naprawdę dobry w swojej dziedzinie warto poczekać rok, poprawić maturę i studiować to co nas interesuje.