Dlaczego samorządy nie są zainteresowane współpracą z niepublicznymi przedszkolami? Jak nie wiadomo, o co chodzi, to najczęściej w tle są pieniądze. I prawdopodobnie tak jest i w tym przypadku. Zgodnie bowiem z obowiązującymi przepisami prywatna placówka oświatowa uczestnicząca w powszechnej rekrutacji musiałaby otrzymać od gminy nie 75, ale 100 proc. dotacji. Takie rozwiązanie jest zasadne z uwagi na to, że nie mogłaby pobierać czesnego od rodziców.

Niestety, samorządy patrzą na prywatnych przedsiębiorców jak na złodziei, którzy chcą się dorobić na publicznych środkach. Rzeczywiście w poprzednich latach zdarzało się, że właściciele niepublicznych przedszkoli z dotacji kupowali sobie samochody terenowe. Jednak takich incydentów jest już – dzięki bardziej szczelnym i jasnym przepisom – mniej. Może więc najwyższy czas przestać myśleć stereotypami. Tym bardziej że zyskaliby na tym także rodzice, którzy nie musieliby martwić się o znalezienie miejsca dla swojej pociechy w przedszkolu.

Niezależnie od tego, co postanowią samorządy, prawda jest taka, że jeśli gminy w przyszłych roku chcą zapewnić miejsce wszystkim dzieciom w wieku 3–5 lat, a także tym sześciolatkom, których rodzice nie wyślą do szkoły, to muszą się w końcu na coś zdecydować. Z pewnością na budowę nowych przedszkoli jest już trochę za późno.

Warto też podkreślić, że tworzenie miejsc w przedszkolach jest zadaniem własnym gmin. Do wójta czy też prezydenta miasta rodzice będą mieli pretensje, jeśli za rok ich trzyletnie dziecko nie dostanie się do przedszkola lub trafi do placówki, która nie spełnia podstawowych standardów bezpieczeństwa.

Przy czym muszę zwrócić uwagę, że w Polsce są miasta – np. Gdańsk – które ogłaszają konkursy na przystąpienie prywatnych placówek do powszechnej rekrutacji. Niestety są to nadal wyjątki.